Świat

Jagielski: Sposób, w jaki Mandela odnosił się do przeciwników, był jego najskuteczniejszą bronią

Fragment książki "Trębacz z Tembisy. Droga do Mandeli".

W wieku 95 lat zmarł Nelson Mandela, słynny przywódca ruchu przeciwko apartheidowi, obrońca praw człowieka, były prezydent RPA.

– Niezwykła siła Nelsona Mandeli bierze się stąd, że on nigdy się nie poddaje. – Kiedy Bizos to mówił, odnosiłem wrażenie, że i on tę wiarę podziela. – I wierzy, że wszystkiemu podoła.
Mandela nigdy nie godził się z żadną ostateczną klęską. Wierzył, że każde niepowodzenie da się przekuć w wygraną. Nic nie miało prawa pójść aż tak źle, żeby nie dało się tego naprawić. Usłyszałem od kogoś, że wschody słońca zawsze wolał od jego zachodów.

Wcale się nie zdziwiłem, gdy Bizos powiedział mi, że nawet dożywotniego zesłania na Wyspę Fok nie uznał Mandela za życiową klęskę ani kres tego, co robił i uważał za swoją powinność. Wierzył, że nic się nie skończyło – jedynie przyjęło nową postać.
– Aby nie oszaleć w niewoli, lecz ją przetrwać, przede wszystkim nie wolno było rozpamiętywać tego, co było i na co już się nie miało żadnego wpływu – powiedział mi poznany na wyspie dawny więzień. – Nie wolno było żałować tego, co się utraciło, bo dopiero wtedy przepadało bezpowrotnie.
Bizos uważał, że Mandela tak właśnie postępował. Wypierał wszystkie złe myśli i zwątpienie. W przeciwnym razie musiałby uznać, że poniósł klęskę. Albo że koszty jego zwycięstw były tak wielkie, że odbierały im znaczenie.

U schyłku prezydentury Mandeli wiele razy spotykałem Bizosa w salach sądowych, gdzie bronił lub oskarżał w rozprawach przed Komisją Prawdy. Do rozmowy przerwanej w Mamelodi wracaliśmy w Johannesburgu, a potem w Pretorii i w Soweto.
– Ludzie boją się więzienia. Nie znają go, więc wydaje im się czymś przerażającym, jakimś zatraceniem, unieważnieniem wszystkiego, co składało się na ich życie. Ale świat, choć oddzielony kratami, wcale przecież się nie kończy. I to nie samo więzienie jest zniewoleniem, lecz strach przed nim. Nie jest łatwo wyzbyć się tego lęku, ale tym, którym się to udaje, więzienie przestaje się wydawać końcem wszystkiego. Jest bolesne i trudne, ale w końcu przemija.
– Ale Mandela miał przecież pozostać w więzieniu do końca życia – powiedziałem.
Szukałem wyjaśnienia, co dawało mu tę siłę, co pchało go do walki, w której nie tylko wydawał się skazany na porażkę, ale wręcz został pokonany. Czy było to męstwo, czy może strach przed rzeczywistością odartą ze złudzeń i marzeń, przed stawieniem czoła sprawom nieodwracalnym?
– Może to dlatego, że święcie wierzył w to, co robił, bo nawet przez chwilę nie wątpił, że odzyska wolność, zanim umrze – odparł Bizos. – Już pierwszego dnia zesłania uznał, że na wyspie pozostaje mu zająć się tym samym, co robił na wolności, toczyć tę samą walkę w innym miejscu i w innych warunkach. Wtedy wydawało się to szaleństwem, ale on naprawdę wierzył, że uda mu się odnieść zwycięstwo na wyspie, a wtedy wygrana na lądzie będzie fraszką.

Jako adwokat Mandeli, Grek był na wyspie jego najczęstszym gościem, a także posłańcem i pośrednikiem w kontaktach z pozostawionym na lądzie światem. Kiedyś Mandela powiedział mu, że nawet z czasu, który wydaje się stracony, można uzyskać dla siebie korzyści, a wtedy człowiek nie ma poczucia, że zmarnował życie.

W tamtych czasach wyrok dożywocia oznaczał, że skazaniec naprawdę do śmierci pozostanie za kratami. A wichrzyciele i buntownicy występujący przeciwko zastanemu porządkowi i panowaniu białych w więzieniu byli traktowani surowiej niż najgorsi złoczyńcy. Wśród tych nieszczęśników zaś najgorszy los czekał czarnoskórych.

