Nauka, Serwis klimatyczny

Jak neoliberalizm zniszczył energetykę jądrową

Fot. David Gaz/Flickr.com

System energetyczny rządzi się bezlitosnymi prawami fizyki, które sprawiają, że bez niskoemisyjnych źródeł pracujących stabilnie i niezależnie od pogody będziemy zmuszeni uzależnić się od dostaw gazu. Komentarz Urszuli Kuczyńskiej po ostatniej edycji „Spięcia”.

Debata publiczna wokół atomu omija sedno problemu. O konieczności wykorzystania atomu do głębokiej dekarbonizacji gospodarek jasno wypowiedział się IPCC. W jego raporcie scenariusze bezatomowe to margines. Wypadają najgorzej pod względem finansowym, dekarbonizacyjnej skuteczności i wpływu na przyrodę. O uwzględnienie atomu w krajowych miksach energetycznych w erze katastrofy klimatycznej głośno apeluje też szef IEA. Ostatni raport IEA i NEI wskazuje, że w najbliższej dekadzie będzie to źródło systemowo najtańsze.

W USA nastąpił przełom: Nowy Zielony Ład – plan gospodarczy w rooseveltowskim duchu – uwzględnia atom. Elektrownie jądrowe budują m.in. Chiny, Indie i Bangladesz. Pełną parą idą prace na Słowacji, w Wielkiej Brytanii, Finlandii, Francji i na Węgrzech. Do planów budowy wracają Rumunia i Holandia, przygotowują się Egipt, Uganda, Rwanda i Ghana.

Oczywiście, nadal będą powstawać raporty straszące wodą z Fukushimy o radioaktywności równej paczce czipsów. Nadal głośni będą ludzie robiący karierę na szukaniu poczarnobylskiego cezu we francuskich grzybach. Jesteśmy jednak już wystarczająco dobrze wyposażeni w wiedzę, żeby dać tej dezinformacji odpór.

Czarnobyl jako głupota systemowa. Ocali nas tylko nauka

Do tego, w czym tkwi sedno okołoatomowej dyskusji, dochodziłam etapami. Pierwszym był serial Czarnobyl. Kiedy zna się raporty UNSCEAR i ustalenia WHO z 2016 o skutkach Czarnobyla, to rozumie się oczywistość, którą tłumaczył sam twórca: że to serial nie o energetyce jądrowej, ale o systemie władzy, którego przerażającą ślepotę i słabość katastrofa ujawniła. Wiecie, że w Ukrainie poparcie społeczne dla dalszego rozwoju energetyki jądrowej wynosi 93 proc.? 93 proc.!

Tymczasem na przestrzeni pięciu dekad funkcjonowania energetyki jądrowej w Europie Zachodniej nikomu z jej powodu nie spadł z głowy żaden włos, a jednak w dobie egzystencjalnego zagrożenia, jakim jest kryzys klimatyczny, Niemcy likwidują elektrownie jądrowe, podłączając do systemu nową jednostkę węglową i ciągnąc rosyjski gaz. Twierdzą, że to „tylko na chwilę”, i obiecują przełom technologiczny w magazynowaniu energii oraz produkcję wodoru, gdy tymczasem każda taka chwila i każda tona wyemitowanego do atmosfery CO2 pogłębia cywilizacyjny problem, przed którym stoimy jako ludzkość.

– Nie mogę tej straty odżałować – mówiła mi w wywiadzie Britta Augustin, założycielka niemieckiego oddziału globalnej organizacji Mothers4Nuclear. – Gdyby Niemcy nie postanowiły wyłączyć wszystkich swoich reaktorów, ten las mógłby tam nadal rosnąć i produkować tlen. Moje dzieci mogłyby z jego dobrodziejstw i jego bliskości korzystać. Wycięto go, wycięto ogromne połacie lasu, by postawić wiatraki.

Dwa reaktory elektrowni jądrowej w Philippsburgu (ostatni wyłączono 31 grudnia 2019 roku) zajmowały raptem 1,5 ha terenu i produkowały tyle samo energii co wszystkie farmy wiatrowe Danii razem wzięte. Niemiecki ruch ekologiczny w postaci partii Zielonych doszedł właśnie do ściany: zderzył się z niemiecką miłością do heimatu, bo okazało się, że w istocie ten heimat i jego przyrodę niszczy. Skutki odchodzenia od atomu zaczynają przebijać się do społecznej świadomości.

Opcja atomowa byłaby najbardziej ekologiczna i ekonomiczna

czytaj także

Dlaczego zachodni Europejczycy tak bardzo przestraszyli się energii jądrowej? Dlaczego nie przestraszyli się jej Ukraińcy? Szukając odpowiedzi, docieram do dr Anny Veroniki Wendland z Ośrodka Badań nad Europą Środkową i Wschodnią Instytutu Herdera w Marburgu. Doktor Wendland jest historyczką idei. Trafiła na stypendium do Kijowa zaledwie kilka lat po katastrofie w Czarnobylu.

– Jako lewicowa aktywistka miałam wówczas na koncie historię antyjądrowego aktywizmu w rodzinnych Niemczech – wyznała mi w wywiadzie dla Girls Gone Tech. – Stanęłam przed bramą elektrowni w Czarnobylu i pomyślałam, że muszę to zrozumieć. Nie samą awarię, ale czym był i jest atom dla Polesia, dla Ukrainy i szerzej – dla Europy Środkowo-Wschodniej, w tym dla byłej NRD.

Wiosną 2021 ukaże się jej praca habilitacyjna będąca wynikiem 10 lat badań nad energetyką jądrową w Europie Wschodniej. Od momentu ogłoszenia przez Angelę Merkel Atomausstieg, czyli niemieckiego wyjścia z atomu, Wendland konsekwentnie wypowiada się o tej decyzji krytycznie.

Doktor Wendland wyjaśnia, że atom – pomimo całego bagażu radzieckiej okupacji – pozostał w wyobraźni Ukraińców częścią szeroko zakrojonego projektu modernizacyjnego, jakiemu poddano tereny Polesia w epoce ZSRR. Mimo Czarnobyla w głowach Ukraińców atom pozostał po prostu jednym z zastosowanych w celu poprawy jakości życia narzędzi. 15 działających reaktorów zapewnia im też dzisiaj pewien stopień niezależności energetycznej od szantażującej cenami gazu Rosji. Po wybuchu wojny na Donbasie Ukraińcy zmienili dostawcę paliwa do swoich elektrowni jądrowych i choć te budowano w radzieckiej technologii, paliwo dostarcza im teraz amerykański Westinghouse.

– Atomu nie dałoby się Europejczykom zohydzić, gdyby nie to, że energetykę jądrową ustawiono w wyobraźni społecznej w roli „innego” i „obcego”; czegoś niezrozumiałego, oderwanego od człowieka i natury, oddzielonego od niej ścianami z żelbetonu i płotem z napisem „wstęp wzbroniony” – uważa Wendland.

Innymi słowy, na Zachodzie ludzie w pewnym momencie przestali rozumieć, czym i po co atom jest. To wyjaśnia paradoks, z którym w debacie publicznej nie są w stanie uporać się specjaliści i eksperci z zakresu energetyki. Energetyka jądrowa jest tą „gorszą” i „podejrzaną” bez względu na to, ile dowodów na jej bezpieczeństwo przedstawią (a ma najniższy wskaźnik śmiertelności na jednostkę wyprodukowanej energii i dla całej długości cyklu życia wraz ze składowaniem odpadów), bez względu na ilość zanieczyszczeń i CO2 wtłaczanych do atmosfery ze spalania węgla brunatnego i gazu ziemnego, na straty w bioróżnorodności spowodowane energetycznym wykorzystaniem biomasy czy problemy etyczne związane z wielkoskalowym użyciem paneli PV i turbin wiatrowych. Pozostaje „obca” i „inna”, choć opiera się na procesach zachodzących w przyrodzie i we wnętrzu naszych ciał. Wyobraźnia społeczna każe wobec „inności” i „obcości” pozostać nieufnym, nawet postępowym środowiskom lewicy.

– To też głęboko konserwatywny ruch – tłumaczy Wendland. – Zachodnioeuropejski sprzeciw wobec atomu to reakcja na modernistyczne myślenie o człowieku i naturze, które widziałam w Ukrainie; to pragnienie powrotu do tego, co już było, choć tego, co było, dawno przecież nie ma.

Wendland dodaje coś, co pomaga mi zrozumieć rozkład głosów dotyczących atomu w różnych środowiskach politycznych, reprezentowanych w ostatniej edycji Spięcia. Elektrownie jądrowe we Francji stawiali gaulliści. Chcieli dla kraju maksymalnej niezależności energetycznej. Kontekstem był światowy kryzys naftowy i mocarstwowy interes Paryża. Planem Messmera, tj. programem rozwoju energetyki jądrowej, osiągnęli nie tylko swoje założenie, ale i o wiele więcej. Francja ma jeden z najmniej emisyjnych sektorów energetyki w Europie.

Atom: panika moralna zamiast polityki

czytaj także

– A zobacz, kto stawiał elektrownie jądrowe w zachodnich Niemczech – zwraca mi uwagę Wendland. – Robiły to socjaldemokracje. Chciały postępu, ale i równiejszego rozłożenia jego owoców w społeczeństwie. Potem – wraz z falą zwycięstw frakcji konserwatywnych i liberalnych w europejskich parlamentach – nastał zmierzch atomu w tej części kontynentu. Nie bez kozery zbiegło się to w czasie ze wzrostem znaczenia tej opowieści o „powrocie do natury”. To przez nią, choć stoimy w obliczu katastrofy klimatycznej, niemieccy Zieloni przychylniej patrzą na rosyjski gaz niż na bezemisyjny atom. Jest w tym głęboka nieufność wobec zdobyczy nauki.

Jest tam też coś więcej, co uzmysłowił mi przypadkowo wysłuchany fragment audycji Radia Nowy Świat. Prowadzący rozmawiał z polskim naukowcem o hodowli „mięsa” ze szpinaku, zaproszony gość opowiadał o wykorzystaniu bioreaktorów.

– Kiedy będę mógł kupić takie urządzenie i postawić w kuchni? – zapytał.

– Zaskoczył mnie pan tym pytaniem – wyznał rozmówca, który być może właśnie – jak ja – zastanawiał się, czy pan redaktor dolewane do kawy mleko bierze od krowy trzymanej gdzieś pod stołem.

Po latach dominacji neoliberalnego dyskursu gospodarczego nie ma w pytaniu prowadzącego audycję nic dziwnego. Jako receptę na zanieczyszczenie powietrza samochodowymi spalinami przedstawia nam się elektryfikację prywatnych aut, a nie rozbudowę sieci transportu szynowego. Jako rozwiązanie problemu zanieczyszczenia z ogrzewania indywidualnego – wymianę pieców zamiast upowszechnienia sieci ciepłowniczej na terenach miejskich i podmiejskich.

Naturalne więc, że liberalny gospodarczo umysł ochoczo podchwyci pomysł na samodzielną produkcję energii elektrycznej z zamontowanego na dachu panelu PV, do którego inni – co zainstalować takiego nie mogą – będą zmuszeni dorzucić się dwukrotnie: raz z własnych podatków, w formie bezpośredniej dopłaty z rządowego programu Mój prąd, i drugi – w formie własnego rachunku za energię. Ten uwzględnia przecież m.in. instalację rezerwy systemowej tak, żeby posiadacz panelu i dachu miał dostęp do energii elektrycznej również w nocy. Na możliwość oszczędzania energii przez najbogatszych składają się najubożsi.

Zaspaliśmy na atom

czytaj także

Zaspaliśmy na atom

Paweł Musiałek, Michał Wojtyło

Jest w odrzuceniu atomu nie tylko niechęć do rozwiązania realnego i narastającego problemu, jakim jest kryzys klimatyczny, ale i głęboka nieufność wobec wypracowanych przez ludzkość złożonych systemów podtrzymujących funkcjonowanie naszej cywilizacji. Jest w nim też jeszcze głębsza niewiara w sens tego, co duże i wspólne.

To nie sama elektrownia jądrowa jest cywilizacyjną zdobyczą. Zdobyczą cywilizacyjną jest system energetyczny, który zapewnia nam nieprzerwane dostawy prądu niezależnie od pory dnia, nocy i warunków pogodowych. Ta zdobycz, budowana przez pokolenia, składa się z wielu elementów. Tak jak system ochrony zdrowia jest czymś więcej niż liczbą stojących w danym kraju szpitali, tak system energetyczny to nie to samo co ilość postawionych w nim wiatraków. Ma swoje historyczne i praktyczne uwarunkowania, rządzi się bezlitosnymi prawami fizyki, które sprawiają, że bez niskoemisyjnych źródeł pracujących stabilnie i niezależnie od pogody będziemy zmuszeni uzależnić się od dostaw gazu. Mityczny, technologiczny przełom w magazynowaniu nastąpi albo nie, a my w międzyczasie – zamiast uczyć się na cudzych błędach – powtórzymy je w komplecie, dokładając naszą cegiełkę do dręczących nas już dzisiaj w Polsce susz, nawałnic i upałów, ze smutkiem twierdząc, że jest za późno, aby uniknąć najgorszego.

Napisałam kiedyś, że to neoliberalizm zniszczył atom. Wciąż tak uważam – zarówno na poziomie faktycznym, jak i na poziomie wyobraźni społecznej. Jeśli wierzymy, że razem już nic nie można, że wspólnie nic się nie uda, że nie warto korzystać z efektu skali, by zagwarantować dostęp do taniej energii każdemu, a nie tylko właścicielom dachów; jeśli wierzymy, że nie jesteśmy w stanie udźwignąć realizacji skomplikowanych i długowiecznych projektów infrastrukturalnych, które posłużą i nam, i przyszłym pokoleniom – to może faktycznie najgorszego uniknąć nie jesteśmy w stanie.

Dziwi tylko, że takie głosy wciąż dochodzą z lewej strony sceny politycznej, bo przecież lewica znaczy wspólnie i dla korzyści wszystkich – nie tylko tych, których stać na niezależność energetyczną, i inwestorów stawiających na szczodrze dotowane OZE i liczących na sowity, krótkoterminowy zysk.

**
Urszula Kuczyńska jest absolwentką lingwistyki stosowanej na UW, studiów z zakresu języka chińskiego i kultury Chin na Zhejiang University of Technology oraz studiów podyplomowych w Kolegium Gospodarki Światowej przy warszawskiej SGH.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij