Świat

Paryż po zamachach: „Nasza wolność to nie jest siedzenie w kawiarniach”

Co o przyczynach ataków i reakcjach na nie pisze francuska prasa?

Pierwsze reakcje na zamachy z 13 listopada: prezydent Hollande wprowadza stan wyjątkowy, prawa obywatelskie zostają ograniczone, granice zamknięte, zgromadzenia publiczne zakazane, nie licząc tych upamiętniających ofiary zamachów. Niedowierzanie. Kwiaty, łzy, flagi, znicze. Strach: włoskie dzienniki krzyczą z pierwszych stron: „Dzisiaj Paryż, teraz kolej na Rzym i Londyn!”. Albo: „Dorwiemy was, barbarzyńcy!”. Prezydent Hollande wypowiada wojnę terroryzmowi i po raz pierwszy bodaj od początku kadencji dostaje pełne poparcie prawicy (za to wyłamuje się część posłów lewicowych). Prasa wzywa: pokażmy im, że się nie boimy, a satyryczny „Canard Enchaîné” daje na pierwszą stronę wielki tytuł: „Wszyscy do baru wychylić lufę!” – i odzew jest masowy.

Lecz z szoku pierwszych chwil po masakrze wyłaniają się w końcu pytania: dlaczego oni nam to robią? I co teraz? Mamy zamknąć się przed światem, poświęcić naszą wolność w imię bezpieczeństwa? Karać, bez litości deportować i pozbawiać obywatelstwa, zrzucać bomby, by zniszczyć? Tego właśnie chcą dziś władze Francji, duża część Francuzów i Europejczyków w ogóle. Ale pojawiają się też inne głosy: poznajmy wpierw przyczyny zła i nie pozwólmy, by się dalej pleniło…

W pułapce

„Panie prezydencie Hollande, znalazł się pan w pułapce – pisze w poniedziałek po atakach w „Le Monde” flamandzki historyk David Van Reybrouck – Mówi pan dokładnie tym samym językiem, jakiego używał Bush po zamachach w Nowym Jorku”. Skutki tego języka i tej polityki odczuwamy po dziś dzień: gdyby nie one, nie byłoby miejsca dla ISIS. Francuski prezydent robi właśnie to, czego chcą terroryści: wypowiadając wojnę, przyjmuje zaproszenie do dżihadu. Jego próby uspokojenia narodu tworzą zagrożenie dla bezpieczeństwa całego świata.

Wtóruje mu politolog Olivier Roy: „Francja w stanie wojny! Możliwe, lecz przeciw komu, czy może: przeciw czemu?” („Le Monde”). A Jürgen Habermas twierdzi, że o ile nadzwyczajne środki wprowadzone we Francji w reakcji na zamachy wydają mu się sensowne, o tyle – z niemieckiej perspektywy – „wojenna retoryka prezydenta Hollande’a, powodowana, jak się zdaje, kalkulacjami w polityce wewnętrznej, przyjmowana jest raczej z rezerwą” („Le Monde”). I że eksperci są zgodni, że same bombardowania w Syrii i Iraku, bez wsparcia lokalnych sił, nie przyniosą zwycięstwa.

Dlaczego to robią?

Dzień przed van Reybrouckiem w „Libération” głos zabrał dyrektor Katedry Porównawczych Studiów Afrykańskich w Genewie, Jean-François Bayart: „Analitycy od dawna przepowiadali, że kroczymy wprost ku przepaści. I oto w niej jesteśmy, […] błędy, które uderzają jak bumerang, popełnione zostały z woli wszystkich kolejnych większości parlamentarnych”. Wśród tych błędów wymienia kapitulację Europy wobec oporu Izraela w kwestii palestyńskiej; strategiczny sojusz Francji z konserwatywnymi monarchiami naftowymi Zatoki Perskiej; wsparcie agresji Iraku na Iran (1980-1988) i ostracyzm wobec tego ostatniego. „Ta sama niefrasobliwość przyświecała polityce Francji wobec Ankary. Zamiast zakotwiczyć Turcję w konstrukcji europejskiej, Paryż wolał grać rolę snoba, ryzykując utratę wszelkich wpływów w tym kraju, sprzyjał jego putinizacji i pozostawił go w niebezpiecznych związkach z ruchami dżihadystowskimi”. W tę samą logikę lekkomyślności i cynizmu wpisuje się długotrwałe sprzyjanie autorytarnym reżimom w Algierii, Tunezji, Egipcie, Syrii, Iraku – oparte na złudzeniu, że zapewniają one stabilność – i godzenie się na polaryzację etniczno-wyznaniową, na której często bazowały owe reżimy.

