Film

„Betty”, czyli mały serial o lataniu

Betty serial recenzja

Opowieść o dziewczęcym lataniu po mieście na deskach jest siłą rzeczy opowieścią o funkcjonowaniu młodych kobiet w przestrzeni publicznej – kolor skóry, przynależność etniczna i klasa potrafią skejterskie siostrzeństwo pokomplikować. O serialu „Betty” pisze Klara Cykorz.

Kirt wystawia pośladek do selfie: brunatno-żółty kleks sińca, większy od dłoni, duma i chwała. Potem podciąga spodnie, właściwie wielkie różowe galoty na gumkę – wszystko, co Kirt nosi, jest trochę za duże, powiewające, kolorowe, Kirt jest cała w tęczach, rzemykach, świecidełkach – i rusza na desce przed siebie.

Dolny Manhattan, samochody wloką się w korku, Kirt mija je z wdziękiem, wydzwania do przyjaciółki przez FaceTime’a i gada, gada, gada, jakby wcale nie jechała środkiem zatłoczonej ulicy, była za to wolna od praw fizyki, które obowiązują większość z nas, i wolna od strachu. Potem się zresztą wywali, ale to nic. Jest wolnym duchem w świecie ludzi pozamykanych w blaszanych puszkach.


Ulica biegnie pomiędzy wieżowcami jak dnem kanionu, pewnie jest upiornie głośno i śmierdzi, ale w środku lockdownu, kiedy oglądałam Betty po raz pierwszy, korzystając z recenzenckich przywilejów przed premierą w telewizji, te zygzaki pomiędzy samochodami w korku, a potem fruwanie po zatłoczonym skate parku, niczym nieskrępowany ruch, przelotna ulewa w środku lata – wydały mi się podmuchem świeżego powietrza. Jakby ktoś nagle otworzył okno.

W filmografii reżyserki Crystal Moselle takim wyjściem na świeże powietrze był być może sam pomysł na filmowanie wchodzących w dorosłość skejterek. Sześcioodcinkowa Betty (HBO zamówiło już drugi sezon serialu) jest w sumie trzecim rozdziałem współpracy pomiędzy Moselle i grupą dziewczyn, które reżyserka kilka lat temu zaczepiła w metrze (jej uwagę miał zwrócić donośny głos Niny Moran, kreującej postać Kirt). Najpierw był dokumentalny krótki metraż That One Day (2016), potem pełnometrażowa Skate Kitchen (2018, polski tytuł Skejterka), rozmywająca granicę pomiędzy dokumentem a fikcją.

Przystępując do pracy nad pierwszym z nich, Moselle była świeżo nagrodzoną w Sundance autorką głośnego dokumentu The Wolfpack (2015, polski tytuł Wataha), o dorastających w niemal zupełnej izolacji od świata zewnętrznego nastoletnich chłopcach, których głównym oknem na świat są oglądane w nieskończoność kasety wideo z klasyką amerykańskiego kina. Moselle zaprzyjaźniła się z braćmi Angulo przez przypadek i wspólną filmową pasję i to jej chciała początkowo poświęcić swój dokument; dopiero po jakimś czasie zaczęła odkrywać, że jej bohaterowie spędzili większość życia za zamkniętymi drzwiami kontrolowani przez ojca, tyrana i megalomana, który potrafił przez cały rok nie wypuszczać swojej żony i dzieci za próg ciasnego mieszkania w bloku. To, co miało być obrazem radosnej nastoletniej kinofilii i rodzinnego, amatorskiego teatru, przerodziło się niejako w wieloletnią interwencję i terapię poprzez proces twórczy. Wataha pozostaje filmem wstrząsającym i dla mnie osobiście jednym z najbardziej klaustrofobicznych doświadczeń, jakie miałam w kinie.

Ania Shirley kontra Emily Dickinson

czytaj także

Nic dziwnego, że Moselle, powtarzając gest, który splótł jej losy z rodziną Angulo, czyli zaczepiając grupkę nastolatków na mieście, wykonała tematyczno-przestrzenną woltę: znalazła historie, które dzieją się w przestrzeni publicznej, pod gołym niebem, w ruchu, w pędzie, z dala od kontroli rodziny, czasami też wbrew niej.

Betty nie jest prostą kontynuacją ani That One Day ani Skate Kitchen; to raczej wariacja, kolejne podejście do tematu, nie ma tu fabularnej ciągłości. Postaci przypominają główną paczkę ze Skate Kitchen, ale nie do końca; serial rozwija inne wątki, przesuwa akcent z jednej bohaterki (Camille granej przez Rachelle Vinberg) na całą grupę, rozchodzi się w dygresje, pewne rzeczy pisze od zera. Jest też, mam poczucie, bardziej publicystyczny – niektóre odcinki sprawiałyby wrażenie „problemowych”, jak z klasycznego serialu o ambicjach dydaktycznych, gdyby nie miękka, filmowa forma, widoczne wciąż (choć może nie tak jak w filmie) inspiracje Cinéma-vérité, scenariuszowy oddech, przekładanie puent na kolejny odcinek.

W samotnym miejscu [o serialu „Dare Me”]

Oś fabularną serialu stanowi próba stworzenia społeczności skejterek w kontrze do zmaskulinizowanej kultury skate parków; po drodze dziewczyny się zakochują i odkochują, kłócą i godzą. Napięcia genderowe i rasowe wdycha się tu razem ze spalinami, zapachem potu i deszczu. Opowieść o dziewczęcym lataniu po mieście na deskach jest siłą rzeczy opowieścią o funkcjonowaniu młodych kobiet w przestrzeni publicznej – kolor skóry, przynależność etniczna i klasa potrafią skejterskie siostrzeństwo pokomplikować, jak w odcinku, w którym jedyna biała dziewczyna w paczce, czyli Kirt, niby solidarnie, ale tak naprawdę lekkomyślnie, wdaje się w bójkę, w efekcie której to jej przyjaciółki, Janay i Honeybear, które są czarne, i Camille, która jest pół-Kolumbijką, lądują na noc w areszcie.

Uznani za (nie)winnych

Nie czuć tu jednak deterministycznej piąchy. Deska działa tu także jako metafora – możesz się potłuc, ale w końcu nadwyrężasz prawo grawitacji. Betty opowiada o znajdowaniu sobie niewielkich, ale jednak, przestrzeni wolności, wymykaniu się systemowej przemocy i społecznym oczekiwaniom. Napędza ją charyzma młodych aktorek, dziś już właściwie współtwórczyń i partnerek artystycznych Moselle. Poza wymienionymi już Rachelle Vinberg i Niną Moran są to Dede Lovelace, Ajani Russell i Kabrina Adams.

Najbardziej niezwykłą osobowością wydaje mi się ta ostatnia, w roli cichej Honeybear. Małomówna obserwatorka, zawsze uzbrojona w kamerę, jednocześnie nieśmiała i radykalna, pogodzona z własną neurozą, niezręczna w relacjach romantycznych, ale brawurowa w swojej genderowej i w ogóle cielesnej ekspresji. Androgyniczna – zza rozpiętych kolorowych koszul wystają puszczone luzem piersi z sutkami zaklejonymi taśmą w gwiazdki. Coś tu się powinno ze sobą kłócić, ale nie kłóci się wcale; cechy pozornie sprzeczne współistnieją w Honeybear w absolutnie oryginalny sposób.

Genialna przyjaciółka, pojedynczo

Betty jest zresztą bardzo queerowym serialem – nawet relacje z facetami dziwnie się tutaj rozmazują, rozmiękczają granice tego, co uznajemy za normatywne. W jednym z moich ulubionych wątków śledzimy dyskomfort i dziwność relacji Camille z trochę starszym, dorosłym już chłopakiem. Niby wszystko w normie, tylko że nie: Camille nigdy wcześniej nie była dziewczyną. Od małego na desce, zawsze w męskim towarzystwie, trochę w drodze wyjątku, trochę jako „jeden z chłopaków”. Heteroseksualne zadurzenie nabiera dziwnych odcieni. Jak w swojej recenzji napisała świetna krytyczka queerowego portalu Autostraddle Drew Gregory, Betty to opowieść o sile dziewczyn, która bardzo luźno traktuje samo pojęcie „dziewczyny”.

Seks, kłamstwa i Messenger – czego boją się ludzie młodsi ode mnie?

Trop queerowy pomógł mi zresztą wyłuskać to, co w Betty najbardziej wyjątkowe. Przypomniałam sobie, że przecież dokładnie rok temu, także w ramówce HBO, kwitła wspólnotowa fascynacja Euforią, inną opowieścią w odcinkach o nienormatywnych nastolatkach. Ale w Euforii dziewczęcość i queer powiązane były nieodwracalnie z cierpieniem (pisałam o tym tutaj). A może nawet więcej: Euforia była zaklętym kręgiem bólu, w którym nie sposób wyobrazić sobie dziewczęcą i queerową przyjemność. Betty nie musi sobie takowej wyobrażać, ponieważ narodziła się z przyjemności i poczucia wolności. Dotyka miejsc newralgicznych, ale ani przez chwilę nie epatuje traumą. I pozwala młodym kobietom na więcej: na kawałeczek utopii.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Klara Cykorz
Klara Cykorz
Kulturoznawczyni, krytyczka filmowa
Kulturoznawczyni, krytyczka filmowa. Laureatka Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2018). Na łamach „Dwutygodnika” prowadzi autorski cykl „Gadanie” poświęcony serialom telewizyjnym.
Zamknij