Koniec świata, koniec miesiąca, czyli ekosocjalizm w czasach rozpadu

W kontekście nierówności i długotrwałej presji inflacyjnej, przy jednoczesnym braku poważnego programu redystrybucji i reform polityka klimatyczna może budzić gwałtowne reakcje. Jednak jak mówią zwolennicy Zielonego Nowego Ładu, „w XXI wieku cała polityka jest polityką klimatyczną”.
Robert Magowan
Fot. Cristian Ibarra Santillan/flickr.com

Zważywszy na rolę konsumpcji jako wyrazu sprawczości w kulturze neoliberalnej, polityki ekologiczne zakładające wyzwolenie i demokratyzację wydają się bardzo atrakcyjne.

Jak wygląda teraz życie? Jego tematem przewodnim zdaje się rozpad, definiowany jako „rozerwanie, pęknięcie, wymuszony podział na części”. Takie ogólne spojrzenie na epokę pozwala nam objąć wszystkie rodzaje ruchu i emocji w tym, co walijski krytyk kultury Raymond Williams nazwał strukturą odczuwania: „kulturą epoki… szczególnym żywym rezultatem”. Struktury te mają moc akcentowania rozwoju historycznego, dyskretnie wskazują, jak jest rozumiany, i w pewnym stopniu kierują nim.

Już w 1983 roku Williams opisywał „znacznie mniej pewny siebie i znacznie bardziej nieoczekiwany świat”, naznaczony zawirowaniami lat 70. XX wieku oraz egzystencjalnym zagrożeniem, którym dla kapitalistycznego porządku fordyzmu były ruchy społeczne. W tym „wieku niepewności” powszechny niepokój był dla fundamentalistów rynkowych żyznym gruntem do wtrącenia gospodarek narodowych w nowy zglobalizowany porządek.

Neoliberalizm „trzeciej drogi” jawi się z kolei jako napuszony samiec alfa – sprytny, dynamiczny, luźny, płynny. Jego zwolennicy zdominowali dyskurs na przełomie mileniów, obiecując kompromis stulecia i uniknięcie tarć ideologicznych na rzecz technokratycznej dojrzałości. Odchodząc od swojej pierwotnej bojowej formy i przyjmując tandetną estetykę lat 90., „trzecia droga” oznaczała – jak ujął to ekonomista polityczny Will Davies – „odczarowanie polityki przez ekonomię”.

Przed trzecią wojną światową uratuje nas ekosocjalizm [rozmowa z Edwinem Bendykiem]

Drugą dekadę XXI wieku zdominowały instytucjonalne trzęsienia ziemi, począwszy od kryzysu finansowego, poprzez brexit, Trumpa, aż po zachwianie fundamentami mainstreamowych partii politycznych w całej Europie, które przypieczętowały powolną degradację neoliberalizmu… w coś innego.

Jednak przekonanie o istnieniu rozpadu to nie to samo co jego doświadczenie. Popandemiczna inflacja przesunęła bardziej intymne strefy – gospodarstwa domowe i codzienność – na pierwszy plan debaty publicznej. Protesty, rozłam w polityce i skutki zmian klimatycznych – wszystkie te czynniki zbiegają się obecnie, odbijając na głęboko osobistych prerogatywach, takich jak cotygodniowe zakupy, dojazd do pracy, płacenie rachunków.

Epoka wstrząsów

Współczesny rozpad odbywa się na trzech różnych frontach. Pierwszym i najbardziej oczywistym jest spustoszenie powodowane przez rosnące koszty życia i kryzys energetyczny. Inflacja w UE przekracza obecnie 10 proc., a europejskie rządy przeznaczyły już 500 mld euro na złagodzenie skutków trzykrotnego wzrostu cen energii.

Łatwo można zapomnieć, że trendy te były widoczne jeszcze przed inwazją Rosji na Ukrainę. Ich rzekomej tymczasowości, o której nieustannie próbują przekonywać przede wszystkim nieudolni politycy stojący dziś u władzy, przeczy wiele czynników. Choć inflację napędził popandemiczny popyt, to sama pandemia jest skutkiem ekspansji rynków na nowe terytoria (i związanej z tym tzw. transmisji odzwierzęcej) i przewidywalną konsekwencją „gwałtownej reakcji na nasz niezrównoważony stosunek do natury”.