Równolegle – ciągnie Bayart – Francja poniosła całkowitą klęskę w polityce wewnętrznej. Z jednej strony neoliberalizm zaczął produkować masowe bezrobocie, z drugiej  politycy postanowili ignorować narastające problemy związane z pauperyzacją i wykluczeniem zamieszkałych w większości przez imigrantów przedmieść wielkich miast. „Zamiast czerpać korzyści z niezwykłego atutu, jakim jest dwukulturowość wielu młodych Francuzów, […] zepchnęliśmy muzułmanów na margines. Powątpiewaliśmy w ich przynależność do narodu tak długo, aż w końcu niektórzy z nich sami zaczęli w nią wątpić”.

Bunt pokoleniowy…

Politolog i specjalista od islamu Olivier Roy domaga się odczarowania stereotypów na temat islamizmu, twierdząc, że religia jest dla dżihadystów jedynie „pretekstem, etykietą, wielkim eposem, na który się powołują, by usprawiedliwić swój krwawy bunt osobisty”.

Dżihadyzm to w gruncie rzeczy nic innego jak nihilistyczny bunt pokoleniowy i należałoby mówić nie tyle o radykalizacji islamu, ile islamizacji radykalizmu.

Tym bardziej, że wśród jego adeptów nie brak konwertytów wywodzących się z „rdzennych” Francuzów. Dlatego zdaniem Roya przyłączanie się młodych do struktur ISIS jest czysto oportunistyczne, a przynależność do takiej czy innej organizacji wynika w istocie z dostępnych w danym momencie możliwości. Skąd zatem radykalizacja? Wszyscy ci młodzi „zrywają ze swoimi rodzicami, a konkretniej z rodzicami jako przedstawicielami danej kultury i religii. «Drugie pokolenie» nigdy nie utożsamia się z islamem swoich rodziców, […] jego przedstawiciele są zokcydentalizowani, mówią po francusku lepiej niż rodzice”. Wielu z nich przeszło przez więzienia. Pewnego dnia wybierają salafizm – islam, który odrzuca kulturę, islam oparty wyłącznie na normach. To dzięki niemu – uważa Roy – mogą odbudować własną osobowość.

Roy przytacza opinie sąsiadów typowego terrorysty: „To był miły chłopak – mówią zgodnie. – Nie był praktykujący, pił, palił trawę, chodził na dziewczyny… No tak, to prawda, kilka miesięcy temu dziwnie się zmienił, zapuścił brodę i zaczął zamęczać nas religią…” Ten nieoczekiwany zwrot ku religijności nie ma jednak nic wspólnego z tradycyjnym islamem, gdzie poczucie wspólnoty jest co najmniej tak samo ważne jak wiara w Boga. Przeciwnie, terroryści samobójcy są izolowani przez wspólnotę muzułmańską, niewielu odwiedza meczety, a ich imamowie to samozwańcy. „Ich radykalizacja dokonuje się wokół wyimaginowanego bohatera, wokół przemocy i śmierci.[…] Ich przemoc jest współczesna: zabijają tak jak masowi zabójcy w Ameryce czy Breivik w Norwegii – z zimną krwią i na spokojnie. […] W taki sposób okazują swoje nowe, wszechmocne ja, wolę rewanżu za tłumione frustracje; używają nowej wszechmocy, która rodzi w nich wolę zabijania i fascynację własną śmiercią” („Le Monde”).

