Świat

Marciniak: Rosyjska polityka mrzonek

Putinowska racjonalność to realizacja konceptu imperialnego w realiach, które czynią ten koncept niewykonalnym.

Michał Sutowski: Przy okazji konfliktu na Krymie media ekscytują się problemem racjonalności, względnie poczytalności Władimira Putina. Politycy spierali się, czy Putin „oderwał się od rzeczywistości” czy może prowadzi zimną, racjonalną grę. A co pan o mysli o jego działaniach?

Prof. Włodzimierz Marciniak: Nie czuję się mocny w interpretowaniu polityki poprzez psychologię i emocje pojedynczych ludzi. Nawet okiem laika widać jednak, że Putin, sprawując władzę, kompensuje sobie jakieś kompleksy, bo o tym świadczy poniżanie partnerów i współpracowników – jako premier potrafił kilka godzin spóźnić się na posiedzenie rządu i nikogo uprzednio o tym nie poinformować. Nie zmienia to faktu, że tacy ludzie mogą się zachowywać pod wieloma względami racjonalnie. A na czym jego racjonalność w tej sytuacji polega? W publicystyce rosyjskiej, ale tej krytycznej wobec Putina, często spotkać można historyczne analogie do polityki niemieckiej – pisze się często o Anschlussie Krymu. Warto pójść tym tropem, choć nie po to, by zrównać Putina z Hitlerem, ale by dostrzec, że myślenie polityczne Rosji ukształtowane jest bardzo silnie przez myśl niemiecką, zanurzoną w romantyzmie.

Ma pan na myśli geopolitykę? Teorie Karla Haushofera o przestrzeni życiowej?

W tym wypadku istotny jest inny trop. Otto von Bismarck odróżniał Interessenpolitik – prowadzoną w sferze bezpośrednich interesów zestawionych z twardymi realiami, oraz Machtpolitik – politykę wysiłku, która kieruje się wyobrażonymi, dalekosiężnymi celami, niewywiedzionymi wprost z doraźnych interesów. Podobnie wygląda rozróżnienie Ludwiga von Rochaua na Realpolitik i politykę imperialną: Realpolitik prowadzi się w horyzoncie codzienności i orientuje na konkretne cele; politykę imperialną prowadzi się w horyzoncie mglistej przyszłości, a nakierowana jest głównie na prestiż i zaspokojenie ambicji. Jeśliby trzymać się tych kategorii, to polityka Putina jest raczej polityką imperialną, względnie Machtpolitik. Kiedy Bismarck formułował te tezy, Niemcy już nie były imperium, ale jeszcze nie były państwem narodowym – tkwiły w pewnym rozdarciu między polityką interesów a Machtpolitik.

I to jest dziś sytuacja Rosji?

Tak, bo po rozpadzie ZSRR nie jest już ona imperium, ale jeszcze nie jest państwem narodowym. Kluczowe jest to, na ile elementy „imperialne” w jej polityce nie odpowiadają jej faktycznym zasobom, zwłaszcza kulturowym. W perspektywie długofalowej polityki imperialnej skłócenie z Ukraińcami jest pozbawione sensu, bo Ukraina zawsze wnosiła do rosyjskiego imperium bardzo wiele; więcej, niż przypuszczamy. Zarazem Rosja nie kieruje się racjonalizacją narodową, bo Putin nie potrafi nawet zdefiniować celów takiej polityki: raz mówi, że trzeba bronić praw „współplemieńców”, kiedy indziej, że wszystkich ludzi rosyjskojęzycznych, a ostatnio, że wszystkich tych, „z którymi nas wiąże wspólnota historyczna, językowa i wspólnota losu”. Tu nie ma wyobrażenia narodu, tylko coś, co definiowane jest wyłącznie przez odwołanie do przeszłości i nostalgii.

Czy to znaczy, że państwo rosyjskie kieruje się różnymi logikami naraz, które wyznaczają sprzeczne cele? Czy raczej że w ogóle nie potrafi swych celów zdefiniować?