Ekonomiści podają podobne argumenty, przypisując inflację szeregowi wstrząsów środowiskowych – od ubiegłorocznej letniej suszy w Europie po fale upałów, powodzie, mrozy, a nawet plagę szarańczy – które w rozproszony i nieprzewidywalny sposób przyczyniają się do zakłóceń w łańcuchu dostaw i skumulowanego wzrostu cen. Jedno jest pewne: w miarę nasilania się zmian klimatu rośnie prawdopodobieństwo niestabilności makroekonomicznej, a wraz z nią pojawia się mnóstwo mikrokonsekwencji.

Polityka klimatyczna zawsze była zdecydowanie przedstawiana jako próba powstrzymania właśnie takich wstrząsów ekologicznych i wszystkich wynikających z nich konsekwencji gospodarczych. Dawno temu odrzucono jednak metody płynnego wprowadzania zmian i budowania odporności. Podejmowane dziś bardziej radykalne interwencje państw mające na celu odejście od paliw kopalnych i zachęcanie do zmiany zachowań same w sobie są z konieczności kolejną formą rozłamu.

Ostatnie wysiłki niemieckiego wicekanclerza i ministra gospodarki Roberta Habecka zmierzające do uniezależnienia kraju od rosyjskiego gazu – i związane z tym zachęcanie obywateli do ograniczenia jego zużycia w gospodarstwach domowych – przyczyniły się do odrodzenia skrajnie prawicowej Alternatywy dla Niemiec (AfD) i ponownego nagłośnienia wyrażanej od lat krytyki transformacji energetycznej jako dyktowanej ideologicznie ingerencji wścibskich ekologów. Mnożą się oskarżenia o „dyktaturę klimatyczną”, a dodatkowo AfD podsycała niepokój związany z perspektywą Wutwinter (zimy wściekłości).

Istotnym czynnikiem, który stworzył ku temu sprzyjające warunki, były ograniczenia pandemiczne, jak na przykład w Hiszpanii, gdzie skrajnie prawicowy odpowiednik AfD – partia Vox – surowo krytykuje centrolewicową „progresywną dyktaturę” i „wszystkie ustawy zabijające wolność”.

Zagrożenie zapowiadane przez francuski ruch żółtych kamizelek w latach 2018–2019 pozostaje zatem poważne. W kontekście nierówności i długotrwałej presji inflacyjnej przy jednoczesnym braku poważnego programu redystrybucji i reform polityka klimatyczna może budzić gwałtowne reakcje. Nawet interwencje lepiej uwzględniające problem niesprawiedliwości systemowej niż podwyżki podatków są narażone na spotkanie z głęboką wrogością.

Żółte kamizelki: to już nie ruch społeczny, to rewolucja

Działania związane z realokacją przestrzeni drogowej, zachęcające obywateli do poruszania się pieszo i rowerem, przyspieszyły ostatnio w największych miastach europejskich: przykładami są wymarzony przez Anne Hidalgo piętnastominutowy Paryż, barcelońskie superilles (skrzyżowania wyłączone z ruchu) i berlińskie Kiezblocks. Choć związana z nimi społeczna dywidenda sprawia, że cieszą się one dużą popularnością, to sam fakt, że zaburzają tradycyjne wzorce konsumpcji, wciąga je w znajomy spór kulturowy. Zwłaszcza w Wielkiej Brytanii przedstawianie tych zmian w pozytywnym świetle pod hasłami typu: „dzielnice o małym natężeniu ruchu” czy „ulice przyjazne ludziom” nie zdołało zapobiec fali zażartej krytyki ze strony będących w mniejszości przeciwników.

Cechą charakterystyczną zgłaszanych zastrzeżeń jest błędne przeświadczenie o ich liczbie – większość sondaży wskazuje, że inicjatywy te nie są uciążliwe dla przeważającej liczby mieszkańców – ale także wrażenie przemiany polityki opartej na wyrafinowanych zachętach do podróżowania w autorytarną odmowę przysługujących jednostce praw. Czyli prawa do niczym niezmąconej jazdy samochodem z silnikiem spalinowym przez ciasne, zakorkowane miasto.