…czy jednak religijny fundamentalizm

Jednak według belgijskiego socjologa Bernarda De Backera Roy skupia się wyłącznie na Francji, tymczasem problem jest międzynarodowy. „Absolutnie nie należy redukować zjawiska islamu politycznego, wraz z jego odłamem ekstremistycznym, do – jak tego chce Roy – «niewielkiej, ściśle wyodrębnionej frakcji tych wszystkich, którzy mogą we Francji nazwać siebie muzułmanami. Kilka tysięcy wobec milionów». Nie tylko we Francji! Tunezja, Mali, Somalia, Indonezja, Iran, Czeczenia, południowe Filipiny, cały świat arabski (potworne zbrodnie Zbrojnej Grupy Islamskiej w Algierii w latach 1991–1999). Zjawisko to istnieje już od ponad czterdziestu lat”. Przynależność religijna to sprawa drugorzędna? Jest na odwrót: czynnik religijny jest sednem, tkwi głęboko, nie na powierzchni. I odsyła do znacznie bardziej wszechstronnej i zniuansowanej, jak uważa, analizy filozofa i historyka Marcela Gauchet.

Gauchet utrzymuje, że przemoc stosowana przez terrorystów jest dla nas czymś niepojętym, ponieważ nasze wyobrażenia na temat religii nie pozwalają nam uwierzyć, że może ona motywować barbarzyństwo.

Motywacji religijnych nie bierzemy zatem na poważnie. Doszukujemy się przyczyn ekonomicznych i społecznych, lecz te odgrywają – twierdzi Gauchet – co najwyżej rolę detonatora.

Europejczykom trudno to uchwycić, bowiem odeszli lub odchodzą od religii, a tym bardziej od fundamentalizmu religijnego. Tymczasem żeby zrozumieć, co kieruje postępowaniem dżihadystów, należy sobie przypomnieć, że tradycyjnie „religia organizowała życie społeczeństw oraz że oryginalną cechą współczesności jest porzucenie takiej organizacji świata”. W tym właśnie przejawia się najgłębszy sens globalizacji. „Globalizacja jest okcydentalizacją kultury świata pod względem naukowym, technicznym i gospodarczym […]. Choć trudno uchwycić od razu związek między myślą ekonomiczną i naukową a odchodzeniem od religii, to jest on bezpośredni. Nie należy tedy dziwić się, że penetracja owej współczesności odczuwana jest w niektórych kontekstach jako agresja kulturowa prowadząca do gwałtownego wskrzeszenia rozpadającej się głębi religijnej, wciąż jednak na tyle obecnej, by móc ją rozbudzić”.

Według Gaucheta w ten sposób religia oderwana została od pojęcia wspólnoty: dla nas, Europejczyków, duchowość należy do najbardziej intymnej sfery życia i w żadnym wypadku nie przeradza się w aktywność społeczną, gdy „tymczasem prawdziwy fundamentalizm jest projektem politycznym o motywacjach rewolucyjnych”. Obecność czynnika społecznego w islamie wyraża się choćby w przywracaniu szariatu. Ale skoro, jak zaznacza filozof, fundamentalizm jest udziałem wszystkich religii, co specyficznego jest w islamie, że potrafi przyjąć aż tak radykalne formy? Dla Gaucheta to sprawa pokrewieństwa naszych religii: muzułmanie przekonani są, że islam, jako najmłodszy z trzech wielkich monoteizmów, jest zarazem z nich wszystkich najdoskonalszy. Istnieje w świadomości muzułmańskiej poczucie urazy wobec niezrozumiałej z jej punktu widzenia sytuacji: „Najlepsza z religii jest jednocześnie religią ludności skolonizowanej niegdyś przez Zachód i nadal przezeń zdominowanej gospodarczo. Taki status nie przystaje do świadomości religijnej, jaką mają muzułmanie na temat ich własnego miejsca w świętej historii”.