Po rozpadzie ZSRR Rosja stała się zupełnie nowym bytem politycznym o niezdefiniowanej tożsamości i nieokreślonych granicach ideowych czy politycznych. Początkowo formułowano koncepcję narodu zdefiniowanego jako wspólnota obywateli, stąd też dziwnie dla nas brzmiące pojęcie „wieloetniczny naród” w preambule konstytucji rosyjskiej. Tę koncepcję jednak zarzucono, a w efekcie mamy Rosję jako nowy podmiot polityczny, ale zdefiniowany w stary sposób. Dobrze to widać właśnie na przykładzie stosunków z Ukrainą: jeśli im się bliżej przyjrzeć, zobaczymy, że nie ma tu wyraźnego rozróżnienia na wnętrze i zewnętrze. Ambasadorem Rosji na Ukrainie był niegdyś były premier Wiktor Czernomyrdin, który wspominał, jak przed wyjazdem na placówkę kijowską konsultował swe przyszłe zadania „nie tylko w MSZ”. Krótko mówiąc, Ukraina przynależy w dużej mierze do kompetencji polityki wewnętrznej Rosji. Najlepiej świadczy o tym przykręcenie politycznej śruby w Rosji po pomarańczowej rewolucji – potraktowano ją jak wydarzenie z obszaru wewnętrznego, bezpośrednio wpływające na rozwój sytuacji w Rosji. Bo Rosja po prostu nie ma dobrze zdefiniowanych własnych granic.

A kto jest faktycznym ośrodkiem decyzyjnym w ramach tej „nieokreślonej” wspólnoty? Czy ośrodek prezydencki jest samodzielny, czy może raczej pozycja Putina jest wypadkową sił jakichś innych ośrodków władzy?

Odpowiadając na to pytanie, należałoby zacząć od tego, że rozpad ZSRR błędnie definiuje się – czyni to także Putin, ulegając determinizmowi geopolitycznemu – jako „katastrofę geopolityczną”. To była katastrofa, ale raczej mentalna z jednej, a instytucjonalno-konceptualna z drugiej strony.

Sowiecka polityka dosłownie się rozpadła – i w sensie problemowym, kiedy to różne wyzwania polityczne zaczęły się jawić jako oddzielne, a także w sensie instytucjonalnym. Lata 90. to czas prób ponownej koordynacji różnych wyzwań i podsystemów. Wśród nich można chyba wyróżnić cztery najważniejsze: pierwszy to podtrzymanie statusu i prestiżu wielkiego mocarstwa; drugi to podsystem eksportu surowców energetycznych – na niego zwraca się najwięcej uwagi, lansując niekoniecznie słusznie tezę o jego zależności od podsystemu „mocarstwowego”; trzeci to obsługa zadłużenia zagranicznego; czwarty – obsługa procesów reintegracji i dezintegracji przestrzeni poradzieckiej, prowadzona w dużym rozproszeniu i w sposób niekoniecznie koordynowany przez rosyjskie MSZ.

A może w ogóle nieskoordynowany?

No właśnie, to jest dobre pytanie: ten ostatni podsystem tworzy bardzo złożoną siatkę zależności z systemami krajów sąsiednich, dlatego też bardzo trudno tu o spójność i integralność polityki. Władimir Putin sporo w tym całym układzie zmienił. W stosunku do lat 90. zmniejszyło się – dzięki boomowi surowcowemu – znaczenie podsystemu obsługi zadłużenia zagranicznego, co silnie wiązało Rosję z Zachodem, zwiększyło się za to znaczenie sektora energetycznego. O nim mówi się dziś najwięcej w kontekście sankcji właśnie dlatego, że jego rola dla całego systemu jest tak duża. Mniej ważny wydaje się za to nacisk personalny na urzędników; spotkałem się już w Rosji z tezą, że przejęła tam władzę „partia czystych rąk”. To oczywiście żart, ale chodzi po prostu o urzędników bez lokat pieniężnych na Zachodzie. Wzrosło również znaczenie segmentu „wielkomocarstwowego”, co wiąże się między innymi z przyjętym przez Władimira Putina modelem legitymizacji jego władzy.