Fot. Jakub Szafrański

Historyczka myśli politycznej Annelien De Dijn przeciwstawia tę koncepcję wolności jako „możliwości robienia tego, co się chce, bez ingerencji państwa” jej demokratycznemu poprzednikowi – „wolności w rozumieniu starożytnych”, której sednem są samorządność i rozszerzanie podmiotowości zbiorowej.

Choć po tej stronie Atlantyku nikt nie powołuje się na wolność z takim samym ładunkiem politycznej roszczeniowości, to przywiązanie do prywatnego trybu wolności, opartego w samej swej istocie na prawie własności, ogranicza „wielkiemu zielonemu państwu” możliwości działania. Szacuje się, że zmiana zachowań jest konieczna do osiągnięcia aż dwóch trzecich wymaganego ograniczenia emisji netto do zera. To stawia rządy, które nie chcą ingerować w tradycyjne wzorce konsumpcji – nasz „imperialny tryb życia” – w obliczu sprzeczności nie do rozwiązania.

Ekologiczny socjalizm bez wzrostu – tego trzeba Polsce i światu [rozmowa z Jasonem Hickelem]

Trzecia i ostatnia forma rozpadu jest najbardziej przemyślana i polega na zamierzonym zakłóceniu życia określonych grup społecznych dla celów politycznych i ekonomicznych. Najbardziej oczywistymi graczami są tutaj aktywiści klimatyczni, którzy coraz częściej odrzucają grzeczne metody protestu stosowane w ostatnim dziesięcioleciu i dopuszczają się twórczych interwencji. Pewną zasługę w tym zakresie należy przypisać książce Andreasa Malma How to Blow Up a Pipeline, w której znalazły się dobitne argumenty przemawiające za wprowadzeniem sabotażu do ruchu nieomal religijnie przywiązanego do strategii niestosowania przemocy.

Obecną falę aktywizmu charakteryzuje nieodwracalna desperacja, której przykładem mogą być rzucanie purée ziemniaczanym w obraz Moneta w Poczdamie, zalewanie cementem dołków na polu golfowym w czasie suszy w Tuluzie, blokowanie ruchu drogowego w Bernie czy też spuszczanie powietrza z opon SUV-ów w Turynie.

Inni kontynuują zgodne z prawem, ale coraz bardziej antagonistyczne działania, jak np. pouczanie polityków na forach publicznych przez przedstawicieli ruchu Green New Deal Rising, wykorzystywanie „autentyczności młodzieży” w czystej postaci i zmuszanie na amatorsko wyglądających nagraniach wideo obranych za cel polityków do opowiedzenia się po jednej ze stron. Siła tej taktyki tkwi w odrywaniu obranej za cel osoby od grona widzów: większość z nas jest w stanie identyfikować się z kierowcami, a nawet z dziełami sztuki, ale na pewno nie z politykami. Im mniej popularna jednostka, tym chętniej sprzyja temu publiczność.

Greta Thunberg: Elity z Davos nie cofną się przed niczym

Działania te nadal sprawiają wrażenie odrębnych i nieco chaotycznych, przynajmniej w zbiorowym odbiorze: jawią się jako zbieranina prowokatorów robiących nieprzemyślane rzeczy. Opinia publiczna często reaguje emocjonalnie – od złości na moralne implikacje blokad drogowych (że to ty jako kierowca jesteś winien) i głębokiej obrazy wrażliwości kulturowej i liberalnej z powodu (praktycznie nieszkodliwych) ataków na dzieła sztuki aż po oklepane formułki o tym, że zakłócenia w tej postaci „szkodzą sprawie” (co często bywa wyrazem mizernie udawanej empatii).

Reakcje w sieci pokazują skrajne stanowiska. Groźbom nieopanowanej przemocy towarzyszą nihilistyczne obietnice spalenia jutro na złość dodatkowej ilości paliwa: „masochiści udają sadystów”, jak określił to Richard Seymour. Inni, zwłaszcza zwykli obserwatorzy, okazują większą powściągliwość, a nawet niezdrową ciekawość, co może być wyrazem niepewnej świadomości politycznej rozgrywającej się w czasie rzeczywistym. Jeśli założymy, że przesłanie ekologicznych buntowników jest spójne, to wyraża się ono raczej w mocnym i zdecydowanie populistycznym apelu zaproponowanym protestantom przez Daviesa: „Przestańcie, zabijacie nas!”.