Przekaz fundamentalizmu w wersji odpowiednio przetworzonej trafia na przedmieścia wielkich miast. Trąca czułe struny u dzieci imigrantów, nieprzystosowanych do indywidualistycznej kultury Zachodu, zrywa wszelkie odniesienia do wspólnoty wpojone im przez ich tradycję religijną. „Najbardziej zagubionych ów indywidualizm zarazem fascynuje i przeraża i myślę – pisze Gauchet – że to właśnie stanowi sedno procesu myślowego generującego zachodniego dżihadystę. To konwertyta, który przywłaszcza sobie religię od zewnątrz, pozostając często ignorantem w sprawach przywłaszczanej religii. Jego aspiracją […] jest, by stać się indywidualnością w znaczeniu zachodnim i czyni to poprzez akt założycielski, jakim jest jego osobista wiara. Lecz zważywszy, że w tradycyjnej religii mniej liczy się wiara jednostki, bardziej zaś stosowanie rytuałów – przez swój na wskroś indywidualistyczny akt wiary fundamentalista niszczy ową tradycję wspólnoty; jednocześnie jednak pozbywa się indywidualności poprzez zgodę na złożenie ofiary z własnego życia. Jest to przejaw bardzo szczególnego rodzaju cierpienia wynikającego ze specyficznej sytuacji społeczno-historycznej i tutaj sytuuje się sedno owych zachowań dla nas zupełnie niezrozumiałych. Mimo to, uważa Gauchet, dżihadyzm nie stanowi zagrożenia dla naszego sposobu bycia. „Owszem może doprowadzić do  zabicia wielu ludzi, spowodować przeogromne straty, wywoływać potworne sytuacje, lecz nie jest alternatywą zdolną nas unicestwić”.

Zgniła przeszłość, kulawa przyszłość

Jednak w panującej dziś atmosferze strachu i przygnębienia opinia, że dżihadyzm nie jest w stanie nas zniszczyć, nie wszystkich przekonuje. Urodzona i mieszkająca w Bejrucie eseistka i prozaiczka Dominique Eddé zauważa w „Le Monde”, że strach i niepewność dotyczy właśnie przyszłości. „13 listopada to potężny cios w kalendarz. […] to zamach na czas”. Jej zdaniem dżihadyści ugodzili w przyszłość Francji, a także Europy, w momencie, gdy potężni tego świata nie mają żadnego na nią pomysłu, a logikę polityki zastąpiła logika gospodarczo-finansowa.

Eseistka Sophie Bessis i historyk Mohamed Harbi wyjaśniają, na czym to polega: „Dżihadyzm jest w pierwszym rzędzie dzieckiem Saudów i innych emirów, którym Zachód sprzedaje lekką ręką zaawansowaną technologicznie broń, nie bacząc na «wartości», na które powołuje się przy innych okazjach, gdy mu wygodnie. Nigdy przywódcy francuscy nie zadali sobie pytania o różnicę między barbarzyństwem ISIS a tym stosowanym przez królestwo saudyjskie. Nie chcą dostrzec, że kieruje nim ta sama ideologia. Zamordowani 13 listopada są także ofiarami tej dobrowolnej ślepoty. Lista krwawych dyktatorów na Bliskim Wschodzie – w razie potrzeby przedstawianych jako laickich – jest długa, podobnie jak słona jest cena niekonsekwencji, jaką dziś płacą niewinni ludzie” („Le Monde”).

I dlatego, pisze Eddé, „tracąc wszelkie oparcie, świat leci w przepaść, w której zagnieździło się ISIS. […] Pozbawiona wizji polityka europejska wsparła politykę amerykańską, stając się bezlitosną i niewidzialną pożywką dla sieci nienawiści”. Lecz zdaniem pisarki Zachód nie jest jedynym winowajcą: „Stłamszeni, pokonani wskutek negowania rzeczywistości, niezdolności spojrzenia prawdzie w oczy, Arabowie przez całe stulecie nieprzerwanie lawirowali, spóźniali się na swój pociąg. […] Odwrócili się od myśli krytycznej.[…] Efekt nie podlega apelacji: świat arabski jest martwy. […] Dziś ich ziemie okupują religia, petrodolary i dyktatury”.

Arabska wiosna upadła właśnie dlatego: zdrapano górną warstwę zgnilizny, ale pod spodem było jej jeszcze więcej.

„Im więcej środków bezpieczeństwa, tym mniej bezpiecznie”

„Wpadł pan w potrzask, panie prezydencie, bo czuje pan, jak gorący oddech jastrzębi Sarkozy’ego i Marine Le Pen pali panu plecy. Od dawna ma pan reputację słabeusza. […] Mówi pan o „armii terrorystów”. Po pierwsze, niczego takiego nie ma. Jedno słowo przeczy drugiemu. To jakby stosować dietę bulimiczną” (David Van Reybrouck, „Le Monde”).

„Terroryści, którzy nazywają siebie żołnierzami, w rzeczywistości zachowują się jak kryminaliści – tłumaczy w „Le Monde” Frédéric Gros, profesor myśli politycznej z paryskiego Instytutu Nauk Politycznych. – Zabijają nie żołnierzy wrogiego wojska, lecz zwykłych ludzi, którzy nie przyszli na śmierć, lecz po to, by posłuchać muzyki, wypić drinka”. Wojna rozsiana – oto nowe zjawisko, z którym mamy do czynienia. A skoro tak, czy stan wyjątkowy jest właściwą odpowiedzią? Owszem, to naturalna reakcja, twierdzi Gros, lecz natychmiast dodaje: „Niebezpieczne jest zbyt częste przeciwstawianie sobie pojęć «bezpieczeństwo» i «wolność». Konieczne jest zachowanie równowagi między obiema formami bezpieczeństwa: bezpieczeństwem policyjnym, bezpieczeństwem «nienaruszalności cielesnej» osób z jednej strony – a bezpieczeństwem sądowym, które gwarantuje nam ochronę naszych zasadniczych praw i wolności”. W reakcji na terror konieczna jest praca indywidualna każdego z nas: nie można poddawać się logice strachu i nienawiści, należy sprzeciwiać się mieszaniu pojęć i zachować poczucie sprawiedliwości. „Opór etyczny, sprzeciw wobec traktowania siebie samego jako obiektu chronionego, to zaszczyt dla człowieka jako politycznego podmiotu demokracji”.

Tymczasem – zdaniem profesora Studiów Orientalnych i Afrykańskich w Londynie, Gilberta Achcara – obecny rząd Francji „lekką ręką planuje poważne naruszenia praw człowieka” („Le Monde”). I wylicza: projekt pozbawiania obywatelstwa, stosowanie więzienia bez aktu oskarżenia, dania wolnej ręki aparatowi przymusu. W przeciwieństwie do ataków na Trade Center w Nowym Jorku, których dokonali obcokrajowcy, zamachy paryskie są dziełem obywateli francuskich. Tymczasem zawieszenie praw człowieka w stanie wyjątkowym ma różne skutki w zależności od tego, czy dotyczy zagrożenia wewnętrznego czy zewnętrznego. USA przywróciły większość praw człowieka na swoim terytorium, lecz wyłączyły z nich terytoria obce, takie jak Guantanamo i inne miejsca, w których kraj ten za pomocą dronów prowadzi polowania na ludzi. Sytuacja Francji jest inna: dżihad dzieje się na jej własnym terytorium i Francja ma z nim do czynienia od dwóch stuleci, od kiedy rozpoczęła krwawy podbój Algierii. „Angażując się w brudną wojnę kolonialną w 1955 roku, Francja wprowadziła ustawę o stanie wyjątkowym. […] Stan wyjątkowy obowiązywał na całym terytorium Francji kontynentalnej od 1961 do 1963 roku. W jego trakcie dopuszczono się okrutnych zbrodni na terytorium francuskim, nie licząc tych, które na co dzień popełniano w Algierii”. Kolejny raz stan wyjątkowy ogłoszono w listopadzie 2005 roku, gdy zapłonęły przedmieścia.

