Kultura, Nauka

„Chciałabym, żebyśmy wzięli od Marii Janion wszystko”

Czytam wspomnienia po Janion i irytuję się z każdym komentarzem, który mówi: „Ach, przestańcie ją zagarniać na te wasze polityczne wojenki, już dość o tym LGBT, to była Wielka Humanistka”.


Bywają takie osoby, o których mówimy, że będą trwały wiecznie, bo ich istnienie gwarantuje nam względny spokój; wydaje nam się, że bez nich nadejdą jakieś apokaliptyczne zdarzenia, nieodwracalne zmiany. Jest to lęk absolutnie fałszywy. Staruszek nadal podwiązuje pomidory, a kobiety chodzą pod parasolkami. Nic się nie dzieje.

Początek studiów, polonistyka na UJ. Studentka pierwszego czy drugiego roku tego kierunku dostaje do przeczytania dwieście książek rocznie, na dodatek nie potrafi jeszcze w tym wieku myśleć syntetycznie, więc całą swoją energię przekierowuje na siedzenie w bibliotekach, na mrówczą pracę, której znaczenia nie rozumie. Chłonie, a nie wchłania, widzi, ale nie potrafi niczego zobaczyć.

To oczywiście o mnie. Nie umiałam myśleć procesami, nie widziałam ludzi w twórcach czy twórczyniach, a zjawiska polityczne odczytywałam przez bezpiecznie zmieloną papkę czytelniczki pewnej znanej szeroko liberalnej gazety środka. Maria Janion jest wtedy kolejnym nazwiskiem w książkach, nazwiskiem ważnym, nawet takim, które staje się momentami bardzo istotne, jest w końcu badaczką romantyzmu, a ja romantyzm cenię – wydaje mi się nieoczywisty, ciekawy, mniej płaski niż inne epoki.

Kiedy stykam się z krakowskimi badaczami, z prof. Szturcem, który uczy odczytywania mitów i zalążków przekrojowego myślenia, i prof. Iwoną Węgrzyn, na której zajęciach próbujemy uchwycić migotliwość różnych zjawisk, coś mi się tam uruchamia, zaczynam rozumieć. Ale kiedy piszę pracę o Krasińskim i korzystam z prac Janion, robię dokładnie to samo co z wszystkimi innymi książkami wcześniej: za dużo ich czytam, przebijam się przez setki listów do Delfiny Potockiej właściwie tylko po to, żeby stworzyć coś na kształt płaskiej analizy pozbawionej jakiejkolwiek treści. Myślę, że przeznaczam wtedy jakieś 80 proc. swojego czasu na czytanie. I nic wtedy z tego nie wynika.

To jest moment, w którym „Wysokie Obcasy” budują symetrię pomiędzy anty- i feministkami. Sama jako Rozsądna Osoba umieszczam się dokładnie w jej środku. I pamiętam, że opatulona tym naręczem bezpiecznych osądów, kiedy słyszę od znajomej identyfikującej się jako feministka: „Słuchaj, sama zobacz, chodź na naszą demonstrację! To wygląda tak, że stoimy i coś krzyczymy, będzie nas jakieś 12, a z naprzeciwka będą leciały jajka” – to myślę o niej jako osobie szalonej. Takie spędzanie czasu nie leży w rozkładzie dnia Rozsądnej Osoby zainteresowanej humanistyką.

Mogłaby się tu pojawić teraz wzruszająca historia o tym, że następnie czytam Kobiety i duch inności i biegnę na Manifę, ale to nieprawda. Feminizm mnie interesuje jako zagadnienie naukowe, które mogłabym zgłębić punkt po punkcie, przeczytać z analitycznym dystansem listę jakichś lektur. I wtedy ta znajoma mówi coś w stylu: „To wspaniałe, że mamy taką sojuszniczkę jak Maria Janion. Ona nasz bastion, nasza legitymizacja i ostoja w tej Warszawie, dzięki niej tu jakoś funkcjonujemy”. I jest to dla mnie najdziwniejsze zdanie, jakie można wtedy wypowiedzieć.

Na pierwszą w życiu Manifę pójdę pięć lat później, a organizować będę ją po raz pierwszy osiem lat później. Ale już wtedy zostaje mi w środku jakaś zadra, której nie mogę zdefiniować.

Pewnie bierze się ona stąd, że jestem wychowywana przez UJ w duchu, że literatura to rodzaj świętości. Moje synapsy nie potrafią nadrobić tego przejścia z Wielkiego Autorytetu Literackiego do hałaśliwej ulicy, która się czegoś domaga. Ale Kobiety i duch inności faktycznie czytam pewnie mniej więcej w tym czasie, wstyd się przyznać, jak późno, wcześniej znam pewnie fragmenty tekstów, które pasują mi do jakiejś pracy. I trochę nie mogę uwierzyć, jak to jest możliwe, że praca naukowa może być deklaratywna, polityczna i nadal być częścią humanistyki.

Słyszę niemal na każdych zajęciach, że to dwie różne rzeczy, właściwie dziś mam przekonanie, że cały wysiłek szedł wtedy w ich oddzielenie, bo w końcu tak, nawet rozmowa o stylistyce, języku jest totalnie przezroczysta, a nazwisko „tych feministek z Warszawy” pojawia się często w asyście zaznaczonego dystansu. I nie, nie jest to nawet dystans do feminizmu jako idei, ale wszystko, co polityczne, sprawia, że osoba zajmująca się nauką się ośmiesza. Przestaje być wiarygodna. Na akademii bowiem również króluje Rozsądek, może trochę w mniej wulgarnym wydaniu niż w mainstreamowych mediach, ale jest oczywistym punktem odniesienia.

Potem jeszcze chwilkę zajmuję się kobietami, pisząc filmoznawczą magisterkę, której podmiotem są postacie polskiej szkoły filmowej. Korzystam z prac Janion jako klucza, który pomaga mi opisywać kategorie absurdu i melancholii przez pryzmat romantycznych mitów. Pamiętam, że mam taki moment, że właściwie cała literatura przedmiotu mogłaby mi się do niczego nie przydać – oprócz Janion. Teksty o romantycznych bohaterkach i bohaterach nadal stanowią sekretny przewodnik po polskiej rzeczywistości XX wieku, pozwalają mi lepiej rozumieć swoje postacie. Choć nadal ich nie rozumiem.

Równolegle jest to czas, kiedy uczę się feminizmu – na własnej skórze, z ulicy i przez osmozę. Jest to proces tak bardzo nieuchwytny, że umiem go opisać tylko na dyskusjach panelowych wokół problemu, przez doświadczenia, których przestaję się wtedy wstydzić. Nagle własna historia staje się ważna, nie jest niczym obciachowym. Wszystko: literatura, kino, polityka składają się w całość. Jestem początkującą nauczycielką i jak każda polonistka przez pół drugiej klasy przebijam się przez Dziady. Zaczynam rozumieć pieśń wampiryczną po mniej więcej 10 latach od pierwszej lektury. Tłumaczę uczniom: „Ej, romantyzm może wam się nie podobać, ale musicie to rozumieć, jeśli mieszkacie w Polsce, bo to jest kluczowe”. Jestem wzruszona w momencie, w którym moja uczennica dziękuje za polecenie jej książki Wampir. Biografia romantyczna.

Po latach wcale nie żałuję miesięcy spędzonych bezmyślnie w bibliotece i czytania dzieł polskiej humanistyki bez żadnego zrozumienia. Przynajmniej przez nie przebrnęłam, myślę, przecież dorosły człowiek nie ma na to czasu. Nie żałuję też poświęcania lwiej części życia polityce, chociaż teraz nie jestem w niej czynnie. Nie uważam, że któreś z tych zajęć jest ważniejsze czy bardziej wartościowe, ale obie te części stanowią to, kim teraz jestem.

Jeśli czegoś uczy nas istnienie postaci takiej jak Janion, to że życie jest całością, nie składa się z szufladek rozmieszczonych w katalogu wielkim jak w Bibliotece Jagiellońskiej. To, czym się zajmujemy, co badamy (jeśli coś badamy), z kim mieszkamy, czy lubimy koty, z kim się przyjaźniliśmy, jakie przeczytaliśmy wiersze, na jakiej demonstracji byliśmy ostatnio – to wszystko składa się na to, kim jesteśmy. To my jesteśmy jak nasze teksty, nie jesteśmy od nich lepsi, rzadko jesteśmy od nich też gorsi. Wybory, których dokonujemy, są ważne. Nie jest tak, że zaangażowanie polityczne ośmiesza. Ale udawanie, że to wszystko istnieje w oddzieleniu, już tak.

Czytam wspomnienia po Janion i irytuję się z każdym komentarzem, który mówi: „ach, przestańcie ją zagarniać na te wasze polityczne wojenki, już dość o tym LGBT, to była Wielka Humanistka”.

„Każdy bierze z Janion tyle, ile jest w stanie w danym momencie” – słyszę od przyjaciela. A ja tak bardzo bym chciała, żebyśmy wzięli z niej wszystko. Teraz.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Justyna Drath

| Nauczycielka, działaczka społeczna
Absolwentka polonistyki i filmoznawstwa na UJ. Nauczycielka, działaczka społeczna, członkini ZNP i uczestniczka Kongresu Ruchów Miejskich. Była członkinią partii Razem. Broniła Krakowa przed likwidacją szkół i Młodzieżowych Domów Kultury. Współtworzyła kampanię referendalną komitetu Kraków Przeciw Igrzyskom. Organizowała działania na rzecz demokracji lokalnej, kierowała klubem Krytyki Politycznej, pomagała w organizacji Manify.