Więźniów politycznych przetrzymywano w oddzielnym, otoczonym wysokim murem parterowym budynku. Jego cztery skrzydła tworzyły niewielki dziedziniec. Wychodziły nań okna niewielkich, pojedynczych cel. Skazańców osadzano także w celach wieloosobowych, ale Mandela i jego towarzysze, jako wywrotowcy szczególnie niebezpieczni, trafili do pojedynczych cel, pomalowanych szarą olejną farbą i rozmieszczonych po obu stronach długiego, mrocznego korytarza. Kiedy nocą Mandela kładł się na cienkiej słomianej macie i opierał stopami o mur, palcami wyciągniętych za głowę dłoni mógł sięgnąć przeciwległej ściany. Poza zwijaną na dzień matą i trzema kocami, blaszaną miską i kubkiem na wodę oraz kubłem na nieczystości w celi nie było żadnych sprzętów.

Każda cela miała dwoje drzwi. Jedne, z żelaznych krat, pozostawały zamknięte przez cały czas. Drugie, drewniane, grube, z judaszem, otwierano na dzień. Do drzwi była przytwierdzona metalowa tabliczka z nazwiskiem, imieniem i numerem więźnia. Mandela nosił numer 466/64, oznaczający, że był czterysta sześćdziesiątym szóstym więźniem zesłanym na wyspę w roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym.

Każdy dzień zaczynał się pobudką o świcie. Latem o piątej, zimą o szóstej. Mieli pół godziny na zrobienie porządku w celi, opróżnienie kubłów z nieczystościami i toaletę w niewielkiej łaźni w zimnej, czerpanej z morza wodzie. Po półgodzinnym spacerze pod nadzorem wartowników z psami w wielkich kotłach przynoszono na korytarz śniadanie. Inne dla Hindusów, inne dla czarnych więźniów. Czarnoskórym nie wydawano na przykład chleba, pod pozorem, że Afrykanie go nie jedzą. Czarnoskórzy mieli też inne więzienne stroje. Otrzymywali krótkie spodenki z drelichu i sandały, podczas gdy Hindusi i mieszańcy mogli nosić spodnie z długimi nogawkami i trzewiki.

Po śniadaniu więźniowie byli wyprowadzani do pracy na dziedziniec, gdzie tłukli na drobnicę zwożone taczkami kamienie. Potem wieziono ich do kamieniołomów, a w końcu na plażę, gdzie w kamienistych zakolach zatok łowili wodorosty.Pracę przerywano w południe, na obiad. Po godzinnym odpoczynku wracali do tłuczenia kamieni lub brodzenia w nadbrzeżnych wodach. Aż do czwartej po południu. Wtedy wracali do więzienia. Dostawali pół godziny na toaletę, po czym wydawano im kolację, którą zjadali już w swoich celach.

Nie wolno im było z sobą rozmawiać, a za nieposłuszeństwo byli karani karcerem. O piątej zmieniali się strażnicy, a o ósmej dyżurny wartownik zatrzaskiwał drewniane drzwi cel i zamykał się z więźniami na noc, do następnego świtu.

Mandela i inni buntownicy mieli podczas całego pobytu na wyspie pozostawać odcięci od wszystkiego, co działo się w świecie na lądzie. Nie dostawali gazet, a w wydzielonej dla nich części więzienia nie działał radiowęzeł, z którego mogliby usłyszeć choćby wyniki zawodów sportowych czy prognozę pogody. Odebrano im zegarki i nawet czas odmierzali im strażnicy. Mieli prawo do napisania do najbliższej rodziny lub otrzymania od niej jednego listu na pół roku, liczącego nie więcej niż pięćset słów. Wolno im było pisać wyłącznie o sprawach osobistych, ani słowa o pobycie w więzieniu, ani słowa o polityce czy czymkolwiek, co zatrącałoby o politykę. Wszystkie listy przechodziły przez ręce więziennych cenzorów, którzy pieczołowicie wyławiali słowa i zdania niezgodne z regulaminem lub niezrozumiałe. Z początku zamazywano je czarnym tuszem, lecz z czasem uznano, że nawet zaczernione można odczytać. Odtąd wycinano brzytwą podejrzane zdania i całe akapity, niszcząc przy okazji także te niewinne, znajdujące się na odwrocie kartki. W rezultacie zamiast listów więźniowie i ich rodziny otrzymywali papierowe strzępy, wycinanki, których nie dało się zrozumieć.

Niektórzy cenzorzy, gdy uznali, że list składa się z samych niedozwolonych treści, pozwalali go więźniowi poprawić. Inni po prostu darli takie listy na kawałki i wyrzucali do kosza, nawet nie powiadamiając o tym nadawcy, który na darmo, z narastającą niecierpliwością i poczuciem krzywdy, czekał na odpowiedź na list, który nigdy nie dotarł do rąk adresata. Zdarzali się też cenzorzy, którzy na rozkaz przełożonych, z nudów lub czystej złośliwości podrabiali charakter pisma kobiet pozostawionych przez więźniów na lądzie. Podczas ciągnących się godzin na służbie preparowali listy nasączone zabójczą trucizną, która wywoływała ataki zwątpienia, zbolałej tęsknoty, podejrzliwości przyprawiającej o obłęd. Słabszym zatrute listy często odbierały rozum. W porywie rozpaczy i bezsilnej furii odpowiadali na nie jadowicie i nienawistnie, nie zdając sobie sprawy, że padli ofiarą podstępu i sami niszczą miłość, o której pamięć miała być ostatnią dobrą myślą przynoszącą nadzieję i siłę.

Ukojenia nie dawały też odwiedziny, do których mieli prawo tylko raz na pół roku. Nie wolno im było dotknąć najbliższych. Mogli rozmawiać przez pół godziny w kabinie, rozdzieleni grubą szybą. Trzeba było podnosić głos, a nierzadko przekrzykiwać się z innymi odwiedzającymi. Mogli rozmawiać wyłącznie w języku znanym przydzielonemu strażnikowi, który czujnie przysłuchiwał się rozmowie i przerywał ją, żądając wyjaśnień, ilekroć padały w niej słowa lub imiona dla niego niezrozumiałe. Więzienne przepisy nie zezwalały na odwiedziny dzieci.

Wartownicy, a także naczelnicy więzienia bywali rozmaici. Byli nimi niemal wyłącznie Afrykanerzy, wychowani w przeświadczeniu, że więźniowie, których rozkazano im pilnować, stanowią śmiertelne zagrożenie, jako zbrodniarze, bezbożnicy i ludojady, śniący o mordach i gwałtach. Ale podczas gdy jedni tylko sumiennie wykonywali rozkazy, inni znajdowali przyjemność w poniżaniu jeńców, zadawaniu im dodatkowego cierpienia. Jeszcze inni marzyli tylko o tym, by mieć święty spokój. Nie znali czarnoskórych, nie mieli wśród nich przyjaciół, a biały rząd wbił im do głowy, że tacy jak Mandela są gorsi niż wampiry żywiące się ludzką krwią. A to od nich zależało, jak miało wyglądać życie czarnych na wyspie.

Mandela uznał, że na dobrą sprawę niewiele różniło się ono od życia, jakie on sam i inni czarni wiedli poza więziennymi murami. Wyspa była dla niego niewolą, ale przecież i na lądzie nie mógł się uważać za człowieka wolnego.

Skoro właśnie przeciwko tej niewoli podjął walkę na lądzie, dlaczego miałby ją porzucić na wyspie?

Tam chciał przekonać do swoich racji biały rząd, tu miał za przeciwnika białych strażników z ich uprzedzeniami i lękami.
– To byli prości, niewykształceni ludzie, których niezmienny obraz świata opierał się na przekazywanych z pokolenia na pokolenie utartych poglądach i wzorach – mówił Bizos. – Wpajano im, że racja jest po ich stronie i że stoją na straży porządku i prawa, ale o tym, czym jest to prawo, nie mieli zielonego pojęcia. Dla Mandeli, polityka i sprawnego adwokata, obeznanego z przepisami i prawniczym żargonem, byli wdzięcznym przeciwnikiem, ale i wyzwaniem.

Walka, jaką z nimi podjął już od pierwszego dnia zesłania, nie była konfrontacją pełną wrogości, pogardy i żądzy unicestwienia przeciwnika. Była to gra, w której od siły ważniejsza była przebiegłość, w której liczył się spryt, podstęp. Chodziło w niej nie o to, by przeciwnika powalić na łopatki i upokorzyć, lecz żeby go oswoić jak dziką bestię, zdobyć jego zaufanie, potem ciekawość, współczucie i życzliwość, a na koniec przekonać, by sam wyrzekł się wrogości i przeszedł do przeciwnego obozu, nie mając przy tym poczucia przegranej ani kapitulacji.

Do pierwszej bitwy doszło tuż po przybyciu skazańców na wyspę. Biali wartownicy, poszturchując więźniów, ustawili ich na brzegu w kolumnę, a następnie kazali biec truchtem do więziennego baraku. Mandela uparł się jednak maszerować własnym tempem. Poczuł coś nieokreślonego, co nie pozwalało mu przyspieszyć, choć przeczuwał, że opór grozi wybuchem furii wartowników. Prowadząc kolumnę, zwalniał jej marsz i to on narzucał tempo, do którego musieli się dostosować strażnicy, coraz bardziej wściekli i czekający tylko na pretekst, by rzucić się na więźniów.

Kiedy jeden z wartowników z zaciśniętymi pięściami zbliżył się do Mandeli, ten warknął złowieszczo: „Tknij mnie palcem, a przeciągnę cię przez wszystkie sądy tego kraju i oskubię z ostatniego grosza. A kiedy już z tobą skończę, do końca życia będziesz biedny jak mysz kościelna”. Strażnik stanął jak wryty, a zanim otrząsnął się ze zdumienia, koledzy odciągnęli go na bok. Kolumna pomaszerowała w stronę więzienia, nikt już nikogo nie poganiał.

Na wyspie często się zdarzało, że biali wartownicy pastwili się nad więźniami. Nie raz i nie dwa dochodziło do rękoczynów, brutalnych pobić. Spotykało to innych, ale na Mandelę nikt nigdy nie pod niósł ręki. Musiał onieśmielać strażników posturą atlety, z którym nawet nierówna walka nie dawała pewności wygranej. Przede wszystkim jednak był w nim majestat, otaczający go jak obronne mury. Najbardziej zaskakiwał strażników tym, że nie zachowywał się jak czarnuch.

Nie był usłużny, nadskakujący, pokornie godzący się z rolą sługi, którego jedynym powodem istnienia jest słuchać rozkazów i spełniać zachcianki białego pana. Mandela zaś wcale nie uważał się za kogoś gorszego, napiętnowanego barwą skóry. Tym chyba najbardziej obezwładniał więziennych strażników i wszystkich swoich wrogów. Miał czarną skórę, ale nie był czarnuchem. Był czarny, ale zachowywał się jak biały i odwoływał się do tego wszystkiego, co dla białych było świętością. Nie kłaniał się im w pas, nie zwracał się do nich „jaśnie panie”, a mówiąc, patrzył im prosto w twarz.

Mandela starał się nie łamać prawa, a jeśli już naruszał przepisy, to świadomie i celowo, gotów ponieść konsekwencje. Jako adwokat, znał niezrozumiałą dla wartowników mowę paragrafów, regulaminów i procedur, wiedział doskonale, jak się nimi posługiwać i czerpać z nich korzyści. Sposób, w jaki się odnosił do przeciwników, był jego najskuteczniejszą bronią. Nie pielęgnował konfliktu, bez czego wielu nie potrafi żyć. Z nieprzyjaciółmi pragnął co prędzej zawrzeć pokój, a zaraz potem przerobić ich na swoich sprzymierzeńców. Początkiem tej przemiany był zawsze głęboki – jeżeli nie szczery, to mistrzowsko udawany – szacunek, jaki okazywał swoim prześladowcom i wszystkim, którzy byli mu nieżyczliwi. Wyrażał to swoją uprzejmością, staroświecką elegancją, starannym i wyszukanym doborem słów. Starał się z ludźmi rozmawiać w ich języku, z uważną ciekawością wysłuchiwał ich sądów i opowieści. Zapamiętywał tysiące szczegółów i nawiązywał do nich przy każdej okazji, czym ujmował rozmówców i pozwalał im myśleć, że są wyjątkowi i ważni.

George Bizos wspominał jedną ze swoich wizyt na wyspie, kiedy Mandela przerwał nagle rozmowę, jakby coś sobie przypomniał. „Proszę mi wybaczyć, że nie przedstawiłem sobie panów – powiedział, zwracając się do przysłuchujących się rozmowie strażników. – Panowie oficerowie, oto mój adwokat, sławny George Bizos. George, to moja świta, panowie van der Merwe, Botha, Malan, Viljoen”. Bizos nie zapamiętał wartowników, a w rozmowie ze mną przytoczył najpopularniejsze wśród Afrykanerów nazwiska. Był tak samo zaskoczony niespodziewaną prezentacją jak więzienni strażnicy, którzy uścisnęli mu dłoń i wymienili uprzejmości.

Mandela w rzeczywistości wcale nie okazywał się czarnuchem ani wściekłym ogrem, którym władze straszyły białych obywateli. Zdobywał szacunek strażników, nawiązywał z nimi osobistą relację, która wykluczała pogardę i złośliwe okrucieństwo. Wkrótce nie potrafili już odmówić jego prośbom, które nigdy nie były natrętne, a zdawały się dotyczyć spraw błahych. Nawet nie spostrzegli, kiedy on, więzień, przejął nad nimi władzę – to on nimi kierował, choć z pewnością uważali, że to oni wciąż mówią mu, co ma robić, a czego mu nie wolno.

Mandela, nie tracąc ani na chwilę kontroli nad własnymi uczuciami, myślami i zachowaniem, zawsze wiedział, jak wielką posiada moc i że dzięki niej może oddziaływać na innych i zmuszać ich do posłuszeństwa. Wykorzystywał ją bez skrupułów, ilekroć nadarzała się ku temu sposobność.

Pierwszą bitwę wydał o prawo do noszenia w więzieniu długich spodni, które przysługiwały Hindusom i mieszańcom, ale nie czarnym. Nosząc szorty, Mandela czuł się upokorzony. Powtarzał, że na wolności za nic by ich nie włożył, i w ogóle uważa, że dorosłemu mężczyźnie taki strój nie przystoi. Zamęczał władze więzienne litaniami próśb i skarg, znosił pobyty w karcerze. Zajęło mu to trzy lata, ale w końcu naczelnik więzienia oznajmił, że w magazynie wydadzą mu długie spodnie. Oniemiał, gdy Mandela powiedział, że skoro długie spodnie nie są naruszeniem regulaminu, naczelnik z pewnością wydzieli je wszystkim czarnoskórym więźniom.

Tysiąc dni za prawo do noszenia długich spodni wydaje się ceną absurdalnie wysoką. Ale w niewoli czas liczył się inaczej. Godziny ciągnęły się jak tygodnie, za to lata umykały jak miesiące.

Równie długa okazała się walka o prawo do posiadania przez więźniów okularów do czytania. „Co nam z tego, że pozwala się nam podejmować korespondencyjne studia, skoro wielu z nas bez okularów nie przeczyta żadnej książki?” – przekonywał Mandela naczelnika więzienia. Otrzymawszy zgodę na okulary do czytania, zaczął prosić o okulary do pracy w kamieniołomach, które chroniłyby przed jaskrawym światłem słonecznym, a także przed drobinami, które przy kruszeniu głazów uszkadzały oczy. Mandeli na przykład zatkały się kanaliki łzowe. Dopiero jako prezydent poddał się zabiegowi ich udrożnienia.

Gdy zwyciężył w jednej batalii, natychmiast wydawał kolejną bitwę. O to, by strażnicy nie wołali więźniów po imieniu, by skazańcy, zwracając się do nich, nie musieli używać uniżonej formy baas, „jaśnie panie”. Kruszył kopie o lepszy i jednakowy dla wszystkich więzienny wikt. Tu zwycięstwo odniósł połowiczne. Naczelnik zgodził się, co prawda, by czarni jedli to samo co Hindusi i mieszańcy, ale zamiast zwiększyć i urozmaicić posiłki dla czarnych, polecił kucharzom wydawać skąpsze porcje wszystkim pozostałym więźniom.

Mandela przekonał więzienne władze, by zniosły zakaz rozmów podczas pracy i spacerów. Odtąd banici toczyli gorące, trudne do rozstrzygnięcia, ciągnące się całymi dniami, a nawet miesiącami debaty. O istocie wolności i walki o nią, o zaletach i wadach komunizmu i o tym, czy przyzwoity człowiek może stać się komunistą. O zaletach i wadach obrzezania i o tym, czy wierność plemiennym tradycjom jest przeżytkiem, czy przejawem patriotyzmu. Równie zażarcie dyskutowano o piłce nożnej, jak i o tym, czy tygrysy pochodzą z Afryki.

Wydano im też gry planszowe, pozwolono grać w karty, szachy i warcaby, które Mandela upodobał sobie szczególnie. Nikt nie chciał z nim jednak grywać, bo przed każdym ruchem dumał godzinami, rozważał wszystkie możliwe scenariusze, jakby od przesunięcia pionka zależały losy świata. U naczelnika więzienia wyprosił też, by wzbogacono księgozbiór w więziennej bibliotece. Nie sposób było mu odmówić, bo zabiegając o więcej książek, prosił wpierw o dzieła afrykanerskich poetów i pisarzy.

Choć więzienny regulamin zabraniał, by więźniowie mieli swoich przywódców czy przedstawicieli, sami naczelnicy więzienia, a także strażnicy tak właśnie traktowali Mandelę, a jego towarzysze, widząc sukcesy, jakie osiągał, chętnie się godzili, by upominał się o nowe przywileje i prawa.

Nie wszyscy jednak, bo Robert Sobukwe i jego zagorzali zwolennicy uważali, że walka o poprawę warunków życia w więzieniu jest szkodliwa. Podejmując ją – tłumaczyli – skazańcy przyznają, że ich czyny były zbrodnicze, i akceptują wymierzoną im karę. „Trzeba zmienić porządki w kraju – nauczał Sobukwe. – A wtedy zmienią się też porządki w więzieniu”. Mandela przytakiwał, ale upierał się, że poza celami najważniejszymi należy podejmować walkę także o wszystko, co jest możliwe do wywalczenia. Nie potępiał jak inni przywódców rezerwatów tworzonych przez biały rząd dla każdego z czarnoskórych ludów z osobna. Jego towarzysze uważali kacyków za zdrajców i kolaborantów, Mandela zaś przekonywał, że i ich można przeciągnąć na swoją stronę, wykorzystać. Ci, którzy się z nim nie zgadzali, zarzucali mu, że kieruje się więzami krwi. Jego kuzyn Kaizer Matanzima został władcą jednego z dwóch rezerwatów utworzonych dla Khosów nad rzeką Kei, a jednym z ministrów w jego rządzie został teść Mandeli.

Mandela nie ze wszystkich bitew wychodził zwycięsko. Władze więzienne nie pozwoliły mu pojechać na pogrzeb matki, a rok później także na pogrzeb najstarszego syna, który zginął w wypadku samochodowym. Przytrafiali się też naczelnicy i strażnicy, którzy czerpali przyjemność z przysparzania więźniom cierpienia. Próbowali pozbawiać ich przywilejów, które z takim trudem wywalczyli, a nawet odbierać im prawa najbardziej podstawowe, przysługujące im zgodnie z regulaminami. Nie przepuszczali żadnej okazji, by wpoić w skazańców przekonanie, że trafili na wyspę właśnie po to, by cierpieć. Mandela pisał skargi do sądów i urzędów, a te wcześniej czy później dla świętego spokoju nakazywały odwołać z wyspy nadgorliwych nadzorców więziennych, po ich wyjeździe zaś wszystko wracało do dawnego rytmu i porządku rzeczy. W sukurs przychodzili też przedstawiciele Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, którzy odwiedzali więźniów na wyspie i dbali, by nie działa im się krzywda.

Biały rząd nie zamierzał litować się nad Mandelą i jego towarzyszami. Groźny buntownik Mandela miał zostać raz na zawsze wykluczony ze świata i wszystkich jego spraw. Świat miał zapomnieć o Mandeli, a nie wysłuchiwać jego narzekań i protestów, użalać nad jego losem, a przede wszystkim pamiętać o przyczynach jego niewoli. Aby Mandela zniknął z ludzkiej pamięci, na wyspie skazańców musiały zapanować na zawsze cisza i spokój.

Minęło dziesięć lat, odkąd trafił na wyspę, a został jej współwładcą. Podlegał kolejnym naczelnikom więzienia, ale przecież potrafił wymusić, by odwołano tych, którzy zaleźli mu za skórę, zanadto uprzykrzyli życie. Kiedy na wyspie zjawiał się nowy naczelnik, Mandela natychmiast żądał widzenia się z nim, by ustalić obowiązujące reguły. Zwykle dochodzili do wspólnego wniosku, że dla wszystkich będzie lepiej, jeśli obie strony oszczędzą sobie kłopotów.

Skazańcy osadzeni na wyspie powoli przejmowali ją dla siebie. Byli jej więźniami, a zarazem gospodarzami.

Coraz rzadziej wysyłano ich do robót w kamieniołomach, aż w końcu przestano zmuszać ich do pracy. Na więziennym dziedzińcu, na którym niegdyś tłukli kamienie, urządzili sobie kort do gry w tenisa, a pod murem spacerniaka Mandela założył ogród, w którym zaczął uprawiać warzywa. Doskwierał im brak wieści ze świata, z którego zostali wykluczeni. Nie poddając się zwątpieniu, nigdy nie stracili wiary, że do niego wrócą, a dzień powrotu jest tylko kwestią czasu i sprzyjających okoliczności.

Podsłuchiwali strażników omawiających najważniejsze wydarzenia i sami próbowali ich wciągać w rozmowy. Zerkali im przez ramię, gdy ci na służbie czytali codzienne gazety. Wyznaczani do malowania płotów czy koszenia trawników podkradali im gazety i pisma. Ze strzępów wiadomości i plotek starali się budować obraz świata, od którego coraz bardziej się oddalali. Źródłem informacji byli też nowi więźniowie, którzy przybywali na wyspę. Od nich Mandela dowiedział się o wojnach przeciwko białym rządom wywołanych przez czarnoskórych partyzantów w Angoli, Mozambiku i Rodezji, a także w Namibii, dawnej afrykańskiej kolonii Niemiec, którą po pierwszej wojnie światowej zajęła Afryka Południowa.

Wiadomości o wojnach tuż za miedzą napawały więźniów nadzieją. Smutne były wieści o klęskach, jakie ponosili żołnierze z partyzantki założonej przez Mandelę. Szkolili się, co prawda, w sekretnych bazach w Tanzanii i Zambii, ale na razie nie udało im się nawet przedostać do kraju. Pierwszy oddział śmiałków został wybity do nogi w Rodezji podczas przeprawy do kraju, drugi został wyłapany przez wojsko na samej granicy.

Większość nowych więźniów byli to ludzie skazani za pospolite przestępstwa, którzy o polityce nie mieli pojęcia. Przynosili z sobą więcej pogłosek niż pewnych wieści. Tą drogą pewnego razu dowiedzieli się, że Amerykanie wylądowali na Księżycu i że zasypywali Wietnam bombami atomowymi. Dopiero po kilku miesiącach wyjaśniło się, że chodziło o bomby z napalmem. Słysząc te dwie nieprawdopodobne wieści, więźniowie większą wiarę dawali tej drugiej. W wietnamską nuklearną apokalipsę jeszcze dawało się uwierzyć. Zmyśleniem wydawało się natomiast to, że człowiek stanął na Księżycu.

W jeszcze większe zdumienie wprawiły skazańców napływające z lądu pogłoski, że w Soweto dzieci podniosły uliczny bunt. Pokonały niemal gołymi rękami żołnierzy i policjantów, którzy na sam widok powstańców rzucali na ziemię karabiny i brali nogi za pas. Dzieci przejęły rządy nad Soweto, powstanie rozlewa się na kolejne miasta, dawny porządek upada i lada dzień skazańcy zostaną uwolnieni z wyspy. Starzy buntownicy powątpiewali w te wieści, ale nie potrafili ich jednoznacznie odrzucić. Czasem też nachodziła ich refleksja, że jeśli dzieci z Soweto zastąpiły dorosłych, którzy ich zawiedli, to na co mogli się jeszcze przydać sędziwi i niedoszli rewolucjoniści z wyspy.

Jest to fragment najnowszej książki Wojciecha Jagielskiego “Trębacz z Tembisy. Droga do Mandeli” (Znak 2013).

Czytaj także:

Henryk Wujec o Mandeli: Wygrał dzięki swojemu uporowi i konsekwencji


Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.