Świat

Pieniążek: „Oby nie wybuchła wojna!”. Ta, która toczy się od ponad dwóch lat?

Im dalej od Ukrainy, tym większa obawa przed rosyjską interwencją.

Rosja oskarżała już ukraińskie władze o stosowanie terroru lub przyzwalanie na niego, ale jeszcze nie zarzucała, że Ukraina stosuje go wobec Rosji. To wydarzenie bezprecedensowe, ale reakcje na te zarzuty były zupełnie niewspółmierne. W mediach i na portalach społecznościowych dziennikarze, analitycy i politycy prześcigali się w czarnych scenariuszach (interwencja, nowa faza wojny), a nawet w symbolizmie tego wydarzenia. A sierpień w symbole obfituje. Najbardziej oczywiste to „kocioł Iłowajski”, do którego doszło dwa lata temu i który przesądził losy wojny na Donbasie na niekorzyść Ukrainy, a także wojna w Gruzji, której ósmą rocznicę obchodzono niedawno. Czy ktoś pamięta, że w jej trakcie też trwała olimpiada? W swoich porównaniach chyba najdalej zaszedł Wacław Radziwinowicz, który na łamach „Gazety Wyborczej” zestawił sierpniowe wydarzenia na Krymie z rozpoczęciem wojny zimowej w 1939 roku – Stalin oskarżył wówczas Finów o ostrzelanie pozycji wojsk radzieckich. Po latach okazało się, że czerwonoarmiści ostrzelali sami siebie.

Co spowodowało te gwałtowną falę komentarzy? Prezydent Władimir Putin oskarżył Ukrainę o szykowanie zamachów na Krymie, który Rosja okupuje od 2014 roku. To słowa padły po doniesieniach Federalnej Służby Bezpieczeństwa, która stwierdziła, że z 6 na 7 sierpnia doszło do zbrojnego wtargnięcia na półwysep. Podczas próby powstrzymania napastników miał zginąć pracownik rosyjskich służb specjalnych. Przy okazji zlikwidowano tworzącą się siatkę szpiegowską i udaremniono przerzucenie na Krym grupy dywersyjnej. Za wszystkim tym rzekomo stoi ukraiński wywiad. Kijów od razu zdementował te zarzuty i określił je jako prowokację.

Wydarzenia poskutkowały zamknięciem posterunków między Krymem a obwodem chersońskim. W rezultacie utworzyły się ogromne kolejki, ale 10 sierpnia rano ukraińska straż graniczna poinformowała, że wszystkie posterunki działają, a kolejki stopniowo się rozładowują. Gdy sytuacja się już zupełnie uspokoiła, padły słowa Władimira Putina o szykowaniu zamachów. Dopiero wówczas zwrócono uwagę na zwiększony ruch sprzętu wojskowego na Krymie, który trwał od kilku dni. Chociaż z ukraińskiej strony częściej mówiono albo o rotacji, albo o ćwiczeniach rosyjskiej armii, to na zachód od Buga zaczęto wróżyć nadciągającą inwazję wojsk rosyjskich.

Na Twitterze i Facebooku zbliżały się one nieuchronnie. Szerzyły się plotki i pogłoski albo po prostu źle przepisane informacje agencyjne, co z kolei rodziło kolejne zamieszanie.

(Przy okazji w tym kontekście warto przeczytać tekst Jakuba Dymka, który pozdrawiał ze „świata post-prawdy).

Straszenie wojną i ofensywą ze strony Rosji, separatystów czy ukraińskiej armii ma historię tak długą, jak ten konflikt, to znaczy trwającą od kwietnia 2014 roku. Każde nadchodzące święto (Wielkanoc i Boże Narodzenie) czy rocznica (na przykład dzień zwycięstwa i dzień niepodległości, który Ukraińcy obchodzą wkrótce – 24 sierpnia) jest sezonem straszenia wojną. Raz łapią się na niego media, czego jesteśmy świadkami; a czasem nawet mieszkańcy Donbasu. Pamiętam jak rok temu mieszkańcy leżącego w obwodzie donieckim miasta Komsomolskie, które jest kontrolowane przez separatystów, spodziewali się ukraińskiej ofensywy przed dniem niepodległości. W sklepach prosili o kartony, którymi wykładali piwnice i robili zapasy. Skąd wiedzieli, że ma dojść do ataku? Schemat zawsze ten sam: ktoś komuś o tym powiedział. Raz bojownik na posterunku poinformował zatrwożonego pasażera autobusu, że Ukraińcy się szykują, bo „lubią robić niespodzianki na święta”; a w innym przypadku znajomy znajomego w administracji dysponował tajną informacją. Od sierpnia 2015 roku w okolicach Komsomolskiego front ani drgnął. Ale każde nadchodzące święto wciąż jest uważane za zapowiedź nadchodzącej katastrofy. Chociaż jak pokazują ostatnie dwa lata, to proroctwo nigdy się nie sprawdziło. Ofensywy nie zważają na daty.

To znaczy, że zagrożenia ze strony Rosji nie ma? Oczywiście jest i będzie dopóki konflikt zbrojny nie dobiegnie końca.

Ostatnie dwa miesiące to okres zwiększenia liczby ostrzałów z dwóch stron i największa liczba ofiar od lata 2015 roku. Panikowanie jednak nie służy chłodnej ocenie wydarzeń, a bez niej nie uda się określić zagrożenia i znaleźć sposobu jego neutralizacji.

Pozdrowienia-Noworosji-Pawel-Pieniazek

**Dziennik Opinii nr 226/2016 (1426)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Paweł Pieniążek

| Dziennikarz, reporter
Relacjonował ukraińską rewolucję, wojnę na Donbasie, kryzys uchodźczy i walkę irackich Kurdów z tzw. Państwem Islamskim. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książek „Pozdrowienia z Noworosji” (2015), „Wojna, która nas zmieniła” (2017) i „Po kalifacie. Nowa wojna w Syrii” (2019). Dwukrotnie nominowany do nagrody MediaTory, a także do Nagrody im. Beaty Pawlak i Nagrody „Ambasador Nowej Europy”. Stypendysta Poynter Fellowship in Journalism na Yale University.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.