Historia

Albo-albo. Po pierwszej wojnie światowej niepodległe państwo i rewolucja społeczna wzajemnie się wykluczały

Co Andrzej Friszke odsłania ze zmistyfikowanej przeszłości? Przede wszystkim fakt, że spór o niepodległość na polskiej lewicy miał znaczenie kluczowe, a nie poboczne, i bardzo długo pozostawał nierozstrzygnięty. W istocie bowiem chodziło w nim o samą formułę lewicowości.

W 1971 roku ukazały się Rodowody niepokornych Bohdana Cywińskiego. Książka była pomyślana jako genealogia etosu polskiej inteligencji i – jak każda genealogia – za właściwy cel stawiała sobie zaprojektowanie tego etosu na nowo. Dokonało się to za pomocą jednego brzemiennego w skutki wykluczenia – tych wszystkich niepokornych, którzy walki o postęp społeczny nie wiązali ze „sprawą polską”, a więc programem odbudowy (lub raczej budowy) państwa polskiego.

Afirmacja hasła niepodległości przed rokiem 1918 stała się w ten sposób biletem wstępu do narodowego panteonu nie tylko dla poszczególnych jednostek, lecz dla całych ideowych tradycji. Na marginesie dodajmy, że wyjątek uczynił Cywiński tylko dla Ludwika Waryńskiego, za sprawą przywileju nie tyle jego wczesnego urodzenia, co wczesnej śmierci. Wykluczenie to zostało powtórzone pięć lat później przez Adama Michnika w jego arcyważnym eseju-manifeście Kościół, lewica, dialog.

Rewolucja 1989. Słaba demokracja silnych

czytaj także

Rekultywacja etosu nie może oczywiście składać się z samych wykluczeń – trzeba również budować mosty. Taki most, bardzo solidny i pieczołowicie upiększany, obaj autorzy zbudowali pomiędzy lewicą niepodległościową a tradycją katolicką. Leszek Kołakowski przypieczętował ich gest własnym, zgoła niebłazeńskim: biada każdej lewicy, która nie jest jednocześnie patriotyczna i pokorna wobec religii panującej.

Rzecz jasna, w latach 70. istotny w tych rozstrzygnięciach, być może pierwszoplanowy był aspekt taktyczny. Z jednej strony miał to być cios wymierzony w serce autorytarnej władzy. Z tradycji narodowej wykluczano wszak ideowych protoplastów PZPR, chociaż po prawdzie władza od dawna już ich zbytnio nie eksponowała, o ile nie skrzętnie ukrywała. Z drugiej miało to umożliwić stworzenie w przyszłości szerokiej platformy opozycyjnej obejmującej, jak to wyrażano w języku silnie naznaczonym teologią, „wierzących i niewierzących”. Przy czym po stronie narodowo-katolickiej ów sojusz traktowano, oględnie rzecz biorąc, doraźnie i taktycznie. Dla przyszłej liberalnej, jak i lewicowej inteligencji zmiana ta miała jednak charakter tożsamościowy – przynależność do tradycji niepodległościowej nie była sprawą dyskusji, lecz warunkiem możliwości podjęcia rozmowy.

Andrzej Friszke, historyk KOR-u i Solidarności, nie tylko sam należy do tej tradycji, lecz jest też jednym z jej wybitnych rzeczników. Jego najnowsza książka, Państwo czy rewolucja? Polscy komuniści a odbudowanie państwa polskiego 1892–1918 z pozoru w niczym nie narusza ortodoksji wyznaczonej niegdyś przez Cywińskiego, Michnika i Kołakowskiego. Sam autor identyfikuje się jako „niepodległościowiec” uznający „odbudowanie państwa polskiego za najważniejszy fakt polityczny, umożliwiający też uformowanie nowoczesnego narodu polskiego oraz rozwój społeczno-ekonomiczny”.