A co z taką sferą jak rynek finansowy? W czasie konfliktu na Krymie nastąpiła częściowa ucieczka kapitału z Rosji, wzrosła rentowność rosyjskich obligacji…

W stosunku do lat 90. spadło znaczenie zadłużenia państwa, natomiast nie gospodarki jako całości. Korporacje rosyjskie są zadłużone nawet bardziej niż rosyjskie państwo w latach 90., choć dług denominowany jest w „innych” dolarach niż wtedy. Ten czynnik z pewnością ma znaczenie, ale tak naprawdę dopiero je poznajemy. Sytuacja wokół Krymu będzie testem, na ile ta sfera rzeczywiście waży, na ile wpływa na sytuację Rosji. Kapitalizacja spółek już spadła na głowę, zatem Rosja już jakąś cenę zapłaciła. Pozostaje pytanie, jaka w tej sytuacji będzie racjonalność szefa państwa. Na jakie koszty będzie gotów? Jak w każdym systemie autorytarnym z elementami patriarchalizmu, władca musi być zwycięski. Nie może przegrać, bo jak pokazuje historia Rosji, porażka władcy sprzyja presji ze strony otoczenia i z zewnątrz, presji zmierzającej nieraz aż do jego obalenia. W ten sposób konflikt wokół Ukrainy prowadzi nas do problemu relacji Putina z jego otoczeniem i kwestii pacyfikowania ewentualnego sprzeciwu w tym otoczeniu. Zwycięzcy więcej w tej materii wolno. Nie zdziwiłbym się, gdyby cały ten konflikt oznaczał wrobienie Putina w sytuację dla niego bardzo trudną.

A co oznacza tu zwycięstwo?

To oczywiście relatywne pojęcie; Rosja wygrała np. wojnę z Czeczenią, ale płaci jej haracz. Tradycyjne wyobrażenie o wojnie mówi, że powinno być inaczej. W czasach postnowoczesnych wykreować można dowolną niemal opowieść, w związku z czym odłączenie Krymu od Ukrainy zostanie zapewne przedstawione jako zwycięstwo.

Zajęcie Krymu to po prostu kompensacja straty wizerunkowej czy element strategii odbudowy imperialnej strefy wpływów?

To na pewno nie tylko wizerunek, tylko coś głębszego – legitymizacja władzy. Zabiegi wizerunkowe kreują wodzowski obraz Putina jako samca alfa, dlatego strzela do tygrysów, nurkuje w morzu i jeździ na koniu. Ale przede wszystkim musi zwyciężać.

W Rosji stosunki z Ukrainą mają wielki potencjał legitymizacyjny, ale też delegitymizacyjny. Jelcyn też przez to przechodził i z opałów ratowały go kolejne porozumienia, najpierw z Leonidem Krawczukiem, a potem Leonidem Kuczmą. Paradoks dzisiejszej sytuacji polega na tym, że w polityce rosyjskiej występuje dziś przewaga racjonalności Machtpolitik, a mówiąc bez ogródek, polityki mrzonek, w dużym stopniu podyktowanej wspomnianymi już, nieokreślonymi granicami wspólnoty politycznej. Dziś Rosja chce te granice poszerzać, wciąga do wspólnoty „rosyjskojęzycznych”, co Putin zapowiadał już w posłaniu do Zgromadzenia Federalnego w 2005 r., gdy mówił o obowiązku obrony ludzi rosyjskojęzycznych poza granicami Rosji. To go wikła w kolejne konflikty – a nie doraźny wizerunek czy fakt, że wcześniej postawił na Janukowycza. W kategoriach Realpolitik było to nonsensowne już w 2004 roku, Rosjanie mogliby równie dobrze postawić na Juszczenkę. Tak właśnie widzę Putinowską racjonalność: konstruowanie wspólnoty politycznej według konceptu imperialnego w realiach, które czynią ten koncept niewykonalnym.

A dlaczego to niewykonalne?

Ponieważ Rosji brak odpowiedniego kapitału społecznego i kulturowego.

Nie jest wystarczająco silna czy wystarczająco atrakcyjna?

To drugie przede wszystkim. Imperium musi być najpierw atrakcyjne, a do tego zdolne siłą chronić swą atrakcyjność. Imperium to twór bardziej kulturowy niż polityczno-militarny; jego narzędziem są najpierw szkoły, a dopiero potem armia. I przez długie lata imperium rosyjskie było dla Ukraińców atrakcyjne

Jako czynnik modernizacyjny?

Nie, jako pole kariery. To Ukraińcy byli czynnikiem modernizacyjnym imperium w różnych wymiarach, przede wszystkim w kościelnym. To Ukraina dostarczała Cerkwi biskupów, teologów, to oni przeprowadzali reformy religijne, to oni kolonizowali Syberię, zakładając tam nowe diecezje.

A potem w ZSRR?

Dla ZSRR był to już pewien problem, stąd kolejne akcje antyukraińskie czy zwalczanie rzekomego ukraińskiego nacjonalizmu. Niemniej Ukraińcy byli bardzo długo nadreprezentowani wśród elit wojskowych. To Ukraina dostarczała kadr inżynieryjnych, a potencjał przemysłowy tej części Związku Radzieckiego był kluczowy dla całej gospodarki. Zaczął maleć dopiero w latach 70.

Ale ten potencjał przemysłowy został stworzony poprzez kolonizację wewnętrzną Ukrainy, z konsekwencją w postaci Hołodomoru…

Cały system sowiecki oparty był na kolonizacji wewnętrznej – i to on w dużej mierze zantagonizował poszczególne narody ZSRR; być może to właśnie spowodowało porażkę całego projektu. Dziś, za rządów Putina, stosunek Rosji do Ukrainy jest problematyczny z innego powodu: otóż identyfikacja rosyjskiego podmiotu ma charakter nie internacjonalistyczny, tylko coraz bardziej szowinistyczny, opiera się na wrogości do narodów nierosyjskich, choć zarazem granice samego narodu rosyjskiego są niedookreślone.

Ale czy ten szowinizm nie powinien być słabszy przynajmniej wobec Ukraińców? Ich powinno być łatwiej uznać za „swoich” niż narody kaukaskie czy środkowoazjatyckie…

Owszem, ale tak się nie dzieje. Polityka Moskwy wobec Kijowa jest polityką wypychania ze wspólnoty, a nie zachęcania i pozyskiwania.

Po pomarańczowej rewolucji tonacja rosyjskich mediów jest zdecydowanie antyukraińska, wciąż słychać wyśmiewanie tożsamości ukraińskiej. Bez dowcipów językowych o tym, jak mówią po rosyjsku Ukraińcy, nie obędzie się żaden program rozrywkowy.

Jak się opowiada żarty, że przyjechała teściowa i coś tam młodym narozrabiała, to na pewno przyjechała z Kijowa. Najmniejszy dystans etniczny jest oczywiście między Rosjanami a europejską ludnością prawosławną, Białorusinami, Ukraińcami i Mołdawianami, potem są inni chrześcijanie obrządków wschodnich, czyli Gruzini i Ormianie, dopiero potem Bałtowie, a na końcu islam. Tymczasem z kim Rosja toczyła wojnę? Przecież z Gruzją i z Ukrainą, nie z Uzbekistanem.

Czy zatem ta nieadekwatna polityka, jak pan mówi – polityka mrzonek, wynika z anachronicznej wizji wspólnoty politycznej wśród rosyjskich elit?

Tak, choć pewnie nie tylko; ważne jest też obciążenie rosyjskiego myślenia politycznego romantyzmem politycznym.

A co to konkretnie oznacza? Romantycy XIX wieku bywali „postępowi”, a Putin to czarna reakcja.

Jak to? Frazeologia często bywa u niego lewicowa: walczy z faszyzmem, z banksterami z Wall Street… Ale mówiąc zupełnie serio, przez romantyzm polityczny w niemieckim stylu rozumiem odwoływanie się w definiowaniu wspólnoty do jakichś volkistowskich korzeni. Nie tylko do wspólnoty krwi, bo ta koncepcja nie jest wąsko etniczna i pozostaje otwarta na nie-Rosjan, ale zakłada przyjęcie rosyjskości jako pierwotnie zdeterminowanego projektu cywilizacyjnego.

Czym zdeterminowanego?

To różnie, u Eurazjanistów ta rosyjska cywilizacja wprost wywodzi się z geografii, od poczwy, rosyjskiej gleby; zawsze jest to jednak odwołanie do specyficznego ducha, misji, przeznaczenia cywilizacyjnego. Nie jest natomiast definiowana przez prawo, wolę wspólnoty czy obywatelstwo, w tym sensie to nie ma nic wspólnego z europejskim konserwatyzmem. Putin nie opiera się na żadnych „tradycyjnych wartościach”, takie przekonanie – często spotykane w Polsce – wydaje mi się całkowicie nieuprawnione. Jeśli przeanalizujemy najważniejszy projekt ideologiczny Putina, tzw. russkij mir, który realizuje Patriarchat Moskiewski Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej z Cyrylem na czele, to zawiera on pojęcie specyficznej, słowiańsko-prawosławnej cywilizacji, ale nie ma już odwołania do uniwersalizmu prawosławnego. Nieakceptowana jest autokefalia Kościołów, a odwołanie do prawosławia jest uprawnione tylko pod warunkiem, że jest ono moskwocentryczne.

A jak to się ma do obecnego kryzysu ukraińskiego? Sprzyja to zbliżeniu z ukraińskimi wiernymi?

No właśnie. To ważny aspekt kryzysu ukraińskiego. Ukraińska Cerkiew Patriarchatu Kijowskiego weszła w konflikt, opowiadając się po stronie Majdanu; katedralny Sobór Michajłowski udostępniono na szpital dla rannych demonstrantów, a duchowni byli aktywni w czasie protestów. Co prawda dominująca na Ukrainie część prawosławia to Ukraińska Cerkiew Prawosławna Patriarchatu Moskiewskiego, ale i wewnątrz niej zachodzą zmiany. Obecny metropolita Kijowa Patriarchatu Moskiewskiego Wołodymyr jest ciężko chory, w związku z czym na pełniącego obowiązki metropolity wyznaczono biskupa Onufrego z Czerniowiec, który wielokrotnie dystansował się od prorosyjskich wypowiedzi niektórych hierarchów, a po jego decyzji duchowni tego Kościoła też zaangażowali się na Majdanie, choć może mniej demonstracyjnie niż ci z patriarchatu kijowskiego.

Zaryzykowałbym tezę, że być może szykuje się zjednoczenie Kościołów prawosławnych na Ukrainie w opozycji do Moskwy, a inwazja rosyjska może ten proces przyspieszyć.

Onufry zwracał się wprost do Władimira Putina, aby nie dzielił Ukraińców i nie dopuścił do przelewu krwi; choć uczynił to w eleganckich słowach, przekaz był jasny. Pisał też list do patriarchy Cyryla, który odpowiedział dość pojednawczo, lawirując między lojalnością wobec Putina, a chęcią niezrażenia do siebie wiernych na Ukrainie. Sytuacja jest tu bardzo delikatna, bo musimy pamiętać, że liczba wiernych prawosławnych Ukrainy i Białorusi to niemal tyle, ile wiernych w Rosji; krótko mówiąc potencjał rosyjskiego prawosławia Ukrainą stoi.

Które elementy całej tej skomplikowanej układanki najbardziej podatne są na wpływy Zachodu?

Najbardziej podatna jest oczywiście głowa, w podwójnym sensie – tzn. sposób myślenia, ale też sam szef. Moim zdaniem Putin został w pewnym sensie wrobiony w tę historię i działał w sytuacji niejako przymusowej.

Ale kto go wrobił?

Do pewnego stopnia sam się wrobił. Najpierw mamy długoletnie przygotowywanie umowy stowarzyszeniowej Ukrainy z Unią. Zarazem jesienią rozgrywa się cała akcja rosyjska osnuta wokół projektu Unii Celnej, do której Ukraina nie mogła być przecież przyjęta! To było zupełnie nierealistyczne, obliczone na rozegranie konfliktu politycznego, a nie na faktyczne przyciągnięcie Ukrainy. Przecież Ukraina od kilku lat dostosowywała prawo do warunków UE, a Unia Celna w tym czasie wprowadzała własne przepisy – przyjęcie Ukrainy wymagałaby najmniej roku jej adaptacji, a Rosja domagała się tego w trybie natychmiastowym, grożąc zamknięciem granic. Wtedy Janukowycz dokonuje gwałtownego zwrotu, licząc na pomoc rosyjską bez warunków, przede wszystkim na wykup obligacji za 15 miliardów dolarów – i Rosjanie stają się zakładnikami sytuacji. Co mogą robić? Brnąć dalej albo się wycofać, ale to byłaby klęska legitymizacyjna. Nie znam odpowiedzi na pytanie, kto Putina wpędził w taką sytuację, bo przypisać to można wielu stronom – przecież nawet MFW stawiał Janukowyczowi takie warunki, które on musiał odrzucić. Nie jest wykluczone, że wszyscy traktowali Ukrainę jak gorący kartofel, a zachodnie elity uznały, że jak Putin chce, to niech sobie bierze ten kłopot na głowę.

Niektórzy analitycy nurtu „realistycznego” wskazują, że obecnie nie ma innego wyjścia, jak znaleźć wyjście dla Putina, tzn. dać mu okazję zachowania twarzy.

Rzecz w tym, że chyba już wcześniej zdecydowano, że Putin ma stracić twarz – jeszcze przed konfliktem z Ukrainą.

Że relacje z Zachodem zaczęły się psuć, było widać już jakiś czas temu, kiedy nagle pojawiły się bardzo krytyczne wobec Putina komentarze w prasie niemieckiej. Przecież nie wzięły się stąd, że coś zrozumiano, albo że Niemcy „wreszcie posłuchali polskich przestróg”.

Ktoś gra na zmianę elity w Rosji?

Wszystko na to wskazuje. Kwestią otwartą pozostaje, jak szybko miałoby to nastąpić. Nastąpi szybciej, jeśli dojdzie do eskalacji konfliktu.

A dojdzie? Jaki pana zdaniem będzie los Krymu?

Wywieranie presji propagandowej czy symbolicznej na Rosję za złamanie prawa międzynarodowego i aneksję Krymu jest oczywiście słuszne i sprawiedliwe. Do tego z pewnego punktu widzenia lepsze niż krytyka za nieopłacalność nitki Nord Stream, co jest ważną sprawą, acz nieco wstydliwą. Konflikt na Krymie dobrze więc nadaje się na pretekst.

W sprawie Krymu możliwe były dwa warianty. Po pierwsze ogłoszenie jego niepodległości i uznanie jej przez Rosję, czyli tzw. wariant Naddniestrza. Oczywiście z całą masą problemów dla Rosji, od regulacji statusu prawnego począwszy, przez praktyczne kwestie dostępu do półwyspu i dostaw energii, aż po raczej nieuchronną katastrofę gospodarczą. Druga opcja to włączenie Krymu do Rosji, co wydawało mi się mało prawdopodobne – ale okazało się, że Putin w znacznie większym stopniu jest niewolnikiem ambicji, niż przypuszczałem.

A powrót do status quo ante? Czy Ukraina może Krym odzyskać?

Kijów nie bardzo może walczyć o Krym i chyba też nie bardzo chce. A rezygnacja z półwyspu oznacza pozbycie się masy problemów, a do tego sprzyja konsolidacji narodu i zwiększa legitymizację nowego rządu.

A co jeśli Rosja się nie zatrzyma na Krymie? I postanowi „zmienić status” wschodu Ukrainy?

W moim przekonaniu Rosja nie ma na Ukrainie wystarczających zasobów; nawet na wschodzie kraju mają tylko jakieś skrajnie radykalne grupy, mafie, może trochę Kozaków, jakieś gangi motocyklowe na Krymie – to cała rosyjska soft power. Najlepiej świadczy o tym fakt, że Janukowycz musiał uciekać aż do Rostowa, bo Partia Regionów, błędnie uważana za prorosyjską, ani nie zareagowała na jego wypędzenie z Kijowa, ani nie chciała dalszej awantury, kiedy jej lider i formalny prezydent przyjechał do Charkowa na zjazd partii. Rosja nie ma na kim się na Ukrainie oprzeć. Musiałaby Ukrainę okupować, ale trudno mi oszacować, ilu setek tysięcy żołnierzy wymagałaby taka operacja. Prawdopodobnie pozostanie jej destabilizowanie sąsiada.

Co powinien w tej sytuacji zrobić polski rząd?

W obecnych warunkach może głównie robić sobie PR. A co powinien? Przemyśleć sprawę i wyciągnąć wnioski dla Polski. Rozważyć, jak zwiększyć potencjał obronny i gospodarczy Polski, bo tylko wtedy będziemy mieli na Ukrainie coś więcej do zrobienia niż jeżdżenie tam i robienie hałasu. Żeby coś robić naprawdę, trzeba mieć po prostu większy potencjał. W konflikcie gruzińskim udało nam się wykorzystać pewien kapitał symboliczny, ale już go nie mamy. I nie wiem, jak się odbudowuje czy odzyskuje kapitał symboliczny. A ten realny? Naszą pozycję na pewno zmieniłaby porządna sieć przesyłu gazu, łącząca nas z Europą Zachodnią i Środkową, na wzór niemieckiej – nasi sąsiedzi mają takie połączenia, że mogą przesyłać gaz w każdą stronę w obydwu kierunkach. Przy poprzednich kryzysach gazowych ich surowiec płynął nawet do Serbii. A u nas? Dwadzieścia lat gadania i nic.

prof. Włodzimierz Marciniak – politolog, sowietolog i rosjoznawca, dyplomata

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.