Równolegle rozpędzają się strajkujący w całej Europie pracownicy, którzy bezpośrednio reagują na kryzys związany z gwałtownym wzrostem kosztów utrzymania, a jednocześnie chcą wyjść z żądaniami poza spory zbiorowe i politykę parlamentarną oraz rozbudować infrastrukturę kampanijną.

Na przykład zainicjowana przez brytyjskie związki zawodowe kampania „Enough is Enough” [Dość tego] obejmuje szereg żądań wykraczających poza kwestię płac, dotyczących bezpieczeństwa żywnościowego, budownictwa komunalnego i opodatkowania najbogatszych. Zaledwie w pierwszym miesiącu do ruchu przyłączyło się pół miliona zwolenników – co jest jedynie przedsmakiem trudności, które wraz z aktywistami klimatycznymi może on sprawić Partii Pracy, okopującej się na coraz bardziej konserwatywnych pozycjach.

Zwrot ku sporom pracowniczym o charakterze politycznym ujawnia szerszą strategiczną oś działania wśród części lewicy, która odchodzi od populizmu związanego z Zielonym Nowym Ładem w stronę skupienia się znów na antagonizmach i wywieraniu wpływu. Sekretarz generalny brytyjskiego związku zawodowego pracowników kolei, Mick Lynch, pod koniec lata ubiegłego roku szturmem zdobył media sensownymi hasłami typu „Ludzie pracujący nie powinni musieć żebrać”. Ten rodzaj zakłócenia jest desperackim przejawem demokracji, gdy wszystkie inne formy korzystania ze sprawczości politycznej lub ekonomicznej zostały ograniczone albo wyczerpane.

Związki zawodowe czerpią siłę także z techniki retorycznej polegającej na rezygnacji z moralizatorstwa i koncentrowaniu się na interesach. Chociaż aktywiści klimatyczni nie dysponują takimi samymi narzędziami bezpośrednimi, mogą się uczyć na ich przykładzie.

Gdzie są pieniądze na fundusz klimatyczny? W kieszeni miliarderów

Siła konsumpcji – marne pocieszenie

Zwracanie uwagi na ostatnie incydenty i ich osobiste konsekwencje nie oznacza pomijania istotnego przesunięcia nacisku w sprawach obywatelskich, do którego doszło w poprzednim dziesięcioleciu. Nie należy bowiem bagatelizować powszechnego spustoszenia wywołanego kryzysem finansowym i wprowadzonymi w związku z tym w Europie cięciami budżetowymi – od pogorszenia jakości usług publicznych aż po stagnację płac – ani też bardzo osobistych konsekwencji pandemii. Nowszym zjawiskiem jest nałożenie się obecnych zakłóceń społeczno-ekonomicznych na poziomie całego społeczeństwa na arcyuprawnienia, które miał przynieść neoliberalny kapitalizm.

Aby to zrozumieć, musimy uznać, że o ile analiza polityczna zajmuje się doświadczeniami i przepływem „wyborców”, o tyle autentyczną podstawową podmiotowością we współczesnym społeczeństwie jest podmiotowość konsumenta. W książce Hegemony Now Jeremy Gilbert i Alex Williams dowodzą, że polityczny sojusz będący podporą neoliberalizmu utrzymywał się dzięki porozumieniu dotyczącemu „zgody konsumenta”: w zamian za utratę wspólnotowości, demokracji w miejscu pracy i wizji długofalowego postępu społecznego obywatele otrzymali rekompensatę w postaci nowych form sprawczości w zakresie decydowania o swoim czasie wolnym i stylu życia.

Jednym z wyraźnych przejawów tego zjawiska są dziś popularne próby przekładania ważnych, rzekomo publicznych zdarzeń gospodarczych, takich jak budżety państw, wstrząsy finansowe czy ogłoszenia całych manifestów, na kwestie prywatne dotyczące konsumpcji. Dyskurs zostaje w ten sposób nie tylko przeniesiony na płaszczyznę indywidualną, ale wręcz sprowadzony do kwestii czystej siły nabywczej (Francuzi posługują się wyrażeniem pouvoir d’achat, które stało się synonimem kosztów życia), czym toruje drogę dla powtarzanych przez polityków haseł o zatrzymaniu „twoich pieniędzy w kieszeni”.

Wszystkie inne kwestie dotyczące władzy, bogactwa i dystrybucji można wówczas odrzucić jako zbyt nieuchwytne i zarezerwowane dla odległej sfery publicznej. Podobnie świat pracy nie jest przedstawiany jako miejsce relacji jednostki i systemów produkcji ani jako organizacja pracowników w ich obrębie, ale jako element ułatwiający banalizację i brutalne spłaszczenie ludzkiego doświadczenia do „radzenia sobie w życiu”.

Widok na Elektrownię Bełchatów. Fot. Jakub Szafrański

„Zgoda opinii publicznej na hegemoniczny program neoliberalny – konkludują Gilbert i Williams – zależała od tego, czy program jest w stanie zapewnić stałe poszerzanie zdolności obywateli do konsumpcji”. Sprawiła również, że jednostki stały się z góry współwinne temu stanowi rzeczy, ponieważ mogły czerpać korzyści ze stosunkowo wysokiego statusu i konsumpcji, ale stały się mniej lub bardziej niezdolne do ucieczki przed wszechwładzą kultury chciwości, wyrażającej się w reklamie, telewizji (obecnie w mediach społecznościowych) i komunikacji politycznej.

Członkowie grupy Salvage Collective wskazywali, że „tragedia kobiety pracującej polega na tym, że dopóki pracuje na rzecz kapitalizmu, musi sama sobie wykopać grób”. Drugim dnem tej tragedii jest fakt, że wszyscy uczestniczymy w dążeniu do akumulacji; pojęcie „antropocenu” sugeruje, że wszystko to wydarzyło się dla nas wszystkich.

Ta zdolność do wygodnej i swobodnej konsumpcji, która w epoce neoliberalizmu jest pozostałością po przywilejach obywateli, jest dziś poważnie zagrożona przez destrukcyjny wpływ zmian klimatycznych, rozłam w polityce i niezgodę społeczną. Wszyscy skrajnie prawicowi autorytaryści w Hiszpanii, Szwecji i Włoszech (jedynym kraju UE, w którym płace spadły od lat 90. XX wieku, co oznacza, że jego obywatele mają lepsze niż większość pojęcie o neoliberalnej zgniliźnie) w ostatnich wyborach wykorzystywali temat porządku, obiecując powstrzymanie imigracji na różne sposoby, pokonanie „wrogów cywilizacji”, poprawę finansowania policji oraz zapobieganie ogólnemu zepsuciu „zwykłych ludzi” i upadkowi tradycyjnych wartości.

Jak zauważa Kojo Karam, europejskie gospodarki prawdopodobnie będą nadal odkrywać, jak dokładnie działa kapitalizm na tak zwanych rynkach wschodzących, mimo iż same dokładają wszelkich starań, aby odizolować europejski „ogród” od dżungli, która zdaniem dyplomatów go otacza.

Katalizator zmian

Nie liczy się zatem to, czy dojdzie do rozłamów i zakłóceń, bo one z pewnością będą następować. „W XXI wieku cała polityka jest polityką klimatyczną” – pisali w 2019 roku czołowi amerykańscy zwolennicy Zielonego Nowego Ładu. Dziś, zaledwie po kilku latach, widać także jak na dłoni niefortunną konsekwencję tego założenia: cała polityka musi również stać się polityką katastrofy. Ratując to, co jeszcze się da, najważniejsze są dziś pytania o to, jak odczuwane są te zakłócenia, w jakim celu są inicjowane i czyje interesy chronią.

Dla Zielonych i Lewicy radzenie sobie z zakłóceniami oznacza odmowę uchylania się od takiego antagonizmu i ekologii stwarzającej podziały. Partie establishmentu – zarówno te rządzące, jak i opozycyjne – mogą zapewnić destrukcyjnym siłom znaczną instytucjonalną ochronę, zarówno poprzez nadawanie uprawnień, jak i uzasadnianie ich działań, potwierdzając tym samym trzeźwą ocenę dramatycznego chaosu ekologicznego i gospodarczego, z którym się borykają, nieadekwatność alternatywnych i bardziej przyzwoitych taktyk działania oraz ostateczną zasadność ich żądań.

