Świat

Humanitaryzm na sztandarach, a uchodźcy w „bezpiecznej” odległości

Przy okazji otwarcia granic białoruskich dla napływu migracyjnego Aleksander Łukaszenka obnażył podwójne oblicze europejskiej polityki migracyjnej. Wpisane są w nią wzajemnie wykluczające się cele – wzmacnianie „twierdzy Europa” i jednoczesna ochrona praw człowieka.

– Chcę jechać do Europy nade wszystko po to, żeby pomagać mojej rodzinie tu na miejscu. Nie jadę tam, żeby robić sobie fotki. Te mogę robić sobie tutaj – mówił 25-letni sprzedawca owoców, z którym przed kilkoma miesiącami rozmawialiśmy na przedmieściach Susy. W podobnym tonie wypowiadało się wielu innych młodych Tunezyjczyków – mieszkańców Tunisu, Safakisu i Hammametu.

Nadzieje pokładane przez bardzo wielu z nich w rządach, które powstały po Arabskiej Wiośnie, nie zostały spełnione.

Arabska Wiosna po 10 latach: ten bunt wybuchnie na nowo

Najpierw były zamachy terrorystyczne (między innymi w Susie i Tunisie), potem przyszła pandemia i dalsze spowolnienie gospodarcze. Najnowsze dane tunezyjskiego GUS-u pokazują, że ponad 40 proc. młodych jest bez pracy. Inwestycja w wykształcenie nie przynosi oczekiwanych rezultatów, gdyż wskaźniki bezrobocia wśród absolwentów uczelni są często dwa razy wyższe niż wśród tych bez wykształcenia.

Sasnal: Koronawirus spektakularnie ułatwia rządzenie

Bardzo wielu nie widzi dla siebie przyszłości w Tunezji i chce wyjechać z kraju za wszelką cenę – nawet utraty życia na morzu. Z roku na rok jest ich coraz więcej. Nie jest w stanie przekonać ich do pozostania w kraju nawet najlepsza kampania propagandowa pokazująca niebezpieczeństwa na szlaku migracyjnym i przedstawiająca rzeczywistość europejską jako mniej atrakcyjną.

Bieda, bezrobocie i brak perspektyw na poprawę sytuacji ekonomicznej skłaniają do emigracji nie tylko Tunezyjczyków, ale też mieszkańców innych krajów Afryki Północnej, choćby Maroka czy Algierii.

Z drugiej strony w regionie bezpośrednio graniczącym z Europą jest także ogromna rzesza ludzi, którzy są gotowi zaryzykować życie dla lepszego jutra nie tylko z powodów ekonomicznych. Poza milionami Syryjczyków, którzy po krwawej wojnie domowej egzystują w sąsiadującej Turcji, Libanie czy Jordanii, są to także wewnętrznie przesiedleni Irakijczycy, dotknięci wieloletnią działalnością tak zwanego Państwa Islamskiego i innych bojówek, do dziś destabilizujących sytuację w tym kraju.

Nie żal nam uchodźców. Niech wracają, skąd przyszli

– Jestem już zmęczony życiem tutaj. Nie mam żadnych praw, nie mogę zapewnić leczenia dla syna, który ma astmę. Ja po prostu chcę żyć z godnością – mówi Syryjczyk zamieszkujący od dziewięciu lat Zaatari – największy obóz dla uchodźców w Jordanii.

– Nie wiem, jak długo będę tu jeszcze musiał zostać. Jestem zmęczony wojną i życiem w ciągłym strachu. Zaryzykuję nawet śmierć dla mojej rodziny, sprzedam wszystko tu i w Syrii, nawet zabawki dzieci, żeby uzbierać pieniądze na podróż – dodaje.

Jego przykład pokazuje, że osoby, które cierpliwie czekały na zgodne z prawem rozwiązanie ich sytuacji i potencjalną relokację, są w zdecydowanie gorszej sytuacji niż ci, którzy podjęli ryzykowną podróż do Europy i dziś budują nowe życie w Niemczech czy Szwecji, mają pracę, a ich dzieci uczęszczają do szkół.

Nie powinno zatem dziwić, że tak wiele osób decyduje się na wykorzystanie nadarzającej się możliwości, gdy legalne drogi uzyskania statusu uchodźcy są de facto niedostępne, a życie w krajach Bliskiego Wschodu stało się jałową egzystencją, bez żadnych perspektyw na jej poprawę.

Zmiany środowiska przyrodniczego również mają istotny wpływ na procesy migracyjne.

– Nie chodzi o to, że młode pokolenia nie chcą zostać – mówi Mohamed, ojciec dwóch synów, którzy opuścili oazę Mahamid w południowym Maroku. Na skutek budowy tamy oraz farmy paneli słonecznych dostawy wody do oazy zostały znacząco ograniczone, czyniąc rolnictwo – podstawowe źródło utrzymania – niemożliwym. Mieszkańcy tych obszarów mierzą się z brakiem wody, degradacją szaty roślinnej, zasoleniem gleby i rozprzestrzenianiem się wydm – pustynnieniem.

– Z powodu zmian klimatycznych nie można już pracować w rolnictwie – wyjaśnia Mohamed. – Jeden rok jest dobry, a potem masz 5–10 lat suszy. Dlatego moi synowie tu nie zostaną.

Pomimo istnienia ram migracji uchodźczej od połowy XX wieku przez prawie trzy dekady nie miały one większego zastosowania w Europie. Główne przepływy migracyjne do czasu kryzysu paliwowego w 1973 roku i spowolnienia gospodarczego przebiegały nade wszystko kanałami migracji ekonomicznej, do której potrzebujące taniej siły roboczej państwa europejskie zachęcały, tworząc nawet specjalne agencje ściągające pracowników cudzoziemskich.

Gdy te dość łatwo dostępne ścieżki zaczęły być przymykane, pozostała jeszcze możliwość migrowania w ramach procedury łączenia rodzin.

W miarę stopniowego ograniczania możliwości migracji ekonomicznej coraz istotniejszą rolę zaczęły odgrywać migracje uchodźcze. Migranci docierający do Europy coraz częściej występowali o ochronę międzynarodową.

Należy przy tym pamiętać, że powodem takiej sytuacji było nie tylko przymykanie europejskich granic dla migracji zarobkowej, lecz także pogarszająca się sytuacja ekonomiczna i destabilizacja państw bliskowschodnich i Afryki Północnej. Po raz pierwszy na większą skalę procedury uchodźcze były wykorzystywane w latach 90. podczas wojny na Bałkanach (choć wcześniej zdarzało się to między innymi po rewolucji religijnej w Iranie czy wybuchu stanu wojennego w Polsce). W kolejnych dekadach ten typ imigracji zaczął odgrywać coraz istotniejszą rolę.

Słowa wyryte pod Statuą Wolności w Nowym Jorku – „Dajcie mi tylko swoich biednych tłumy całe, obejmę ich gościnnie mymi ramionami” (cytat z wiersza Emmy Lazarus Nowy Kolos w tłumaczeniu Wiktora J. Darasza) – przestały już być aktualne.

Kraje wysokorozwinięte, w tym kraje Unii Europejskiej, zamiast uchodźców i osób doświadczonych przez los chętniej – kierując się przede wszystkim interesem ekonomicznym – przyjmują osoby młode, cieszące się dobrym zdrowiem i mające kwalifikacje pożądane na krajowym rynku pracy.

Aktualna polityka UE, promująca przyjmowanie migrantów wysoko wykwalifikowanych jako najbardziej pożądanych, w naturalny sposób skutkuje sytuacją, w której wszyscy nieposiadający takich kwalifikacji będą poszukiwać innych kanałów dotarcia do UE, w tym migracji nieregularnej.

W Afryce Północnej wiedzą powszechną jest to, że ci z poszukiwanymi na rynku pracy kompetencjami i umiejętnościami mogą próbować migrować legalnie i dotrzeć do Europy samolotami rejsowymi. Całej reszcie pozostaje bardzo ryzykowna podróż przemytniczymi łodziami bądź pontonami przez morze.

Ci, którzy decydują się na taki sposób dotarcia do Europy, określani są w Afryce Północnej mianem Harraga, czyli „ci, którzy palą swoje dokumenty”. Robią to, żeby ukryć swoją tożsamość i w ten sposób wydłużyć procedurę rozpatrywania wniosków o ochronę międzynarodową, oddalając w czasie uruchomienie ewentualnej procedury przymusowego wydalenia. Daje to między innymi czas na podjęcie pracy, często w szarej strefie, i zgromadzenie środków, których w kraju pochodzenia nigdy by nie zarobili. Najczęściej takie osoby chcą migrować do pracy lub na studia, ale występują o ochronę międzynarodową, bo nie mają żadnej alternatywy.

Średnio jedynie co czwarta osoba (najczęściej mężczyźni) zostaje efektywnie wydalona z Unii Europejskiej. Zawarcie związku małżeńskiego z obywatelką (częściej) bądź obywatelem (rzadziej) kraju UE w czasach porewolucyjnych, gdy znacząco podupadł przemysł turystyczny w regionie, również nie należy do łatwych strategii migracyjnych.

Uchodźcy na greckiej granicy. Trochę jak przed I wojną światową – wszyscy wierzą, że kontrolują sytuację

Migracja nieregularna powoduje, że w krajach europejskich z coraz większą podejrzliwością patrzy się na osoby występujące o ochronę międzynarodową i nieposiadające dokumentów tożsamości. Nie trudno się domyślić, że na takiej sytuacji tracą najwięcej ci, którzy faktycznie mają podstawy do uzyskania statusu uchodźcy, a w obliczu braku innych kanałów dotarcia do Europy zwracają się do przemytników. Przy wyborze tych ostatnich jednym z najważniejszych kryteriów jest cena.

Białoruś zaproponowała w tym aspekcie „ofertę”, obok której bardzo trudno było przejść obojętnie.

Aleksander Łukaszenka, udzielając wiz białoruskich każdemu chętnemu (i posiadającemu odpowiednie środki finansowe), otworzył dla przeciętnego Irakijczyka czy Syryjczyka (żeby wymienić tylko dwie najliczniejsze grupy narodowe obecne na pograniczu białorusko-polskim) nieznane dotąd możliwości komfortowego przedostania się na obrzeża „lepszego świata”. Do tej pory musieli oni płacić przemytnikom o wiele więcej, nie mając szans na podróż samolotem ponad europejskimi granicami. „Oferta turystyczna” Łukaszenki jest o wiele tańszym i generalnie bezpieczniejszym wariantem przedostania się do Unii Europejskiej. Byłaby „prezentem” niemalże idealnym, gdyby nie zasieki, które stanęły na granicy.

Jeśli push-backi, czyli wypychanie cudzoziemców występujących o ochronę międzynarodową, były praktyką znaną, lecz raczej niestandardową, to od momentu pośpiesznej nowelizacji ustawy o cudzoziemcach i wprowadzenia stanu wyjątkowego na obszarze przygranicznym uzyskały wątpliwej jakości legitymację prawną i stały się de facto praktyką zinstytucjonalizowaną.

Warto tu wspomnieć, że praktyka ta jest stosowana od lat na wielu zewnętrznych granicach UE, w tym najwięcej na granicy Chorwacji z Bośnią i Hercegowiną. Mimo tych działań licząca ponad 400 km granica Polski z Białorusią nadal pozostała dziurawa i w ostatnich miesiącach tysiącom ludzi udało się przedostać do Niemiec i innych krajów Europy Zachodniej.

Przez Polskę do Niemiec. Czy uchodźcy będą odsyłani nad Wisłę?

O ponad 100 proc. wzrosła również liczba podań o ochronę składanych w Polsce – z 2800 osób, które wystąpiły o ochronę w 2020, do ponad 6 tysięcy do końca października tego roku. Te ostatnie statystyki uległy znaczącym zmianom z powodu relokacji Afgańczyków i udzielania statusu uchodźcy lub ochrony uzupełniającej Białorusinom prześladowanym przez Łukaszenkę.

Przy okazji otwarcia granic białoruskich dla napływu migracyjnego Aleksander Łukaszenka obnażył podwójne, janusowe wręcz oblicze europejskiej polityki migracyjnej. W tę ostatnią wpisane są bowiem wzajemnie wykluczające się cele: wzmacnianie „twierdzy Europa” i jednoczesna ochrona praw człowieka (przynajmniej na gruncie unijnym).

Unia tu nie pomoże. Na granicy z Białorusią PiS realizuje jej politykę

Z jednej strony UE eksternalizuje swoją politykę kontroli migracyjnej poprzez, między innymi, dotowanie autokratów w Egipcie i Turcji, by lepiej pilnowali swoich granic i nikomu nie pozwalali przedostać się do Europy, a z drugiej strony podkreśla wagę humanitaryzmu, pozostawiając sobie możliwości udzielania osobom spełniającym wymogi konwencji genewskiej jakiejś formy ochrony międzynarodowej.

Ostatecznie celem Brukseli jest jednak to, żeby jak najmniej liczna grupa takich osób mogła pojawić się na terytorium bądź przy granicach Unii Europejskiej. Gdyby nie represje skierowane przeciw białoruskiej opozycji, to Aleksander Łukaszenka z pewnością mógłby liczyć, podobne jak przed kilkoma laty, na kolejne miliony euro z Brukseli przeznaczone na wzmocnienie kontroli na granicach.

Bruksela ma prawa człowieka wysoko na sztandarach, ale żeby upewnić się, że kolejna znacząca liczba migrantów występujących o ochronę międzynarodową nie pojawi się na granicy UE, jest gotowa przymykać oko nawet na najgorsze przypadki łamania praw człowieka w krajach ościennych. Okazuje się zatem, że jedną z najlepiej sprawdzonych metod realizacji polityki migracyjnej w aspekcie uchodźczym jest eksternalizacja tego problemu.

Kryzys migracyjny na granicy polsko-białoruskiej ma oczywiście także bardzo istotny aspekt krajowy. Aleksander Łukaszenka sprawił swymi działaniami również nie lada prezent koalicji rządzącej.

Partia rządząca i jej koalicjanci doszli do władzy w 2015 roku między innymi dzięki tworzeniu paniki moralnej wokół napływu migracyjnego, który Polskę ominął szerokim łukiem. Pomimo to straszenie uchodźcami z Bliskiego Wschodu i Afryki weszło na stałe do repertuaru mobilizacyjnego wielu partii politycznych.

Ich politycy byli na tyle skuteczni w tej narracji, że gdy centrum badań opinii publicznej Ipsos Mori zapytał Polaków w 2016 roku o to, ilu mieszka w Polsce muzułmanów, to respondenci odpowiedzieli, że ponad 2,5 miliona, prognozując, że do roku 2020 13 proc. polskiego społeczeństwa ulegnie islamizacji. Tymczasem społeczność muzułmańska w Polsce przed pięciu laty i dzisiaj to wciąż około 40 tysięcy, czyli jakieś 0,1 proc. populacji kraju.

W kolejnych latach pogłębiano jedynie niechęć do uchodźców, a Paweł Kukiz i jego partyjni koledzy próbowali nawet zorganizować, na modłę węgierską, referendum w tej sprawie. Kandydat PiS na prezydenta Warszawy Patryk Jaki jeszcze w 2018 roku straszył napływem uchodźców, jeśli wybory samorządowe wygra PO.

Ponowne uczłowieczenie obywateli krajów Bliskiego Wschodu i Afryki występujących o ochronę międzynarodową w kontekście wielu lat antyuchodźczej retoryki nie będzie procesem łatwym. Z drugiej strony bez zmiany tej narracji oraz jakiejś formy porozumienia z Łukaszenką rządzącym bardzo trudno będzie rozwiązać kryzys na granicy. Zmiana retoryki byłaby z pewnością postrzegana przez twardy elektorat jako zdrada stanu. Ponadto ewentualne ustępstwa wobec reżimu Łukaszenki będą widziane z perspektywy białoruskiej opozycji w kategoriach „noża w plecy”.

Tymczasem w krajach Afryki Północnej pod naciskiem Unii Europejskiej następuje wzmocnienie mechanizmów kontroli granicznej. Przykładowo Tunezyjczycy skrupulatniej kontrolują, kto przeprawia się ze Safakisu na wyspy Karkana – popularne miejsce, skąd odbija wiele łodzi i pontonów na Lampedusę. Francja obniżyła również ostatnio liczbę wiz wydawanych obywatelom Tunezji, Algierii i Maroka w ramach sankcji za niewystarczającą współpracę w procedurach readmisji.

W ostatnich latach coraz wyraźniej zarysowuje się również zjawisko nieregularnej migracji dzieci. Od 2016 Włosi przyjęli w swoich hotspotach na Lampedusie oraz w Messinie, Pozzallo, Trapani i Taranto ponad 12 tys. niepełnoletnich migrantów. Ich liczba z roku na rok rośnie, jak donoszą raporty włoskiego Stowarzyszenia Studiów Prawniczych nad Migracją. W przeciwieństwie do dorosłych migrantów dzieci nie mogą być odsyłane.

W Tunezji natomiast media coraz częściej donoszą o sytuacjach, gdy dzieci grożą, iż targną się na własne życie, jeśli rodzice nie pomogą im w opłaceniu przemytników, którzy zorganizują ich przeprawę przez morze. W wyniku działań dyplomatycznych udało się, przynajmniej czasowo, utrudnić podróże lotnicze z niektórych państw bliskowschodnich do Mińska, co powinno wpłynąć na obniżenie liczby napływających tam Irakijczyków czy Syryjczyków.

Pomaganie migrantom na granicy stało się tabu [rozmowa]

Napływy migracyjne do UE będą się w przyszłości tylko zwiększać i nawet najbardziej efektywna eksternalizacja kontroli granic nie zdoła ich powstrzymać. Jak proroczo mówił przed trzema dekadami prezydent Senegalu Abdou Diouf: „Trzeba uważać, aby po zniknięciu antagonizmu Wschód–Zachód nie pojawił się poważniejszy i groźniejszy antagonizm Północ–Południe. Jutro możecie być zalani falą Afrykanów, których nędza popchnie do krajów Północy. I na próżno będziecie wymyślać ustawy antyimigracyjne: nie będziecie mogli powstrzymać tego napływu, nie można bowiem gołymi rękami powstrzymać oceanu”.

Europa to nie Australia, a i nawet tam nie do końca udaje się wdrażać politykę zgodną ze słynną sentencją premiera Johna Howarda: „To my zdecydujemy, kto przybywa do naszego kraju oraz na jakich warunkach”.

Bruksela musi gruntownie przemyśleć swoją politykę migracyjną, a Polska jako kraj graniczny powinna odgrywać bardzo aktywną i konstruktywną rolę w tych dyskusjach. To jedyny sposób na przeciwdziałanie przyszłym kryzysom migracyjnym podobnym do tego, jaki obserwujemy na granicy z Białorusią.

Nie można się jednak łudzić, że uda się znaleźć idealny środek na rozwiązanie tej sytuacji. Jedynie współpraca państw europejskich, wykorzystanie wspólnego potencjału dyplomatycznego i pomocy rozwojowej, a także odejście od polityki humanitaryzmu jedynie na sztandarach, przy jednoczesnym cynicznym wspieraniu dyktatorów w utrzymywaniu uchodźców jak najdalej od terytorium UE, może uchronić nas w przyszłości przed znacznie większymi kryzysami migracyjnymi.

***

Konrad Pędziwiatr – profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, pomysłodawca i koordynator Obserwatorium Wielokulturowości i Migracji. Badacz w Centrum Zaawansowanych Badań Ludnościowych i Religijnych (CASPAR UEK) i współpracownik Ośrodka Badań nad Migracjami (UW). Autor licznych publikacji na temat migracji, religii i etniczności w procesach migracyjnych, islamu i muzułmanów w Europie oraz polityzacji islamu w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Afryce.

Dominik Wach – politolog specjalizujący się w tematyce migracyjnej, integracyjnej i bliskowschodniej. Współpracownik Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego.

Karolina Sobczak-Szelc – badaczka w Ośrodku Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego i członkini IMISCOE (International Migration, Integration and Social Cohesion in Europe), IASFM (International Association for the Study of Forced Migration), PERN (Population-Environment Research Network) oraz EuroMedMig (Euro-Mediterranean Research Network on Migration).

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij