Świat

Jak to się stało, że na czele najbardziej szacownych demokracji na świecie stanęli Trump i BoJo?

System dwupartyjny, w którym „zwycięzca bierze wszystko”, nie może reprezentować interesów wyborców tak skutecznie jak rządy koalicyjne, które muszą prowadzić negocjacje i tak formułować swoje strategie, żeby zgodziły nie na nie dwie lub więcej partii.

NOWY JORK. Odpowiedź na pytanie jak to się stało, że w dwóch najstarszych i najbardziej szacownych demokracjach na świecie do władzy doszły osoby o niezrównoważonych umysłach, jest oczywista. Podobnie jak na pytanie jak to możliwe, że osoby te mogą prowadzić nie cieszącą się poparciem politykę. Wyjaśnić to można jednak także na głębszym poziomie.

Jak to się stało, że na czele dwóch najbardziej szacownych i wpływowych demokracji na świecie – Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych – stanęli Donald Trump i Boris Johnson? Trump nie myli się zresztą, nazywając Johnsona „brytyjskim Trumpem”. Podobieństwo nie dotyczy jedynie ich charakterów i stylu bycia – obydwa przypadki uwypuklają bowiem rażące wady instytucji politycznych, które umożliwiły dojście im do władzy.

Charlie LeDuff: Sorry, ale to nie jest najbardziej szalony czas w historii Ameryki

Zarówno Trump, jak i Johnson mają – w rozumieniu irlandzkiego lekarza i psychologa Iana Hughesa – „niezrównoważone umysły”. Trump jest notorycznym kłamcą, piewcą rasizmu oraz oszustem podatkowym na ogromną skalę. Prokurator Robert Mueller w swoim sprawozdaniu z trwającego dwadzieścia dwa miesiące śledztwa w sprawie kampanii wyborczej Trumpa w 2016 roku opisał powtarzające się przypadki utrudniania przez niego działań wymiaru sprawiedliwości. Ponad dwadzieścia kobiet oskarżyło go o molestowanie seksualne, czym zresztą Trump chwalił się w nagranej rozmowie, nakazując swojemu prawnikowi potajemnie i nielegalnie zapłacić im za milczenie. Było to pogwałcenie zasad finansowania kampanii wyborczej.

Zachowanie Johnsona również dowodzi braku samokontroli. Powszechnie uważa się go za notorycznego kłamcę o burzliwym życiu osobistym, na które składają się między innymi dwa nieudane małżeństwa, a ostatnio – wszystko na to wskazuje – rodzinna awantura w przeddzień objęcia przez niego stanowiska premiera. Wielokrotnie zwalniano go z pracy za kłamstwa i inne haniebne zachowania. W 2016 roku poprowadził kampanię prowadzącą do wyjścia Wielkiej Brytanii z UE w oparciu o twierdzenia, które okazały się później fałszywe. Jako brytyjski minister spraw zagranicznych dwukrotnie ujawnił tajne materiały – raz były to informacje francuskiego wywiadu na temat Libii, drugi: materiały brytyjskiego wywiadu dotyczące Iranu.

Ostatni premier Zjednoczonego Królestwa

czytaj także

Podobnie jak Trump, z jego działaniami nie zgadza się duży odsetek osób ze wszystkich grupach wiekowych, ale poparcie dla niego rośnie wraz z wiekiem wyborców.

Historia dokonań Trumpa podczas sprawowania przez niego urzędu to kolejna polityczna zagwozdka. Jego działania polityczne są raczej niepopularne i rzadko odzwierciedlają zdanie większości opinii publicznej. Jego najważniejszy sukces ustawodawczy, tj. cięcia podatków przegłosowane w 2017 roku były niepopularne wtedy i takie pozostały do dziś. To samo dotyczy jego stanowiska w kwestii zmian klimatycznych, imigracji, budowy muru wzdłuż granicy z Meksykiem, ograniczenia wydatków socjalnych, usunięcia kluczowych przepisów tzw. ustawy Obamacare o upowszechnieniu dostępu do opieki zdrowotnej, wycofania się Stanów Zjednoczonych z porozumienia w sprawie technologii jądrowej w Iranie oraz wielu innych. Wskaźniki popularności Trumpa utrzymują się na poziomie poniżej 50%, a obecnie wynoszą ok. 43%, przy czym 53% ankietowanych deklaruje brak poparcia.

Sachs: Kto nas terroryzuje bronią? Biały, republikański mężczyzna, wyborca Trumpa

Do wprowadzenia w życie tak mało popularnego programu Trump używa dekretów nadzwyczajnych i aktów wykonawczych. Sądy wprawdzie uchyliły wiele z nich, ale procedury prawne w takich przypadkach toczą się powoli i żmudnie, a ich wynik jest nieprzewidywalny. W praktyce znaczy to, że USA są obecnie tak blisko rządów jednoosobowych, jak to tylko możliwe w ramach niezbyt solidnych ograniczeń konstytucyjnych.

Przypadek Johnsona może być podobny. Opinia publiczna opowiada się teraz przeciwko wyjściu z Unii Europejskiej, które było przecież sztandarową sprawą, o którą Johnson walczył. Nastąpiło to po ujawnieniu w toku negocjacji na temat wystąpienia z UE licznych kłamstw i wyolbrzymień, jakich dopuścił się w kampanii przed referendum w 2016 roku obóz zwolenników wyjścia. Mimo że zarówno ludność jak i większość członków parlamentu zdecydowanie sprzeciwia się wyjściu z UE bez umowy wystąpieniowej, Johnson poprzysiągł, że do niego dojdzie, jeśli negocjacje się nie powiodą.

Jest jedna oczywista odpowiedź na pytanie, jakim cudem dwie szacowne demokracje wyniosły obydwa „niezrównoważone umysły” do władzy i pozwoliły im prowadzić niepopularną politykę. Ale jest też odpowiedź głębsza.

Oczywista jest taka, że zarówno Trump, jak i Johnson zdobyli poparcie wśród starszych wyborców, którzy czuli się w ostatnich dziesięcioleciach pozostawieni na pastwę losu. Trump przemawia szczególnie do starszych, białych, konserwatywnych mężczyzn, wysadzonych z siodła przez globalny handel i technologie oraz – zdaniem niektórych – przez amerykańskie ruchy na rzecz praw obywatelskich, praw kobiet oraz mniejszości seksualnych. Johnson zaś podoba się starszym wyborcom, którym mocno dała się we znaki postępująca dezindustrializacja i którzy tęsknią do dawnych dni brytyjskiej chwały, kiedy to Wielka Brytania była globalną potęgą.

A jednak to wyjaśnienie nie wystarczy. Dojście do władzy Trumpa i Johnsona wskazuje również na dużo głębszą klęskę polityki. Partie opozycyjne, czyli amerykańscy Demokraci i brytyjska Partia Pracy, nie zdołały wyjść naprzeciw potrzebom robotników wyrzuconych na margines przez globalizację, a ci w związku z tym przesunęli się na prawo. Mimo to Trump i Johnson forsują posunięcia polityczne – takie jak cięcia podatków dla najbogatszych w USA i wyjście Wielkiej Brytanii z UE bez umowy wystąpieniowej – które dla osób będących trzonem ich elektoratu są w oczywisty sposób niekorzystne.

Obydwa przypadki łączy wadliwy mechanizm reprezentacji politycznej, przede wszystkim zasada, „pierwszego na mecie”. Wybór przedstawicieli metodą większości względnej w jednomandatowych okręgach wyborczych doprowadził do wyłonienia się dwóch partii dominujących zamiast wielości partii, jak w systemach opartych na proporcjonalnym rozkładzie głosów znanych z Europy Zachodniej. System dwupartyjny, w którym „zwycięzca bierze wszystko”, nie może reprezentować interesów wyborców tak skutecznie jak rządy koalicyjne, które muszą prowadzić negocjacje i tak formułować swoje strategie, żeby zgodziły nie na nie dwie lub więcej partii.

Rozważmy sytuację w Stanach Zjednoczonych. Trump dominuje nad Partią Republikańską, tymczasem jedynie 29% Amerykanów identyfikuje się jako Republikanie, 27% jako Demokraci, zaś 38% deklaruje się jako niezależni, a więc nie popierający żadnej z tych dwóch partii, ale też nie mający reprezentacji w żadnym innym ugrupowaniu.

Przejmując władzę w Partii Republikańskiej, Trump zdołał wygrać wyścig prezydencki mniejszą liczbą głosów niż jego przeciwniczka, Hilary Clinton, ale z większą liczbą delegatów w Kolegium Elektorów. Zważywszy na to, że zaledwie 56% uprawnionych do głosowania Amerykanów wzięło udział w wyborach 2016 roku (częściowo ze względu na to, że Republikanie celowo utrudniali niektórym głosowanie), Trump otrzymał poparcie zaledwie 27% uprawnionych do głosowania wyborców.

Trump kontroluje więc partię reprezentującą mniej niż jedną trzecią wyborców, a rządy sprawuje głównie za pomocą dekretów. W przypadku Johnsona, mniej niż 100 tysięcy członków Partii Konserwatywnej wybrało go na swojego przywódcę, a jednocześnie premiera Wielkiej Brytanii, mimo że poparcie dla jego kandydatury wynosiło zaledwie 31% (zaś 47% wyborców się jej sprzeciwiało).

Politolodzy przewidywali, że dwupartyjny system będzie reprezentował „uśrednionego wyborcę”, ponieważ każda z partii będzie się przesuwać w stronę politycznego centrum, by zdobyć połowę głosów plus jeden. W praktyce ostatnich dziesięcioleci to finansowanie kampanii wyborczej zdominowało jednak partyjne kalkulacje w USA, w związku z czym zarówno partie jak i kandydaci grawitowali na prawo, by zdobyć przychylność bogatych darczyńców. (Senator Bernie Sanders stara się przełamać monopol wielkich darczyńców zbierając kwoty od wielu małych dawców).

Wielkie kłamstwo Borisa Johnsona

W Wielkiej Brytanii, żadna z dużych partii nie reprezentuje większości, która jest Brexitowi przeciwna. A jednak brytyjski ustrój polityczny pozwala jednej tylko frakcji jednej z partii dokonać wyborów historycznych, brzemiennych w skutki dla całego państwa, które sprzeczne są z wolą większości wyborców.

Najbardziej ponure jest jednak to, że polityka oparta na rozwiązaniu typu „zwycięzca bierze wszystko” pozwoliła dwóm niebezpiecznym ludziom dojść do najwyższej władzy mimo powszechnego oporu opinii publicznej.

Polityka oparta na rozwiązaniu typu „zwycięzca bierze wszystko” pozwoliła dwóm niebezpiecznym ludziom dojść do najwyższej władzy mimo powszechnego oporu opinii publicznej.

Żaden system polityczny nie jest w stanie idealnie przełożyć woli wyborców na działania polityczne, a i wola często opiera się na błędnych informacjach bądź jest powodowana niebezpiecznymi emocjami. Projektowanie instytucji politycznych to nieustannie ewoluujące wyzwanie. Dziś jednak, ze względu na przestarzałą zasadę, że zwycięzca bierze wszystko, dwie najstarsze i najbardziej poważane demokracje świata znalazły się w stanie opłakanym. A to naprawdę niebezpieczne.

Oto dlaczego Trump i Ameryka przegrają tę wojnę

Bio

Jeffrey D. Sachs

| Ekonomista, Columbia University
Profesor Zrównoważonego Rozwoju oraz profesor Polityki i Zarządzania Zdrowiem Publicznym na Uniwersytecie Columbia. Jest dyrektorem Centrum ds. Zrównoważonego Rozwoju na Columbii oraz Sieci Rozwiązań na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju przy ONZ.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.