Gdybyśmy działali wtedy, kiedy ludzie mówili, że powinniśmy działać, gdyby system zmienił się wtedy, kiedy ludzie mówili, że powinien, nie bylibyśmy dziś w miejscu, w którym jesteśmy. W tym samym zdaniu można także potępić poszczególne działania i cele; w istocie sama wybiórczość legitymizuje bowiem zasadność niektórych rodzajów celowego zakłócenia.

Jak wynika z badań cytowanych przez Malma i innych, nawet gwałtowna reakcja przeciwko protestującym nie musi zaszkodzić sprawie; radykalna flanka rekrutuje aktywistów, „zasiewa” ziarno swojego programu i sprawia, że inni uczestnicy zdarzeń wydają się bardziej rozsądni. Starannie dobrane działania (ukierunkowane na infrastrukturę wydobywczą i produkcyjną oraz na emisje niezwiązane z podstawowymi potrzebami życiowymi, uwzględniające analizę klasową i rasową, a także wyraźnie biorące poprawkę na grupy wrażliwe) mogą, podobnie jak niektóre wyjątkowo popularne strajki pracownicze latem tego roku, podzielić opinię publiczną w użyteczny politycznie sposób.

Innym sposobem jest podkreślanie „alternatywnego hedonizmu” bardziej utopijnych wariantów Zielonego Nowego Ładu. Nowe sposoby życia mające na celu przeciwdziałanie rozłamom i przystosowanie się do nich nie wymagają deklinizmu – a raczej tego, co w zamian możemy nazwać reklinizmem, czyli przychylnością wobec relaksu (od ang. recline – spoczywać). Kompensacyjne założenia takiego materialnego postwzrostu mogą obejmować więcej publicznego luksusu, lepsze możliwości wypoczynku i rekreacji oraz oczywiście mniej pracy.

Rząd pogrzebał wiatraki. Czy wiatraki pogrzebią rząd?

czytaj także

Zważywszy na rolę konsumpcji jako wyrazu sprawczości w kulturze neoliberalnej, polityki ekologiczne zakładające wyzwolenie i demokratyzację wydają się bardzo atrakcyjne. Aby zacząć przedstawiać swoje racje, Zieloni nie potrzebują ani hegemonii, ani „bloku historycznego”; lokalne inicjatywy, takie jak barcelońskie superilles, przekształcają skrzyżowania nie w ładne zamknięte enklawy, lecz w przestrzenie o autentycznie społecznym i publicznym charakterze. Nasz kryzys jest następstwem drenażu instytucji demokratycznych: można zatem wysnuć wniosek, że rozproszenie sprawczości i upodmiotowienie są ważnymi konsekwencjami sprawiedliwości ekonomicznej, czyli tego, co państwocentryczne wizje Zielonych Nowych Ładów uważały za najważniejszą słabość.

Nie łagodząc wyrażanej przez siebie krytyki elit, Zieloni nie powinni jednocześnie zapominać o roli wolontariatu obywatelskiego jako mniej inwazyjnej drogi do zmiany zachowań. Jak pokazała pandemia, poczucie zbiorowego wysiłku – zakładając, że da się je utrzymać – pozwalało rządom opierać się na przestrzeganiu ograniczeń przez społeczeństwo w sposób daleko wykraczający poza dominujące przewidywania libertariańskie. Jak Habeck przekonał się w Niemczech, proszenie po dobroci nie jest pozbawione ryzyka politycznego. Dla każdego programu ekosocjalistycznego ważnym elementem będzie wyrażenie w jakimś stopniu „limitarianizmu”, który w odpowiednich warunkach może stawiać solidarność ponad surowym egzekwowaniem.

„Koniec świata, koniec miesiąca” – dwa pola walki, niegdyś sprzeczne, dziś idą z sobą w parze. Warto porozmawiać jeszcze o tym, jak znaleźliśmy się w tej sytuacji, dlaczego się tak czujemy i jak mamy odnaleźć drogę wśród ruin.

**

Robert Magovan jest doradcą politycznym rządu Wielkiej Brytanii. Pisze o zielonej polityce i ekonomii.

Artykuł pierwotnie opublikowany na łamach magazynu Green European Journal. Dziękujemy redakcji za zgodę na przedruk. Tytuł pochodzi od redakcji Krytyki Politycznej. 

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Zamknij