Świat

Popęda: Bernie Fucking Sanders jeszcze nie skończył

Czyli Amerykańska lewica po prawyborach.

Początkowo zakładałam, że zgubię się w gigantycznym McCormick Place, w którym zawsze odbywa się kilka konferencji naraz. Płonne obawy – wystarczyło podążać za idącymi z wszystkich stron ludźmi w koszulkach „Feel the Bern” i „Bernie Fucking Sanders”. Ale choć wszyscy, którzy zgromadzili się w Chicago, mają słabość do Berniego – na tej zasadzie, na jakiej inni mają słabość do Gry o tron – nikt nie przyjechał do Chicago, żeby mówić o Berniem.

Krok na prawo

People’s Summit odbył się przed miesiącem w chicagowskim McCormick Place, największym centrum konferencyjnym na północy Ameryki. Planowano go od wielu miesięcy. Amerykańskie pielęgniarki, pierwszy związek zawodowy, który wyraził swoje poparcie dla Berniego, pracowały nad spotkaniem już od września poprzedniego roku. Nie stanowi on więc, jak sugerują amerykańskie media, reakcji na przegraną Sandersa w prawyborach. Nie był też upartym niegodzeniem się ze stanem rzeczy i zbędną fanaberią w momencie, gdy nadszedł czas, żeby pożegnać się z Sandersem i wyrazić poparcie dla Hilary Clinton. Projekt spotkania w Chicago jest starszy niż pierwsze i niespodziewane sukcesy kampanii Berniego; od samego początku jego celem było zebranie rozproszonej lewicy, która nabrała pewnego politycznego kształtu pod symbolicznym przywództwem Sandersa i zmobilizowanie jej do długofalowego dialogu.

W przeciwieństwie do republikanów, amerykańscy demokraci od dawna zmuszeni są ćwiczyć się w trudnej sztuce koalicji. Kobiety, mniejszości rasowe i seksualne od wielu lat konstytuują wspólny głos, który opiera się konserwatywnym porywom starzejącej się białej Ameryki. Lecz partia demokratyczna – wraz z próbą przejścia od prezydenta Baracka Obamy do prezydentki Hilary Clinton – właśnie zrobiła krok na prawo. To zapowiada izolację lewicowych wyborców – od partii i od Waszyngtonu. Jeśli ten trend się utrzyma (jeszcze nie wiemy, co zrobią wyborcy Sandersa), to Demokraci stracą kontrolę nad swoimi ludźmi. Dokładnie to przytrafiło się w tym roku Partii Republikańskiej – Donald Trump jest efektem tego zerwania.

W czasie, gdy tradycyjny system amerykańskiej polityki przekształca się na naszych oczach, w Chicago zebrało się ponad trzy tysiące aktywistów – z Naomi Klein, autorką słynnego No Logo na czele. Przyjechały tu feministki wszelkiej maści, studenci z Południa walczący z symbolami konfederacji na kampusach swoich uczelni, Latynosi nie zgadzający się na antyimigracyjną politykę prawicy i Indianie, którzy chcą mówić o niebezpieczeństwach frackingu. Przyjechali też główni organizatorzy kampanii Sandersa. Łączy ich jedno – nie wystarcza im perspektywa wyboru między Donaldem Trumpem a Hilary Clinton.

Ach te związki zawodowe!

Pierwsza rzecz, która przychodzi mi do głowy, to że ludzie przy moimi stoliku w niczym nie przypominają zamaskowanych cwaniaków z Waszyngtonu. Ich twarze są nagie i pełne emocji – to Ameryka, której nie mam okazji oglądać zbyt często.

Zadziwia eklektyzm tej rajcującej sali – Black Lives Matter (brutalność policji wobec czarnych), Fight for $15 (podniesienie płacy minimalnej), Keystone XL (przeciw frackingowi), Ruch Marzycieli (walka o reformę imigracyjną). Wszystkie te postulaty powoli zbierają się w polityczną rewolucję, która zaczyna nabierać rytmu i żyć swoim własnym życiem.

Kogo tu mamy? Jest tu czarny chłopak, który pracuje w agencji PR i opowiada o problemach mieszkaniowych w południowym Chicago. Są dwie pielęgniarki z Kalifornii – Sally i Beatrice. Sally siedzi cicho, ale Beatrice mówi jasno i konkretnie o San Francisco, które pozbywa się coraz większej ilości swoich rdzennych mieszkańców. David jest nauczycielem i martwi się o szkoły – prywatyzacja i wolny rynek niszczą i tak słabą już edukację. Dwóch uczniów w jego klasie musiało wyrwać sobie zęby, bo nie stać ich było na plomby. Abhijt – oryginalnie z Indii, obecnie profesor na uniwersytecie w Detroit. W końcu – siwowłosa Tina, największy – jak się okazuje – buntownik w naszej grupie. Opowiada nam o ruchu Occupy Home, w którym działa. Opowiada o bezdomnych, biednych i nieudokumentowanych rodzinach zamieszkujących opuszczone domy, których tak dużo teraz w Ameryce. I w jaki sposób lokalne społeczności organizują warty, żeby ich bronić.

Pewnych rzeczy z mojego Waszyngtonu po prostu nie widać. Nie widać związkowców, nie widać socjalistycznych demokratów, którzy tutaj z dumą paradują w koszulkach swojej partii. Progressive Democrats of America, Million Hoodies Movement for Justice, People Demanding Action. Mimo przegranej Berniego atmosfera jest optymistyczna. Na twarzach nie ma rezygnacji – wszyscy wierzą, że wybory 2016 to dopiero początek. Jednym z pierwszych, przydzielonych zgromadzonym zadań jest ściągnięcie aplikacji i szybka ankieta – kto z nas byłby skłonny startować na urząd polityczny w swoim mieście. Plan wygląda następująco: przejąć rady miejskie i szkolne, a potem władze stanowe i Kongres.

„Nigdy wcześniej nie widziałam niczego takiego” – mówi Becky Bond, do niedawna jedna z głównych doradczyń kampanii Sandersa, wskazując morze głów. „Nie przestaniemy dyskutować”, zapewnia. „Nie będziemy udawać, że mamy wiele wspólnego z wyborcami Hilary Clinton, bo to po prostu nie jest prawda”.

„To nie jest rok 2008, kiedy po prawyborach wyborcy Clinton miękko i bez protestów lądowali w obozie Obamy” – zauważa Shaun King, aktywista i jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy ruchu Black Lives Matter, walczącego z brutalnością policji w stosunku do młodych Afroamerykanów. Między Hilary a Obamą jest zaledwie kilka kroków – między Hilary a Sandersem jest przepaść. Hilary oznacza dla tych ludzi regres. Lewicowy elektorat nie był specjalnie usatysfakcjonowany zachowawczą prezydenturą Obamy, lecz im bliżej końca tej prezydentury, tym większy żal. Jeśli administracja Obamy była tak ostrożna, to czego spodziewać się po centrowej Clinton?

– Hilary potrzebuje naszych głosów – podkreśla Becky Bond. Poparcie ludzi Bernie’go jest kluczowe, żeby zjednoczyć głęboko podzieloną partię. Ponieważ wybory prezydenckie w USA zwykle opierają się na kulcie jednostki, ludzie nie potrafią zrozumieć, dlaczego przegrany się nie wycofuje. Jednak dla wszystkich tych, którzy zgromadzili się w Chicago, ta „przegrana” jest wielkim sukcesem. Dlatego Sanders czekał maksymalnie długo z oficjalnym poparciem Clinton – żeby przeciągnąć ją jak najbardziej na lewo.

Zdaniem Tobity Chow z organizacji The People’s Lobby, która walczy o eliminację wielkiego biznesu z polityki, Hilary jest w stanie pokonać Trumpa, ale nie jest w stanie pokonać trumpizmu. Clinton – a wraz z nią cała polityczna maszyna Waszyngtonu – powinna zastanowić się nad tą wielką amerykańską frustracją, z której wziął się Sanders, ale z której wziął się również Trump.

Od wielu tygodni Sanders i jego delegaci pracują nad aktualną agendą partii, która zostanie ogłoszona na Wielkiej Konwencji Demokratów już 25 lipca w Filadelfii. Aż pięciu z piętnastu członków komitetu, który odpowiada za kształt tego programu, to ludzie Berniego.

„To najbardziej progresywny plan od lat” – przekonuje Sanders, mając nadzieję na włączenie elementów swojej kampanii do oficjalnego programu Clinton – podniesienie płacy minimalnej do 15 dolarów na godzinę, odstąpienie od Partnerstwa Transatlantyckiego itp.

Armia Sandersa również nie daje się rozmontować, mimo że bloki wyborcze tradycyjnie rozpadają się w chwili zakończenia prawyborów, o czym przekonali się między innymi Ross Perot w 1996 roku i Ralph Nader w 2000.

Armia Sandersa również nie daje się rozmontować, mimo że bloki wyborcze tradycyjnie rozpadają się w chwili zakończenia prawyborów, o czym przekonali się między innymi Ross Perot w 1996 roku i Ralph Nader w 2000. Dominique Scott, aktywistka ruchu United Students Against Sweatshops, nie jest jedyną, która zachowuje optymizm. „Jest trochę bałaganu, ale i dużo mocy” – stwierdza, wchodząc na scenę. Będzie mówić o rasizmie na stanowym uniwersytecie Missisipi.

Nowa ekonomia

Jedna z najciekawszych sesji szczytu People’s Summit nosi wyjątkowo prowokacyjny tytuł: „Bierzemy się za Krugmana”. Chodzi tutaj o Paula Krugmana, noblistę i felietonistę „New York Times’a”, a także – jak się coraz częściej okazuje – nadwornego ekonomistę Hilary Clinton.

Zaczepny tytuł jest odpowiedzią na agresywny ton, który Krugman często przybiera wobec Berniego i jego propozycji. Jest jednym z tych, którzy najczęściej zadają pytanie: „W jaki sposób Sanders zamierza za to wszystko zapłacić?”, dając do zrozumienia, że jest to pytanie retoryczne, bo zapłacić się nie da. A już na pewno nie da się sfinansować publicznej edukacji i – koniecznej już – przebudowy infrastruktury.

Panel ten prowadziło dwóch doradców ekonomicznych Berniego. Pierwszy z nich to William Black, ekspert od regulacji i przestępstw bankowych, autor książki Najlepszy sposób, żeby obrabować bank, to założyć własny. Obok niego siedzi Stephanie Kelton, ekonomistka i zwolenniczka tzw. MMT (Nowoczesnej Teorii Monetarnej) oraz teorii gwarantowanego zatrudnienia.

Zgromadzeni – a jest ich tak wielu, że zajmują każdy skrawek podłogi pomiędzy krzesłami – chcą wiedzieć, co należy odpowiadać na nieśmiertelne pytanie: „W jaki sposób Bernie zamierza za to wszystko zapłacić?”.

– Myślę, że najprostszą odpowiedzią jest: Kongres przyjmie ustawę budżetową – śmieje się Kelton. Kiedy administracja Busha zdecydowała się na wojnę w Iraku, nikt nie pytał o to, skąd weźmiemy na to pieniądze. Problemem nie jest wszak dostęp do środków finansowych, które USA, mając suwerenną walutę, jest w stanie wyłożyć, lecz pewność, że ta inwestycja pokryje swoje własne koszty. Ekonomiści Berniego nie mają wątpliwości, że stworzenie miejsc pracy przy odbudowie infrastruktury jest najlepszą inwestycją z możliwych. Jeśli chcemy mieć zdrową gospodarkę, musimy dać ludziom możliwość zarabiania na życie. To właśnie oni (owe 99%) nakręcają ekonomię – ponieważ to oni są zmuszeni na bieżąco wydawać większość swoich zarobków, podczas gdy miliarderzy (1%) odkładają zarobione pieniądze na kupkę, wycofując je tym samym z obiegu.

Sesja pomyślana jest jako krótki wykład zakończony długą serią pytań i odpowiedzi. Ludzi interesuje wszystko – jak niebezpieczny dla państwa jest deficyt (nie bardzo), czy jest możliwe, że USA znajdzie się w takiej sytuacji jak Grecja (niemożliwe), czy powinniśmy brać przykład z Islandii (tak), czy Puerto Rico jest kolonią USA (pomruk dezaprobaty) i czy powinniśmy wrócić do standardu złota (śmiech).

Ekonomiści Berniego chcą, żeby ludzie przestali się bać. 15 dolarów na godzinę płacy minimalnej nie zrujnuje amerykańskiej gospodarki, natomiast zrujnuje ją trzymanie młodych ludzi (i ich rodziców) w szponach pożyczek studenckich. Przy takim zadłużeniu nikt nie ma odwagi (ani środków) założyć rodziny ani otworzyć własnego biznesu.

– Dług prywatny i dług publiczny (deficyt) rządzą się odmiennymi prawami, lub być może bardziej precyzyjne byłoby stwierdzenie, że znajdują się na dwóch przeciwległych biegunach – tłumaczy Kelton. Jeśli skarb państwa ma pieniądze, nie mają ich obywatele, a co za tym idzie – nie można ich użyć w gospodarce. Co się dzieje, kiedy spłacimy dług publiczny? Stany Zjednoczone spłaciły go w 1835 roku. Dwa lata później kraj popadł w depresję.

– Nie popełniajmy błędu, który popełnia Europa – apeluje William Black. Ma tu na myśli politykę „zaciskania pasa”, która utrudnia młodym start w życiu i tym samym obciąża starszych. Najlepszy sposób, żeby stracić młodych ludzi, którzy właśnie skończyli studia, to nie dać im pracy. Jeśli wyjadą szukać tej pracy gdzie indziej, kto właściwie ma budować wzrost gospodarczy?

Rok bez budżetu

Kiedy patrzy się na nieskazitelną linię wieżowców, piękniejszą nawet niż ta nowojorska, trudno uwierzyć w to, że Chicago ma problemy finansowe. Nie widać ich na lśniącej od drogich butików Madison Street; między nimi stoi srebrna wieża ze szpetnymi literami układającymi się w nazwisko „TRUMP”. Ale o tym, co tak naprawdę dzieje się w mieście, dowiaduję się dopiero w McCormick Place. Dopiero tu widać ogromną miłość do tego miasta i wielki żal, który ludzie mają w stosunku do gubernatora i policji.

Chicago od roku nie ma budżetu. Jest to wynik zaciętej walki, którą republikański gubernator prowadzi z burmistrzem i demokratyczną większością w sejmie. „Ten Jednoprocentowiec postawił sobie za cel zniszczyć związki zawodowe w Chicago”, słyszę raz po raz. Co to znaczy? Najwyraźniej slang Occupy zdążył ewoluować i mamy nowe słowo, „Jednoprocentowiec”, czyli ten który nie ma nic wspólnego z nami, z 99%. Tak właśnie mieszkańcy Chicago mówią o swoim gubernatorze – finansista Bruce Rauner został wybrany dzięki interwencji kilku bogaczy, którzy wpompowali mnóstwo pieniędzy w jego kampanię. Chicago od dawna ma ogromny deficyt, jest w gorszej sytuacji niż większość amerykańskich miast. Reaguje na to redukcją wydatków, blokadą wypłaty emerytur i zamykaniem publicznych szkół – zwłaszcza dotyczy to szkół w czarnych dzielnicach. Ale to nie koniec problemów. Sprawa Laquana McDonalda – uzbrojonego w nóż nastolatka, którego biały policjant postrzelił 16 razy w ciągu 13 sekund wstrząsnęła lokalną społecznością. Najwięcej kontrowersji budził fakt, że nagranie z zajścia ukrywano przez rok – cała sprawa zakończyła się szeregiem zwolnień na najwyższych szczeblach policyjnej władzy. Najgorsze jest to, że Chicago potrzebuje dobrze funkcjonującej policji – fala przemocy wciąż wzbiera. W samo Święto Niepodległości (4 lipca) postrzelano około 50 ludzi.

Lecz People’s Summit przypomina o alternatywnej historii Chicago – miasta, które walczyło o prawa pracowników i imigrantów. Miasta, które ma dosyć roli, jaką pieniądze odgrywają w amerykańskiej polityce i systemie wyborczym.

Chicago chce regulacji prawa do posiadania broni. Chce „rozpoznać kryzys kapitalizmu i nazwać go po imieniu” – jak mówi Sarah Jaffe, dziennikarka która zasłynęła ze swoich relacji ze strajków i protestów dla „The Nation” czy „The Guardian”. Tak jak wielu jej kolegów, przyjechała do Chicago na warsztat dla dziennikarzy, żeby mówić o nowych mediach i dziennikarstwie obywatelskim, które monitoruje władzę za pomocą smartfonów.

Społeczeństwo konsumpcyjne nie może być jedynym możliwym modelem. Muszą być inne pomysły na organizowanie wspólnoty – nie wszystkie muszą pochodzić z XIX-wiecznej Europy i wyczerpywać się w dychotomii: kapitalizm-socjalizm. „Ten ruch nie zaczął się od Sandersa” – powtarza Jaffe. 12 milionów ludzi było tu przedtem i czekało tu na niego. Niedługo to oni będą większością – młodzi, kolorowi, kobiety, mniejszości etniczne i seksualne.

„Ten ruch nie zaczął się od Sandersa” – powtarza Jaffe. 12 milionów ludzi było tu przedtem i czekało tu na niego. Niedługo to oni będą większością – młodzi, kolorowi, kobiety, mniejszości etniczne i seksualne.

– Ciężko zrozumieć i poprawnie zinterpretować historię, która dzieje się na naszych oczach – przypomina Shaun King, a każde jego zdanie witane jest burzą oklasków. – Jezus nie wiedział, że będą nazywać go Chrystusem. Martin Luter King nie wiedział, że to, co dzieje się na jego oczach, trafi do podręczników historii jako ruch praw obywatelskich. Chodzi o to, żeby nie przerywać dyskusji, żeby nie oddawać tej energii. Jednym z najważniejszych haseł, które powtarza się przez cały weekend na odczytach, warsztatach i przy stolikach, gdzie ludzie rozmawiają o wejściu do lokalnych samorządów, jest: „Jeszcze nie skończyliśmy. Właściwie to dopiero zaczynamy”.

**
Grudzińska-Gross: „Trump? Macho z kiepskiego filmu”. Oglądaj cały odcinek „Sterniczek” Roberta Kowalskiego:

Krytyka-Polityczna-33-Ameryka-w-konserwie

**Dziennik Opinii nr 197/2016 (1397)

Bio

Agata Popęda

| Korespondentka Krytyki Politycznej w USA
Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w Waszyngtonie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.