„Bądźmy realistami, żądajmy niemożliwego!”

Co więc robić? Jean-François Bayart mówi tak: „Albo damy się […] specom od bezpieczeństwa zapędzić wprost w przepaść, a naszym przyszłym prezydentem będzie jakiś Victor Orban – bez znaczenia z prawej czy lewej strony, ważne, że zamknie nas we własnym kotle tożsamościowym. Albo wysiłek samoobronny połączymy z walką o poszerzanie naszych swobód i wolności, tak jak potrafiła to uczynić Krajowa Rada Ruchu Oporu w znacznie tragiczniejszych czasach drugiej wojny światowej. To byłaby prawdziwa odpowiedź dla skretyniałych morderców i medialnych pajaców wyniesionych do roli ekspertów” („Liberation”).

Dominique Eddé: „Ogromna większość francuskich muzułmanów jest wstrząśnięta tym, co uczyniono w imię ich religii i kultury. Nigdy zbyt wiele wysiłków, żeby przerwać tę samotność, przeciwstawić się słowom, które do niej zachęcają. Czyż nie czas najwyższy, aby głos zabrali muzułmańscy intelektualiści i domagali się pilnej egzegezy czternastowiecznych świętych tekstów?

Sophie Bessis i Mohamed Harbi wzywają, żeby zrobić przynajmniej dwie rzeczy. Po pierwsze: żądać, aby Francja zerwała uprzywilejowane stosunki z Arabią Saudyjską i Katarem, dwiema monarchiami, gdzie islam wahabicki jest religią państwową. Po drugie: domagać się wykonania rezolucji ONZ wobec Izraela.

„Zamiast wypowiadać w Syrii wojnę Państwu Islamskiemu, które odrodzi się w innej formie, Zachód winien zapewnić przyszłość lumpenproletariatowi europejskich czy amerykańskich przedmieść – uzupełnia listę postulatów Guy Sorman. – W najbardziej [bowiem] optymistycznym scenariuszu interwencje wojskowe zdołają co najwyżej przepędzić Daesz z jednej oazy do drugiej albo wyeliminować przywódców[…] Inna wojna, ta wewnętrzna, długa, trudna, lecz dająca perspektywy zwycięstwa i gwarancje naszego bezpieczeństwa, polega na likwidacji zaplecza bojowników dżihadu, którzy są legalnymi obywatelami naszych państw. Tymczasem w Paryżu, Brukseli, Rzymie, Madrycie, Detroit i Genewie [ludzie ci] postrzegają siebie jako obywateli drugiej kategorii i – przyznajmy uczciwie – często również uważani są za półobywateli” („Le Monde”).

„Te żądania – nie ukrywają Bessis i Harbi – które natychmiast wyśmieją zwolennicy Realpolitik, […] nie zlikwidują natychmiast zagrożenia ze strony dżihadystów. Lecz wprowadzenie ich mogłoby wysuszyć źródło dżihadyzmu. A wtedy i tylko wtedy podjęte dziś środki antyterrorystyczne – wobec całkowitego braku politycznej wizji – mogłyby przynieść skutek”.

Wszyscy do baru?

„Postanowiliśmy działać!” – piszą aktywiści Collectif Roosevelt, ruchu obywatelskiego powstałego z inicjatywy takich osobistości, jak Stéphane Hessel i Edgar Morin. „Walka musi toczyć się przeciwko dwóm rodzajom barbarzyństwa: fanatykom i ich urojeniom z jednej strony; z drugiej przeciw barbarii kalkulacji, forsy i interesów” – pisze Edgar Morin. Potrzeba solidarności. Nie tylko tej spektakularnej i skądinąd wspaniałej, która objawia się w chwilach katastrof i prób. Chodzi o „stan permanentnej solidarności”.

Kiedy Państwo Islamskie chce nas podzielić, my musimy być jeszcze bardziej zjednoczeni i solidarni.

Polityka zagraniczna Francji wymaga rewizji, to oczywiste, polityka wewnętrzna, wraz ze stanem wyjątkowym i wojną z terroryzmem, to krok w odwrotnym kierunku. Dziś jednak naszym głównym zadaniem jest solidarna walka o sprawiedliwość społeczną i klimatyczną. To sprawa życia i śmierci, a terroryzm nie powinien odwracać naszej uwagi od wyzwań COP21. „Społeczeństwo obywatelskie Francji musi się zmobilizować!” – wzywa Collectif Roosevelt. Zakazują nam się gromadzić? Zróbmy to inaczej: obklejmy mury, zamalujmy chodniki, puśćmy muzykę, dyskutujmy w małych grupach w kawiarniach. Podpisujmy apele w czasie szczytu. Wystawmy na ulicę nasze buty, dużo butów!

***

„Cześć. Jestem Francuzką i nie mam trzydziestu lat. […] Zawsze uwielbiałam paryskie tarasy. […] Lecz dzisiaj to nie do kawiarni mam ochotę pójść. […] Od kilku dni próbuje mi się wmówić, że to właśnie na wolność, wymieszanie i lekkość tej młodzieży dokonano zamachu i żeby się temu sprzeciwić, trzeba pójść na piwo do kawiarni. Ładna symbolika, w sumie taki sposób oporu jest cool. […] Lecz jeśli jedyną odpowiedzią francuskiej młodzieży na to, co stanowi stałe zagrożenie, jest pójść i pić drinki, słuchać muzyki na koncertach, to nie sądzę, że jest to na miarę symbolu, za jaki się uważamy. Uwaga, jaką świat na nas dziś kieruje, wymagałaby, żebyśmy poszli dalej niż samo czerpanie drobnych, osobistych przyjemności. […] Nie bardzo pojmuję, w czym przyłączanie się do stada, które co tydzień odprawia weekendowy obrzęd balangi, jest oznaką wolności. Moją wolnością będzie obranie zupełnie innej drogi niż ta, która prowadzi przez hiperkonsumpcję. Znalezienie innego horyzontu niż tylko dom, samochód, wielki ekran telewizyjny, wakacje na plaży i shopping. Sarah”.

Źródła cytatów:

1. David Van Reybrouck, Monsieur le Président, vous êtes tombé dans le piège!, tłumaczenie z niderlandzkiego na francuski Monique Nagielkopf, „Le Monde”, 16.11.2015.
2. Olivier Roy, Le djihadsme est une révolte générationnelle et nihiliste, „Le Monde” 24.11.2015.
3. Jürgen Habermas, Le djihadisme, une forme moderne de réaction au déracinement, „Le Monde” 21.11.2015.
4. Jean-François Bayart, Le retour du boomerang, , Libération”, 15.11.2015.
5. Z korespondencji prywatnej autora z Bernardem De Backerem (za jego zgodą).
6. Marcel Gauchet, Le fondamentalisme islamique est le signe paradoxal de la sortie du religieux, „Le Monde” 21.11.2015.
7. Dominique Eddé, Daech profite de notre absence de lucidité, „Le Monde” 26.11.2015.
8. Sophie Bessis i Mohamed Harbi, Nous payons les inconséquences de la politique française au Moyen-Orient, „Le Monde” 17.11.2015.
9. Frédéric Gros, Trop de sécuritaire tue la sécurité, „Le Monde” 21.11.2015.
10. Gilbert Achchar, Etat d’urgence: „de graves violations des droits humains sont allégrement envisagées, „Le Monde” 25.11.2015.
11. Guy Sorman, Ne nous trompons pas de guerre!, „Le Monde”, 1.12.2015.

**Dziennik Opinii nr 339/2015 (1123)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.