Co prawda, taka deklaracja, szczególnie w kwestii rozwoju, może zaskakiwać. W istocie bowiem teza Róży Luksemburg (szeroko w książce omawiana), że niepodległość oznaczać będzie dla Polski, jeśli nie ekonomiczną katastrofę, to co najmniej zacofanie i stagnację, potwierdziła się. Historycy gospodarki wykazywali, że międzywojenna Polska do końca swego istnienia nie odzyskała potencjału gospodarczego z roku 1913, a nawet – jak wskazuje Marcin Piątkowski w książce Europejski lider wzrostu – w perspektywie porównawczej Polska osiągnęła podobny poziom rozwoju dopiero w drugiej dekadzie XXI wieku.

Istotna w tym miejscu nie jest jednak słuszna lub nie teza historyczna Friszkego, lecz cenna deklaracja ideowej przynależności autora. Cenna, bo autor nie ukrywa pozycji, z której mówi. Inna rzecz, że określenie tego miejsca prowadzi autora czasem do deklaracji kuriozalnych, charakterystycznych jednak dla polskiej sfery publicznej: „Chciałbym Czytelników uprzedzić, że nigdy nie miałem związków z komunistyczną tradycją, nie miał ich także nikt z moich krewnych”. Widać przy tym, że spór ideologiczny sprzed wieku wciąż wymaga u nas publicznej deklaracji plemiennej lojalności.

Keff: Antykomunizm jest paliwem dla faszyzmu

Niewątpliwie jednak prof. Andrzej Friszke podejmuje unikatową w polskiej humanistyce próbę zrozumienia tego, czego rozumieć długo nie było wolno: radykalnej polskiej lewicy, która przed rokiem 1918 nie tylko nie walczyła o niepodległość, lecz dostrzegała w niej zagrożenie dla postępu i emancypacji klas pracujących. Jednocześnie do rosyjskich socjaldemokratycznych towarzyszy odnosiła się co najwyżej z przychylnym dystansem i w przeciwieństwie do Narodowej Demokracji nie wykazała z tego powodu żadnej skłonności do kolaboracji z carskim rządem. Przeciwnie, dążyła z determinacją do jego obalenia i zmiany ustroju państwa. Już sam ten fakt prowadzi do trudnego dla inteligenckiej duszy poznawczego dysonansu: w czasie rewolucji 1905, mimo wszystkich między nimi różnic Józef Piłsudski i Róża Luksemburg stali po jednej stronie barykady, a Roman Dmowski i rosyjski generał-gubernator po drugiej.

Nie zmienia to faktu, że między socjalistami istniały już wtedy istotne różnice. W czasie gdy „socjalpatrioci” z Polskiej Partii Socjalistycznej z utęsknieniem wyglądali wojny narodów jako drogi do odbudowy państwa, esdecy – członkowie Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy – widzieli w niej tylko przyszłą rzeź klas pracujących. Podczas gdy PPS mniej lub bardziej (jak tak zwana Frakcja Rewolucyjna) ochoczo sięgała po metody, które określilibyśmy dziś mianem terrorystycznych, to SDKPiL odrzucała je, proponując w zamian akcje strajkowe i politykę angażującą masy. Podczas gdy PPS miała dla niepolskich mieszkańców dawnej Rzeczpospolitej mgliste obietnice upodmiotowienia i niemałą dozę paternalizmu, SDKPiL z uporem dążyła do tego, żeby nie być partią etniczną, lecz otwartą na równych prawach dla Żydów, Niemców i Rusinów. I to pomimo że oba nurty powstały w obrębie tej samej radykalnej polskiej inteligencji.

Tej ostatniej różnicy Friszke jednak niemal nie zauważa. Chociaż skrzętnie rekonstruuje strukturę etniczną Warszawy sprzed pierwszej wojny światowej, w której Żydzi stanowili 40 proc. mieszkańców, to idea ponadetnicznego ruchu politycznego nie tylko wydaje mu się niedorzeczna, lecz prowadzi go także do zadziwiających refleksji: „[Róża Luksemburg] na swój sposób życzyła Polakom dobrze, lecz tylko jako społeczeństwu [sic!], które ma iść obiektywnie wytyczoną przez historię drogą postępu”.

