Świat

Globalna Północ wywołała kryzys klimatyczny. To ona musi zapłacić

Dziś już wiemy: nieuchronnych konsekwencji załamania klimatu część ludzi w najbiedniejszych krajach świata nie przeżyje. Część ich infrastruktury (czytaj: domy, szkoły, szpitale) ulegnie zniszczeniu. To bogaty świat tak urządził mieszkańców globalnego Południa. Co z tym zrobimy?

W 2019 roku wieś Blutusa Mbambiego nawiedziła susza. Przez WhatsAppa opowiada mi z Lusaki, że nagle jego rodzina musiała zacząć chodzić 12 kilometrów po wodę. „Praktycznie straciłem przyjaciół. Prawie przestałem chodzić do szkoły z powodu problemów klimatycznych, których doświadczaliśmy. Większość społeczności przenosiła się z jednego miejsca na drugie w poszukiwaniu pożywienia” – mówi.

„Kiedyś wystarczała przyroda, byśmy mogli się wyżywić” – dodaje. Ale w przyrodzie brakowało żywności i wody. Od tego czasu, relacjonuje Mbambi, „ludzie opuścili te tereny, bo nie pada tam deszcz. Nie można uprawiać roli. Przeprowadziliśmy się 65 kilometrów dalej”.

Czego nie mają dzieci i ryby? Nadziei na przetrwanie katastrofy klimatycznej

Rodzina Mbambiego, pochodząca z północnego zachodu Zambii, spod granicy z Demokratyczną Republiką Konga, przeniosła się do małej miejscowości Lufwanyama. Ale życie było tam ciężkie. „Czuliśmy się źle” – stwierdza mój rozmówca.

Klimatyczne zagrożenie życia

Mbambiemu udało się dostać na uniwersytet. Chciał studiować medycynę sądową, ale susze sprawiły, że zmienił plany. Teraz uczy się o systemach zarządzania środowiskiem i polityce klimatycznej. Jest też jednym z czołowych członków sieci około tysiąca młodych ludzi w kraju – jak mi opowiada – którzy mobilizują się przeciwko zmianie klimatu. Współzałożył nową organizację pozarządową o nazwie Centre for Climate Change Action. Należy też do globalnego ruchu Fridays for Future [Piątki dla Przyszłości].

Kryzys klimatyczny już teraz mocno godzi w Zambię. „Doświadczamy wzrostu temperatur, susz, powodzi, zmniejszenia opadów – czyli zmian wzorców pogodowych. Jest październik, ale temperatura wciąż rośnie” – relacjonuje Mbambi.

Razem albo wcale. Cały świat i Polska strajkują dla klimatu

Ponieważ 22 proc. Zambijczyków zajmuje się rolnictwem, prognozy, że zmiana klimatu doprowadzi do znaczącego spadku plonów, stanowią groźbę dla ich utrzymania. Wielu, jak rodzina Blutusa Mbambiego, będzie musiało się przenieść. Biedni zbiednieją, a sytuacja słabszych stanie się jeszcze mniej stabilna.

Zambia przyczynia się do zmiany klimatu głównie za sprawą wylesiania i rolnictwa. Pewną rolę odgrywa też spory sektor wydobywczy w pasie miedzionośnym na północy kraju. Jak na ironię, ponieważ większość energii elektrycznej pochodzi tam z hydroelektrowni, susze skutkują brakiem prądu, co popycha kraj w stronę energetyki opartej na ropie.

W grudniu zeszłego roku rząd zambijski złożył swoje najnowsze zobowiązanie ograniczenia emisji – tak zwany wkład krajowy do porozumienia paryskiego. Władze zadeklarowały, że zmniejszą emisje gazów cieplarnianych o 25 proc. do 2030 roku, jeśli poziom wsparcia międzynarodowego pozostanie taki sam jak w 2015 roku, albo o 47 proc., jeśli kraj otrzyma znaczne wsparcie międzynarodowe.

Demonstracja podczas szczytu klimatycznego COP24 w Katowicach. Fot. Jakub Szafrański

Zielone Łady dla wszystkich

Kiedy pytam Mbambiego, co będzie go szczególnie interesowało na konferencji COP26 w Glasgow, mówi o dwóch tematach: finansowaniu klimatycznym oraz tak zwanych „stratach i szkodach”.

Finansowanie klimatyczne, ważny wątek negocjacji, obejmuje przepływ funduszy z globalnej Północy na globalne Południe jako pomoc w przejściu na gospodarkę niskowęglową i przystosowaniu do nieuniknionych skutków zmiany klimatu. Negocjacje na temat strat i szkód skupią się na tym, że niektórych, dziś już nieuchronnych konsekwencji załamania klimatu część ludzi nie przetrwa. Dojdzie do straty życia ludzi i szkód w najważniejszej infrastrukturze, takiej jak domy i szkoły. To my, bogaty świat, tak urządziliśmy mieszkańców globalnego Południa. Co z tym zrobimy?

Początek antropocenu: podboje, kolonizacja, niewolnictwo

czytaj także

Działacze klimatyczni z Europy i Ameryki Północnej często wzywają do zaprowadzenia Zielonego Ładu na poziomie własnego regionu. Oczywiście słusznie. Jednak przejście na gospodarkę całkowicie wolną od emisji związków węgla będzie wymagać znaczących inwestycji państwowych. Poza tym kraje globalnego Południa często przypominają, że im też potrzeba własnych Zielonych Ładów. Jednak w przeciwieństwie do byłych mocarstw kolonialnych same ich nie sfinansują.

Na wirtualnym szczycie Leaders’ Dialogue na temat kryzysu covidowo-klimatycznego w Afryce w kwietniu 2021 roku przywódcy afrykańscy dyskutowali o bliźniaczych skutkach pandemii i zmiany klimatu dla kontynentu. „Afryka odpowiada za 3 proc. emisji globalnych, a jednak jako kontynent […] już płacimy za nie najwyższą cenę” – ogłosił prezydent Gabonu Ali Bongo Ondimba.

„Każdego dnia burze zdają się bardziej gwałtowne, powodzie częstsze, a susze ostrzejsze. […] Pola nie obradzają. Ludzie są zmuszeni opuszczać domostwa, stają się uchodźcami klimatycznymi” – dodał Ondimba. „Rośnie poziom mórz, grożąc zatopieniem miast. […] Oceany kwaśnieją, a ziemie uprawne są zasolone, co powoduje kolejne zagrożenia dla bezpieczeństwa żywnościowego”.

Bogatsze kraje teoretycznie już przyrzekły wziąć znaczny udział w finansowaniu klimatycznym. W 2009 roku zgodziły się na cele tego finansowania, między innymi doroczną wpłatę 100 miliardów dolarów w latach 2020–2025. W ubiegłym miesiącu Oxfam przeanalizował aktualne zobowiązania i odkrył, że kraje bogate w rzeczywistości wpłacą 75 miliardów dolarów mniej względem początkowych obietnic.

Zambia jest w większym stopniu ofiarą zmiany klimatycznej niż jej sprawczynią. Emisje tego kraju wynoszą 0,4 tony na osobę rocznie. Przeciętny obywatel USA odpowiada zaś za 16 ton [w Polsce średnia emisja na osobę wynosi nieco ponad 8 ton – przyp. red]. I chociaż – pod warunkiem, że zostaną zrealizowane odpowiednie inwestycje – poradzenie sobie z częścią skutków zmiany klimatu dla krajów takich jak Zambia będzie możliwe, do tego, co nadchodzi, nie można się tak po prostu dostosować.

Delegatki Indonezji na szczycie klimatycznym COP24 w Katowicach. Fot. Jakub Szafrański

Tu zaczyna się temat strat i szkód. Jeśli pierwszym filarem negocjacji w sprawie zmian klimatu jest minimalizacja szkód, to w jaki sposób możemy wspólnie zatrzymać emisje związków węgla? Jeśli drugim jest adaptacja, to jak możemy zmienić swoje życie, by radzić sobie ze zmianą klimatu? Trzeci filar stanowią straty i szkody – kwestia podnoszona już w latach 90., która dziś robi się coraz pilniejsza, szczególnie dla małych państw wyspiarskich.

Skutki kolonialnego spustoszenia

Do 1890 roku ludzie mieszkający na terenach dzisiejszej Zambii zrzeszali się w różne cywilizacje, mówiące różnymi językami, posiadające różne historie i sposoby bycia. W kolejnej dekadzie obszar ten dostał się pod panowanie Brytyjskiej Kompanii Południowoafrykańskiej Cecila Rhodesa, częściowo za sprawą brutalnego podboju zbrojnego, a częściowo poprzez umowę króla Barotselandu Lewaniki, podpisaną dla ochrony przed Portugalczykami.

Do lat 60. XX wieku pomimo znacznych złóż minerałów kraj ten traktowano jako potrójnie peryferyjny. Znajdował się na kresach Rodezji Południowej (dziś: Zimbabwe), która sama leżała na skraju Kolonii Przylądkowej (dziś: RPA), a ta ostatnia oczywiście stanowiła peryferie Imperium Brytyjskiego.

Cena życia w znikającym państwie

czytaj także

Przez zaledwie 70 lat Zambia przeszła dezorientujący serię zjednoczeń i podziałów. Traktowano ją raczej jak filię firmy niż ludzkie społeczeństwo. Brytyjskie protektoraty Barotziland – Rodezję Północno-Zachodnią i Rodezję Północno-Wschodnią połączono w Rodezję Północną, którą z kolei przyłączono do Federacji Rodezji i Niasy, znanej też jako Federacja Środkowoafrykańska. Wreszcie, w 1964 roku Zambia zdobyła niepodległość. Do 1991 roku rządził nią przywódca, który do tego doprowadził: Kenneth Kaunda.

Jednak tak jak w przypadku wielu kolonii gospodarkę Zambii zbudowano w celu eksploatacji minerałów, a nie budowania krajowego bogactwa. Opierała się na eksporcie miedzi. W 1970 roku cena miedzi na globalnym rynku gwałtownie runęła. A Zambia nie była jedynym świeżo niepodległym krajem o dużych złożach minerałów: grupa państw posiadających w sumie dużą część ropy naftowej świata utworzyła OPEC, windując ceny ropy.

Tak jak u większości innych krajów pozbawionych dużych złóż ropy, dług Zambii w zachodnich bankach rósł: z 800 milionów dolarów do 3,2 miliarda. Wreszcie Międzynarodowy Fundusz Walutowy spłacił zadłużenie Zambii w bankach, ale wymusił na niej program liberalizacji ekonomicznej, który okaleczył jej gospodarkę.

Ruinę gospodarczą kraju widać w emisjach związków węgla. Spadły one z 0,9 tony per capita w 1970 roku do 0,3 tony per capita w 1990 roku. To ponura opowieść o zubożeniu. W latach 1990–2003 spadły płace, wzrosła śmiertelność dzieci, zmniejszyła się oczekiwana długość życia, a liczba ludzi żyjących za mniej niż 2 dolary dziennie podniosła się z 6 milionów w 1991 roku (75 proc. populacji) do ponad 9 milionów w 2003 roku (85 proc. populacji).

W 2005 roku, po sukcesach Jubilee Debt Campaign, Zambii umorzono około 4 miliardów dolarów długu. Wreszcie udało jej się rozwinąć gospodarkę. Emisje związków węgla zaczęły więc rosnąć.

Wyścig do dna

W sierpniu fasadowo socjaldemokratyczna partia Front Patriotyczny straciła stanowisko prezydenta na rzecz centroliberalnej Zjednoczonej Partii Rozwoju Narodowego. Nowy prezydent, zamożny biznesmen Hakainde Hichilema, w odezwie inauguracyjnej przysiągł „wprowadzić ambitny plan inwestycji energetycznych, by zwiększyć podaż energii elektrycznej i poszerzyć miks energetyczny […] wprowadzić odpowiednie środowisko prawne, zachęcające do prywatnych inwestycji w wytwarzanie, przesyłanie, dystrybucję i sprzedaż detaliczną” prądu. Obiecał też „dążyć do tego […] by Zambia odzyskała swoją pozycję wśród czołowych krajów górniczych Afryki”.

Dodał: „W planie rozwoju musimy zapewnić równowagę ekologiczną i inkluzywność. Musimy łagodzić zmianę klimatu i dążyć do budowy zielonej gospodarki”.

Przed swoją poprzednią kampanią w 2014 roku Hichilema na Twitterze wsparł kampanię przeciwko odkrywkowej kopalni cyny w Parku Narodowym Dolnej Zambezi. Ostatnio jednak mniej odzywa się na temat podobnych kwestii – daje mi znać Blutus Mbambi.

Monbiot: Kapitalizm to pożar, który trawi cały świat

Jak dotychczas Mbambi jest zadowolony z nowych władz. „Za poprzedniego rządu było dużo korupcji, wysokie bezrobocie – żeby dostać pracę, trzeba było dać łapówkę. Było ciężko”. Aktywista dodaje na temat zmiany klimatycznej: „Wiele spośród polityk poprzedniego rządu sprawdzało się na papierze, ale w terenie nie było widać efektów”.

Nowy rząd zgodził się przyjąć kilka punktów proponowanych przez ruch młodzieżowy, do którego należy Mbambi. Aktywista jest jednak sceptyczny: „Będziemy się przyglądać. Politycy najczęściej tylko obiecują. Minął dopiero miesiąc od objęcia stanowisk. Zobaczymy”.

Po wysłuchaniu wystąpienia prezydenta Hichilemy w dyskusji panelowej z grupą byłych ambasadorów Stanów Zjednoczonych sceptycyzm Mbambiego zdaje się uzasadniony. Hichilema brzmiał jak każdy zamożny człowiek, który sądzi, że jego kraj może się wzbogacić, grając zgodnie z zasadami międzynarodowego kapitalizmu. Swoje uwagi okrasił kilkoma „ekologicznymi” hasłami. Problem polega na tym, że międzynarodowy kapitalizm to przecież po prostu wyścig do dna.

**
Adam Ramsay jest redaktorem magazynu openDemocracy. Należy do Szkockiej Partii Zielonych. Na Twitterze: @adamramsay.

Artykuł opublikowany w magazynie openDemocracy na licencji Creative Commons. Z angielskiego przełożyła Aleksandra Paszkowska.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij