Czytaj dalej

Charlie LeDuff: Sorry, ale to nie jest najbardziej szalony czas w historii Ameryki

Całkiem niedawno mieliśmy tutaj wojnę domową, a jeszcze kilkadziesiąt lat temu segregacja rasowa to była norma. Charlie LeDuff, laureat Pulitzera, opowiada o kryzysie człowieczeństwa w Detroit i Ameryce Donalda Trumpa.

– Patrz, tu mi się podpisał Roger Stone – LeDuff pokazuje palcem starty napis „Fight the Power” (ang. „Walcz z władzą”) namazany markerem. Doradca i główny kampanijny macher Donalda Trumpa podpisał się reporterowi na kowbojskim bucie obszytym we wzór amerykańskiej flagi. – Roger, nie rób sobie jaj – powiedziałem mu – to ty jesteś władzą, jesteś esencją władzy. Robisz wodę z mózgu burakom z Południa, żeby wygrać wybory – opowiada LeDuff.

Charlie LeDuff

Słyszałem tę historię kilka dni wcześniej i dobrze wiem, że to dyżurna anegdotka, ale nie będę mu przerywał tych popisów. LeDuff pręży się przed obiektywem aparatu i jednocześnie opowiada, jak ścigał Arnolda Schwarzeneggera, co miało doprowadzać byłego gubernatora Kalifornii do szału. – Ale tylko w kampanii. Później zaprosił mnie, żebyśmy obejrzeli wspólnie finał Super Bowl – tłumaczy.

Charlie LeDuff

Zdjęcia zrobione, koniec pajacowania. Bez publiczności, bez kamery, bez aparatu LeDuff jest co najmniej równie poważny jak jego biogram: Charlie LeDuff (ur. 1966) – amerykański pisarz i reporter. Absolwent Uniwersytetu Michigan. Przez dwanaście lat pracował w „The Times”, publikował również w „The New York Times” oraz „The Detroit News”. Współpracował z telewizjami BBC 4, WJBK (lokalny oddział telewizji Fox2) oraz CNN. Autor książek: Detroit. Sekcja zwłok Ameryki, US Guys. The True and Twisted Mind of the American Man, Work and Other Sins oraz Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje. Otrzymał wiele nagród, w tym Nagrodę Pulitzera. Mieszka z rodziną na przedmieściach Detroit.

**

Charlie LeDuff: Zostaw te notatki. Zostaw dyktafon. Chodź, spójrz przez okno.

Dawid Krawczyk: Coś tu widzisz ciekawego?

Teraz popatrz chwilę przez to okno, pomyśl o przyszłości.

Mhmm, a teraz co?

A teraz odpowiedz. Będzie wojna?

Nie wiem. Czasem myślę, że będzie, czasem nie. Jak przeczytałem Piketty’ego, miałem poczucie, że to kwestia kilku lat. Nierówności majątkowe są potężne, świat trzeszczy, w końcu musi walnąć. A ty, widzisz tam wojnę za oknem?

Tak, będzie wojna.

Gdzie? Na świecie? W Ameryce?

No właśnie tego nie wiem, czy to będzie pełno wojen domowych, czy jedna wielka światowa. Gdziekolwiek pojadę, widzę te same problemy. Niby dobrze pamiętamy kryzys z 2008 roku, ale moim zdaniem jeszcze nie widzieliśmy ostatniego aktu tego dramatycznego cyklu, który wtedy miał swój początek. Napięcia wywołane tym, że jedni mają zasoby, a inni nie, są coraz bardziej widoczne. Dajemy się napuszczać na siebie.

W Shitshow! zdajesz relację z Ameryki podzielonej konfliktami: klasowymi, rasowymi, politycznymi. Pierwszy rozdział datowany jest na rok 2013. Tylko że wtedy jesteśmy już w samym środku tej ogólnonarodowej gównoburzy. Kiedy ona się zaczęła? W 2008 roku, wraz kryzysem? W 2001, kiedy runęły wieże w World Trade Center? A może w 1492 – wraz z „odkryciem” Ameryki?

Szczerze, to nie wiem. Historia Stanów Zjednoczonych to, jak dobrze wiemy, piękna historia. A wiemy to, bo Ameryka narzuca tę narrację całemu światu. Ale to też historia niewolnictwa, ludobójstw, segregacji i – nie zapominajmy – walki klas. Mieliśmy swój shitshow w latach 30., zrzucaliśmy ludziom bomby atomowe na łeb w latach 40., w 1968 roku setka miast płonęła z powodu zamieszek. Powiedz mi, gdzie się dzieją takie rzeczy w czasie pokoju?

Jakbyśmy spojrzeli trochę bliżej w przeszłość, to źródeł tego, co dzieje się dzisiaj w Ameryce, trzeba byłoby upatrywać chyba w czasach prezydentury Clintona.

Dlaczego wtedy?

Bo wtedy wchodzą w życie globalne umowy handlowe. Do tego: deregulacja banków, wzrost terroryzmu, rozwój komputerów, komórek, a co za tym idzie, masowej komunikacji. Telewizja kablowa w rozkwicie. Skutek jest taki, że toniemy w pięknych obrazkach, które strumieniami leją się z telewizorów i komputerów, a rzeczywistość poza tymi ekranami wygląda zupełnie inaczej. Tracisz robotę, domy tracą na wartości, kuzyn wraca z wojny bez nogi. Poznałem takie historie. Powiedzmy, że ten obecny shitshow to jest jakieś ostatnie 20 lat.

A w 2008 roku, kiedy rozpoczynał się kryzys gospodarczy, gdzie byłeś?

W Detroit. Chwilę przed kryzysem przeprowadziliśmy się tam z Los Angeles.

Ze słonecznego wybrzeża do upadającego przemysłowego miasta?

Tak, chyba byliśmy jedynymi ludźmi, którzy przeprowadzali się w tym kierunku. Wszyscy uciekali wtedy z miasta. Jak jebnęło na rynku nieruchomości, to można powiedzieć, że spadliśmy z pierwszego piętra do piwnicy, ale później tąpnęło na giełdzie i okazało się, że coś jeszcze jest pod tą piwnicą i tam też można spaść.

Z kryzysami rzadko jest jak z wojną. Nie spadają ci nagle na łeb bomby. Dopiero z czasem ludzie się orientują, że tego i tego dnia rozpoczął się kryzys. Pamiętasz ten moment?

To było zaraz po naszej przeprowadzce. Idę przez newsroom, a wszyscy jak zahipnotyzowani, przyklejeni do telewizorów. Oglądali wykresy giełdowe, a te pikowały w dół. Pomyślałem: cholera, jestem w Detroit, ten kryzys jest za oknem, a nie na ekranie. Wyszedłem pisać.

O czym?

Na przykład o gościu, który zamarzł w szybie windy. Opuszczony wielki budynek w Detroit. Na dole zbierała się deszczówka, a jak przyszła zima, to zamarzła. Hipsterzy, znajomi mojego brata, zrobili sobie lodowisko i pykali tam w hokeja. Mój brat do mnie zadzwonił, mówiąc, że znaleźli w szybie windy gościa całego zatopionego w bryle lodu, wystają tylko nogi. Pojechałem, rzeczywiście. A wyobraź sobie, że ci, kurwa, hipsterzy zrobili sobie zdjęcia i poszli zeżreć lunch. To był kryzys. Kryzys człowieczeństwa. Bo jak uderza kryzys gospodarczy, to prędzej czy później będziesz miał z tego kryzys człowieczeństwa.

A co oni mogli zrobić?

Jak ja go zobaczyłem, to pierwsze, co chciałem zrobić, to wyciągnąć go z tego lodu, żeby zorganizować mu godny pochówek. Po tym, jak napisałem o tej historii, ci hipsterzy zaczęli się do mnie przypieprzać, wespół z lokalną gazetą. Ci drudzy zrobili to z zazdrości, bo podebrałem im newsa spod nosa. A hipsterzy się wkurwili, bo dobrze wiedzieli, że nie powinni olać tego zamrożonego gościa, że to po prostu nie jest okej. Wiesz, ta historia to może nie jest jakaś masakra na wielką skalę, to nic w porównaniu z takim powstaniem warszawskim, ale bolało strasznie. To był kryzys.

charlie-leduff
Charlie LeDuff i Dawid Krawczyk Fot. Jakub Szafrański

Opisujesz tę historię ze szczegółami w książce Detroit. Sekcja zwłok Ameryki. To niejedyny mroczny i depresyjny obrazek z tej pozycji. Shitshow! jest dużo bardziej absurdalne, momentami nawet zabawne. Po części pewnie dlatego, że jest swego rodzaju produktem ubocznym.

Pracowałem dla lokalnej telewizji. Lataliśmy z kamerą w miejsca, gdzie się działo.

A jak wyglądała wtedy twoja robota? Przychodziłeś do newsroomu i dostawałeś zlecenie, że masz jechać tu i tu?

Nigdy. Zawsze wymyślałem sobie temat sam. Jak nie masz pomysłu, to musisz realizować czyjeś pomysły.

A ty nie chciałeś robić tego, co chcieli twoi przełożeni?

Pewnie, że nie, bo najczęściej ich pomysły były gówno warte. Każdy, kto ogląda telewizję, wie, że to gówno. Jak zostawiłem gazetę i przyszedłem to telewizji, powiedziałem im, że będę robił to po swojemu. Jak będę chciał, to będę latał w gaciach, pidżamie, a jak będzie mi się podobało, to w szlafroku.

Co masz z tego, że zrobisz reportaż w gaciach?

shitshow-okładkaZ dziennikarstwem jest tak, że masz lemoniadę i lekarstwa. Lekarstwo to informacja, statystyka, reportaż. Lemoniada to te wszystkie głupoty i gacie. Wierzę, że ludzie nie są głupi. Są ignorantami – w takim sensie, że nie znają faktów. Ale kiedy je dostaną ładnie podane, to przestaną być ignorantami. Jak skłonić ich do tego, żeby łyknęli lekarstwo? Rozpuścić w lemoniadzie.

Byłem strasznie dumny z tego, że moje reportaże oglądali czarni, biali, starzy, młodzi. To jest jednak moc telewizji.

Nie brakuje ci tego?

Ciągle coś tam robię dla telewizji. Nie w takim wymiarze jak wtedy, ale trochę tu, trochę tam jeszcze coś nagram. Bardzo lubię pisać, bo jak już wszystko dupnie, wysiądzie prąd i to [wskazuje na telefon] będzie do niczego niepotrzebne, książka zostanie.

Na spotkaniu promującym twoje książki w Teatrze Powszechnym wieszałeś psy na producentach, z którymi pracowałeś w telewizji.

Nie na producentach, tylko na korporacji.

Czyli na kim dokładnie?

Właśnie rzecz w tym, że na nikim. Korporacja to jest taki efemeryczny byt. Dostajesz telefon, że ktoś tam z góry każe ci coś zrobić. Dam ci przykład: przydarzyła nam się taka historia, że zostaliśmy zaatakowani w czasie zamieszek w Ferguson. Wiesz dobrze, że w mediach chodzi o kliki, lajki, retweety, buźki, serduszka. Takie sceny to żyła złota z punktu widzenia klikalności. Poturbowali nas na tych zamieszkach, ale to nie było wszystko, co się tam wydarzyło.

Wcześniej nagraliśmy rozmowę z takim gościem: wielki, czarny, napakowany chłop z bandaną na twarzy i bronią za paskiem. I wiesz, co on robił? Uspokajał wszystkich. Mówił, że nie ma sensu puszczać tych sklepów z dymem. Powiedziałem korporacji, że nie chcę dawać tego, jak dostajemy wpierdol, tylko kawałki, które nagraliśmy z tym chłopakiem. Oni chcieli wpierdol.

Gra pozorów. Jak USA nie chronią swoich czarnych obywateli

Kiedy uznałeś, że nie chcesz tam pracować?

Przyszedł moment, w którym byłem już tak zmęczony, że zostawiłem to w cholerę. Daję im kliki, zarabiam dla nich kupę siana, a oni zaczęli sobie pozwalać i mnie temperować: że nie mogę nazwać gubernatora Michigan tchórzem albo zlewać się z szefa policji Detroit, bo pajacował w telewizji śniadaniowej i gotował tam jakieś żarcie na wizji.

Ameryka z Shitshow się rozpada, ale nie tylko ona. Wszyscy się tam rozpadają, włącznie z tobą, autorem. Kogo winisz za ten rozpad?

Nikogo.

Chyba ktoś jednak ponosi winę za ten stan rzeczy. Kryzysy nie dzieją się same z siebie.

A może właśnie się dzieją. Taki już jest ludzki los. Zajrzyj sobie do Biblii: „Marność nad marnościami, powiedział kaznodzieja; marność nad marnościami i wszystko marność”. Imperium Rzymskie też upadło. Tak po prostu się dzieje, rzeczy się starzeją, upadają i rodzi się z tego coś nowego. Czyja to wina? Nie wiem. Boga.

Aha.

Nie podoba ci się odpowiedź, ale tak jest, pogódź się z tym.

Czyli co, wszystkie te wybory, polityka, nie mają znaczenia, bo i tak stare musi odejść, żeby przyszło nowe, i Bóg tak chciał?

Trochę tak. Ale można to upadanie odsunąć w czasie.

A media? Ponoszą jakąś winę za ten shitshow czy nie?

Media powinny wykonywać swój psi obowiązek: gadać z ludźmi, którzy nie mają głosu. A co zrobiły z Trumpem? Rozdmuchały go. Latały za nim jak psy za suką w cieczce. Jedni biegali za Trumpem, inni wysiadywali na proszonych obiadkach u Hillary i rozmawiali z jej doradcami o kampanijnej strategii. I co? Okazało się, że te strategie są gówno warte, bo poza tymi proszonymi obiadkami jest pełno wkurwionych ludzi, którzy nakłamali ankieterom. Więc kiedy pytasz mnie o media, to odpowiadam, że powinny zająć się historiami ludzi na dole, wychodzić w teren. Ale łatwiej przecież wsadzić ekspertów do studia i niech się napieprzają między sobą.

Kiedyś było tak, że do studia wchodziło dwóch gości, ekran dzielił się na dwie części i jazda przez kilkanaście minut. Teraz zaprasza się ich po sześciu, ośmiu i nawalają się jak w oktagonie.

Nauczył cię czegoś czas z Trumpem u władzy? To już prawie trzy lata.

Skala polaryzacji zrobiła na mnie wrażenie. Jak włączysz Fox News, to zobaczysz, że tam obowiązuje dogmat o nieomylności Trumpa, na CNN zupełnie na odwrót: nie ma znaczenia, co robi Trump, wszystko źle.

W książce dobrze widać tę polaryzację. Ameryka dzieli się ze względu na rasę, płeć, miastowych i wsiowych, tutejszych i przyjezdnych, biednych i bogatych. Który z tych podziałów jest najważniejszy?

Klasa i kasa. Nie deprecjonuję kwestii płci czy orientacji seksualnej, ale najważniejszy kolor w Ameryce to nie biały ani czarny, tylko zielony, kolor dolara. Nie masz zielonych, to wszystko inne boli jeszcze bardziej.

Czy lepiej być czarnym i bogatym, czy biednym i białym?

Jeszcze jedno zaskoczenie mi się przypomniało.

Dajesz.

Wszyscy mówią, że to jest najbardziej szalony czas w historii USA. Sorry, ale nie jest. Halo, my tu mieliśmy wojnę domową. Segregacjoniści, jak George Wallace, zostawali gubernatorami. W 1968 Ameryka płonęła od zamieszek. Wojna w Wietnamie. Czarne Pantery prowadziły wojnę z policją. Strzelali do siebie na ulicach. Weatherman podkładali bomby i wysadzali budynki. To nie jest najbardziej szalony czas w historii Stanów Zjednoczonych.

Co z tego wszystkiego wyniknie w 2020 roku, kiedy Amerykanie pójdą wyborów?

Trump wygra, jeśli sytuacja ekonomiczna będzie stabilna. Czy na pewno będzie? Czy nic nie walnie do wyborów? Nie wiem. Dopóki ludzie mają poczucie, że jest jakieś jutro i nie boją się o swoje dzieci, to się zachowują. Ale powiedz, czy we Francji 10 lat przed rewolucją ktoś się spodziewał, że Ludwikowi XVI zetną publicznie łeb gilotyną?

Louis: Piszę o przemocy, ponieważ jestem optymistą

Bio

Dawid Krawczyk

| Reporter Krytyki Politycznej
Autor reportaży, wywiadów, analiz i recenzji. Absolwent Filozofii i Filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. W Krytyce Politycznej od 2011 roku. Redaktor działu Narkopolityka poświęconego krajowej i międzynarodowej polityce narkotykowej. Publikował między innymi w Magazynie Świątecznym "Gazety Wyborczej" oraz polskiej edycji "Le Monde Diplomatique". Tłumaczenia jego tekstów ukazywały się w językach: angielskim, czeskim, rumuńskim, węgierskim i włoskim.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.