W istocie rzeczy stwierdzenie, że Luksemburg życzyła Polakom dobrze, tylko „na swój sposób”, ma dość mroczną wymowę. Friszke podkreśla co prawda, że posługiwała się polszczyzną „nienaganną i bogatą”, lecz ignoruje fakt, że przywódczyni Socjaldemokracji najzwyczajniej w świecie uważała się za Polkę i wykazywała wręcz coś na kształt czołobitności wobec polskiej kultury. Inaczej jednak, niż głosi nacjonalistyczny dogmat, fakt ten nie miał dla niej fundamentalnego znaczenia politycznego.

Idea, że polityka nie musi być uprawiana w horyzoncie wspólnoty narodowej ani też nie musi uznawać bezwzględnego prymatu interesu narodowego, jawi się Friszkemu jako aberracja, jest dlań stanowiskiem czysto ideologicznym, „konsekwencją integralnego marksizmu”. W sporze o niepodległość najwyraźniej nie decyduje kryterium realizmu, autor bowiem przyznaje, że „w ówczesnych realiach społecznych, politycznych, ekonomicznych, a także w ówczesnej sytuacji międzynarodowej marzenie o państwie polskim wydawało się zupełną abstrakcją”. Cóż zatem decyduje o racji niepodległościowców? Najwyraźniej imperatyw moralny wyższego rzędu i tajemniczego pochodzenia.

Dla Róży Luksemburg ruch robotniczy jest wszystkim

Marksistowskie doktrynerstwo Luksemburg miało być też powodem jej niechęci „do ruchu emancypacji kobiet”. Zdaniem Friszkego „najwyraźniej uważa[ła] go za drugorzędny i zakłócający klarowność walki klasowej”. Friszke powołuje się w tej kwestii na Hannah Arendt, która nie tylko nie jest w sprawach Luksemburg ekspertką, lecz w dodatku traktuje rzekomą odmowę zaangażowania w sprawę kobiecą jako przejaw… politycznego uniwersalizmu autorki Akumulacji kapitału.

Dodajmy, że fakt, iż Luksemburg nie poświęcała emancypacji kobiet tekstów teoretycznych, nie uprawnia do stwierdzenia jej niechęci do tego postulatu (chyba że chodzi o niechęć w stosunku do ruchu sufrażystek, którego ograniczone postulaty koncentrujące się na prawach wyborczych budziły niechęć wszystkich socjalistycznych feministek). Korespondencja Luksemburg daje bowiem bardzo liczne dowody jej feministycznych przekonań, podobnie jak bliska osobista i polityczna przyjaźń z Klarą Zetkin, ikoną marksistowskiego feminizmu.

Nie jest to jednak najważniejsze, „genderowe” prześlepienie Friszkego. Co bowiem niezwykle znaczące, u progu niepodległości radykalnej lewicy w Polsce przewodzą dwie kobiety – Luksemburg dzierży rząd dusz w SDKPiL, zaś Maria Koszutska w PPS-Lewicy. Do dziś pozostaje to fenomenem historycznie unikalnym. Lewicy patriotycznej przewodzi wówczas, jak wiemy, wąsaty szlachcic. Można zaryzykować twierdzenie, że mimo wspólnych korzeni pomiędzy dwoma nurtami lewicy narastała z czasem także różnica kulturowa.

„Zabić, powiesić, poćwiartować” – prawica wobec pierwszych rządów niepodległej Polski

Czy zatem Andrzej Friszke stosuje po prostu gotowy schemat interpretacyjny do względnie nowego tematu? Byłoby to stwierdzenie krzywdzące. Co zatem odsłania historyk ze zmistyfikowanej przeszłości? Przede wszystkim fakt, że spór o niepodległość na polskiej lewicy miał znaczenie kluczowe, a nie poboczne, i bardzo długo pozostawał nierozstrzygnięty. W istocie bowiem chodziło w nim o samą formułę lewicowości. Najlepiej oddaje to znakomicie wybrany tytuł książki: „państwo czy rewolucja?”. To była alternatywa rzeczywista, nie tylko ideologiczna. Prawe skrzydło PPS głosiło, że nie ma takiej alternatywy (tzn. możliwe jest jedno i drugie naraz, acz państwo ma pierwszeństwo), lecz w znacznym stopniu były to deklaracje nieszczere. PPS-Lewica, oscylując pomiędzy „frakami” (Frakcją Rewolucyjną) a „esdekami”, była w znacznym stopniu areną walki o socjalistyczną duszę.

Paradoksem jest, że powstanie w roku 1918 partii komunistycznej rozstrzyga ten wewnątrzlewicowy spór na rzecz socjaldemokratów, czyli SDKPiL. Paradoksem, albowiem zjednoczenie dwóch spośród trzech największych ugrupowań lewicy socjalistycznej związane jest z ich polityczną klęską. Radykalni socjaliści, zwani odtąd „komunistami”, zostają bowiem rozjechani przez dwa walce historii: walec niepodległości i walec demokracji parlamentarnej. Ten pierwszy, bo postulat ponadnarodowej solidarności robotników zostaje faktycznie zniweczony. Ten drugi, bo chociaż lewica ma przewagę wśród robotników (szczególnie w dużych ośrodkach), to kraj jest przeważająco chłopski i podatny na wpływy sprzymierzonego z prawicą Kościoła.

„Nie łatwo zrozumieć, jak PPS-Lewica podjęła decyzję o de facto samolikwidacji […]. Wydaje się, że prócz artykułów [Marii] Koszutskiej pewne znaczenie miał sceptycyzm co do perspektyw dalszego rozwoju sytuacji w Polsce. Za wroga, który pchnie Polskę za drogę do kontrrewolucji, uważano endecję, a wybory, za drogę ku katastrofie”. Rzecz w tym, że to wcale nie jest, jak sądzi Friszke, tak bardzo trudne do zrozumienia. Rozumiał to bowiem dobrze sam PPS. „Wynik wyborów był dla socjalistów ciężkim doświadczeniem i odsunął na czas daleki możliwość powrotu do władzy. […] Wśród warszawskich robotników, gdzie frekwencja wynosiła 78 procent, PPS zdobyła 40 procent głosów, zyskując jednak niemal wyłącznie poparcie proletariatu polskiego, Żydzi głosowali zwykle na listy żydowskie. Dla socjalistów była to niespodziewana i boleśnie odczuwana klęska, czego na łamach «Robotnika» nie ukrywano”. Nowo powstali komuniści wybory 1922 roku zbojkotowali. Partia Daszyńskiego otrzymała w skali kraju 12,5 proc., a lewice chłopskie jeszcze 20 proc.

Bez sojuszu z mniejszościami narodowymi lewica nie mogła więc nawet marzyć o przeprowadzeniu żadnych reform społeczno-ekonomicznych. Tymczasem ze wszystkich stron toczono etniczną wojnę o granice, a dla Żydów zarezerwowano pogromy i antysemicką propagandę sączoną z prasy i ambony. Luksemburg (zamordowana na początku 1919 roku w Berlinie) miała więc najwyraźniej rację, że niepodległość i rewolucja społeczna to była alternatywa rozłączna. Niechęć esdeków i komunistów do „demokracji burżuazyjnej” wcale nie musiała zatem wypływać z marksistowskiego doktrynerstwa, tym bardziej że w latach wcześniejszych taką właśnie demokrację postrzegano jako etap w budowie socjalizmu. Jednak sytuacja po pierwszej wojnie światowej nie odpowiadała podręcznikowej teorii postępu.

Socjaliści mieli, co prawda, większość w radach delegatów robotniczych, które powstawały w ośrodkach przemysłowych. Friszke sumiennie opisuje historię tych rad, potwierdzając, że Polska lat 1918–1920, podobnie jak znaczna część Europy, była rozedrgana robotniczą rewolucją. Sam PPS był w radach silnie reprezentowany, ale nigdzie zgoła nie miał samodzielnej większości, za to w Zagłębiu mieli większość komuniści. Władza rad miała być rewolucyjną drogą na skróty, pozwalającą na obejście demokracji większościowej. Jednak nawet jeśli polityczna walka o wpływy nierzadko bywała w radach brutalna, działalność w nich zawsze zakładała jakiś kompromis. Jednocześnie, w oczach wielu socjalistów dawała jedyną szansę nie tylko na rewolucję, lecz także na istotne reformy.

Pod czerwonym znakiem. Kazimierz Pużak wobec rewolucji rosyjskiej

Już w marcu 1919 roku PPS decyduje się jednak rozbić rady i ostatecznie wycofać z jakichkolwiek dążeń rewolucyjnych. Jak ujął to Feliks Perl: „Nie możemy pozwolić na to, aby nas w Radach majoryzowały inne partie, komuniści, połączeni z partiami żydowskimi”. Jak widać, nacjonalistyczna dynamika niepodległości nie omijała polskich socjalistów, niezależnie od faktu, że oficjalnie wciąż nacjonalizm zwalczali. Komunistów z kolei, począwszy od października 1919 roku, czeka w nowej Polsce delegalizacja, represje i więzienie. W tym czasie drogi dwóch najważniejszych obozów polskiej lewicy ostatecznie się rozchodzą.

Andrzej Friszke ani przez chwilę nie ukrywa, po stronie którego z tych obozów się opowiada. Linię PPS-u tłumaczy przywiązaniem do demokratycznych wartości i patriotyzmem, zaś postawę esdeków i komunistów marksistowskim doktrynerstwem. A jednak obydwie partie oferowały klasom pracującym wizję emancypacji i sprawiedliwości społecznej. Dla PPS-u postulaty te nie tyle z czasem przestały się liczyć, ile postawione zostały na drugim planie. Historyczny przywódca PPS-Frakcji Rewolucyjnej już wkrótce z „ojca niepodległości” przeobrazi się w wojskowego dyktatora. KPP zaś stanie się częścią Kominternu, który okaże się jej katem (ofiarą czystek stalinowskich padnie między innymi Wera Kostrzewa, czyli wspomniana już Maria Koszutska). Ale to już zupełnie inna historia… Nie sposób jednak jej zrozumieć bez dramatycznych lat 1892–1920.

Fascynująca byłaby lektura podobnej książki, napisanej przez kogoś o bardziej lewicowej wrażliwości, kogoś, kto miałby odwagę zerwać z paradygmatem Cywińskiego. Trudno jednak czynić Friszkemu zarzut o to, że takiej książki nie napisał. Wiele wskazuje bowiem na to, że polska lewica intelektualna wciąż lęka się na serio podjąć tematu skażonego „komunizmem” i woli uniknąć oskarżeń o jakiekolwiek z nim pokrewieństwo. Róża Luksemburg wydaje się dziś polskiej publiczności równie egzotyczna co Che Guevara. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że jeśli w ogóle trafia pod polskie strzechy, to za sprawą brytyjskiego komiksu.

**
dr hab. Michał Kozłowski – pracuje na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Wieloletni redaktor i redaktor naczelny kwartalnika „Bez dogmatu”. Członek redakcji „Le Monde Diplomatique. Edycja Polska”. Uczestnik inicjatywy Rok Antyfaszystowski.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij