Film

Uznani za (nie)winnych

when-they-see-us

Nawet najbardziej przywiązane do rządów prawa państwo jest w stanie zniszczyć życie obywatelowi, który z różnych przyczyn znalazł się na jego celowniku.

Wiemy, że pomyłki sądowe się zdarzają. Nawet w najlepiej rozwiniętych demokracjach liberalnych. Czym innym jednak teoretyczna wiedza, czym innym konfrontacja z historią ludzi, którzy faktycznie padli ich ofiarą. Takiej konfrontacji dostarcza miniserial Jak nas widzą, wyreżyserowany przez Avę DuVernay dla Netfliksa.

Mechanizm paniki moralnej

Czteroodcinkowa produkcja przygląda się prawdziwej historii: sprawie tzw. piątki z Central Parku. W kwietniu 1989 roku kobieta biegająca po parku została brutalnie pobita i zgwałcona. Prokuratura oskarżyła pięciu nastolatków. Młodzi ludzie w trakcie przesłuchania na policji przyznali się do winy, następnie wycofali zeznania. Mimo licznych wątpliwości– nie zgadzały się badania DNA, ofiara, która w wyniku szoku nie pamiętała zdarzenia, nie była w stanie zidentyfikować sprawców – wszyscy zostali skazani. Dwanaście lat później do czynu przyznał się osadzony w więzieniu seryjny zabójca i gwałciciel. Badania DNA potwierdziły jego udział w zbrodni. W 2002 roku sąd oczyścił piątkę z zarzutów.


DuVernay pokazuje, co doprowadziło do tej sytuacji. Rewelacyjny pierwszy odcinek serialu śledzi mechanizm paniki moralnej uruchomiony przez zbrodnię. Ważną zmienną w tym mechanizmie jest rasa i klasa społeczna. Kobieta zgwałcona w parku jest biała i pochodzi z klasy średniej. Policja i prokuratura, zanim śledztwo tak naprawdę się zaczęło, decydują, że sprawcami są młodzi ludzie z mniejszości rasowych. Dochodzą do takiego wniosku wyłącznie na podstawie faktu, że tej samej nocy w parku faktycznie przebywały grupki młodych czarnych i Latynosów, niektórzy z nich dopuszczali się aktów wandalizmu i atakowali przechodniów.

Policja przeczesuje miasto w poszukiwaniu ludzi pasujących do ustalonego z góry rasowego profilu sprawców. Piątka bohaterów ma po prostu pecha – wyglądając, jak wyglądają, znajdują się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Gdy już trafiają na posterunek, ich los jest przesądzony. Przesłuchujący nastolatków bez obecności opiekunów i adwokata policjanci groźbą, przemocą, manipulacją, obietnicami, których nie mają zamiaru spełnić, wymuszają przyznanie się do winy.

To już wystarczy prasie i opinii publicznej do wydania wyroku. Na czwórce nastolatków odbywa się medialny lincz. Dołącza się do niego nie kto inny, jak Donald Trump – wtedy przede wszystkim przedsiębiorca budowlany i bohater tabloidów. Trump, w jednym z pierwszych ściśle politycznych wystąpień w swojej karierze, wykupił za prawie 100 tysięcy dolarów całostronicowe ogłoszenie w czterech lokalnych gazetach, domagając się dla podejrzanych kary śmierci.

Panika moralna wokół sprawy biegaczki z Central Parku nie pojawiła się w próżni. Lata 80. to dekada, gdy brutalna przestępczość w Nowym Jorku osiąga swój szczyt. Odpowiadają za to dwa czynniki: po pierwsze epidemia cracku, dotykająca wtedy wszystkie wielkie miasta w Stanach, po drugie niebiorąca jeńców polityka ekonomiczna administracji Reagana, niszcząca względnie egalitarną, oswojoną strukturę społeczną, jaką tworzyły kolejne administracje od czasu New Dealu. W tych warunkach żaden polityk, urzędnik publiczny, prokurator czy policjant nie chciał wydawać się zbyt „miękki” w kwestiach przestępczości.

Lęk przed czarną planetą

czytaj także

Oba zjawiska – crack i reaganomika – dotykały zwłaszcza ubogich czarnych i innych przedstawicieli mniejszości etnicznych. Napięcia na tle rasowym buzują w Nowym Jorku tamtej dekady. Cztery miesiące po wydarzeniach z Central Parku, w sierpniu 1989 roku, tłum białych w Bensonhurst – robotniczej części Brooklynu – atakuje grupkę czarnych nastolatków. Czarni znaleźli się w Bensonhurst, by kupić wspólnie używany samochód, biali czekali na innego czarnego, do którego mieli pretensje, że spotyka się z białą dziewczyną z okolicy. Jeden z czarnych nastolatków, szesnastoletni Yusuf Hawkins, ginie w bójce. Jego śmierć zwiększa napięcia w mieście, czarni pod przewodem charyzmatycznego pastora i aktywisty Ala Sharptona maszerują przez Bensonhurst w proteście przeciw rasizmowi i przemocy. Trzy miesiące później, na początku listopada 1989 roku, miasto wybiera pierwszego afroamerykańskiego burmistrza w swojej historii – demokratę Davida Dinkinsa.

Czy lepiej być czarnym i bogatym, czy biednym i białym?

Groza i przemoc państwa

Szkoda, że DuVernay słabo zaznacza ten kontekst. Udało się jej za to znakomicie pokazać coś innego: to, jak także w liberalnej demokracji państwo potrafi być prawdziwie przerażającą instytucją. Nawet najbardziej przywiązane do rządów prawa państwo jest w stanie zniszczyć życie obywatelowi, który z różnych przyczyn znalazł się na jego celowniku. Między formalnie zapisanymi prawami człowieka a tymi, które realnie w sytuacji kryzysowej przysługują jednostce, zieje przepaść. Po której jej stronie się znajdziemy, zależy od szczęścia, politycznej koniunktury, klasy społecznej czy koloru skóry.

Czarni udają czarnych

Cały system skonstruowany jest przy tym w ten sposób, że z raz popełnionego błędu władzy trudno się wycofać. Choć prowadząca sprawę prokurator widzi, że oskarżenie nie trzyma się kupy, a policja zawaliła sprawę, robi wszystko, by uzyskać skazujący wyrok. Wie, że jeśli się wycofa, polecą głowy, a ona najpewniej będzie musiała wybrać sobie inną karierę.

Jak nas widzą może posłużyć jako doskonała pomoc naukowa dla każdego, kto nie rozumie, na czym właściwie polega „instytucjonalny rasizm państwa” albo dlaczego młodzi, czarni mężczyźni z ubogich dzielnic są w Stanach nastawieni nieufnie, a nawet agresywnie wobec policji. Historia piątki z Central Parku – i wiele, wiele innych – pokazuje, że mają ku temu naprawdę dobre powody. Trudno wyobrazić sobie, by w podobny sposób państwo potraktowało białe dzieciaki z klasy średniej. Że przesłuchiwano by je bez udziału obrońcy i opiekuna i ignorowano wszelkie wątpliwości co do ich winy.

Gra pozorów. Jak USA nie chronią swoich czarnych obywateli

Około połowy Jak nas widzą rozgrywa się w więzieniach, gdzie trafiają chłopcy. O amerykańskim „kompleksie więzienno-przemysłowym” DuVernay nakręciła, także dla Netfliksa, pełnometrażowy dokument XIII poprawka (2016). Tytułowa poprawka to przyjęta w 1865 roku ratyfikacja amerykańskiej konstytucji zakazująca na terenie Stanów niewolnictwa i robót przymusowych, chyba że są one wymierzoną przez sąd karą za przestępstwo kryminalne. Reżyserka argumentuje, że ekspansja systemu więziennego w Stanach w ostatnich trzech, czterech dekadach jest niczym innym jak nową formą niewolnictwa, dotykającą w przeważającej większości czarnych i innych przedstawicieli mniejszości etnicznych.

Historie bohaterów Jak nas widzą wypełniają treścią abstrakcyjne argumenty i statystyki z XIII poprawki. Czwórce bohaterów względnie się poszczęściło, trafili do ośrodków dla młodocianych. Piąty został osądzony jak dorosły i trafia do normalnych więzień, gdzie przeżywa piekło. Patrząc na jego doświadczenia, trudno zrozumieć sens instytucji, która w ten sposób znęca się nad kimkolwiek, nawet winnym.

Inside Out, czyli nauka wolności w więzieniu

Lekcje także dla Polski

Historia piątki kończy się szczęśliwie tylko dlatego, że przeżywający religijne nawrócenie faktyczny sprawca przyznaje się do winy. Miasto, którego prokuratura i policja wrobiły pięciu chłopaków w przestępstwo, odmawia jednak wypłaty odszkodowania, wierzy, że sprawa jest do wygrania w sądzie. Zawiera ugodę dopiero wtedy, gdy burmistrzem zostaje reprezentujący lewe skrzydło demokratów Bill de Blasio.

Taka historia mogłaby się jednak spokojnie zdarzyć także za jego kadencji. Podobną pokazywał osadzony współcześnie znakomity miniserial HBO Długa noc (2016). Tam o morderstwo i gwałt na zamożnej białej dziewczynie zostaje niesłusznie oskarżony młody Amerykanin pakistańskiego pochodzenia. Choć cudem udaje mu się uniknąć wyroku skazującego, proces i pobyt w areszcie (rodzina z niższej klasy średniej nie ma pieniędzy na kaucję) łamią go psychicznie i być może na zawsze zmieniają.

Kartonowy lewiatan z paralizatorem

Bez problemu możemy sobie wyobrazić, że coś podobnego dzieje się w Polsce. Choć rasowy kontekst, tak kluczowy dla sprawy piątki z Central Parku, jest u nas nieobecny, to polskie państwo także potrafi być szczególnie okrutne wobec słabszych i nieuprzywilejowanych – co pokazują takie sprawy, jak ta Tomasza Komendy czy Igora Stachowiaka. Być może wzorem DuVernay powinny się nimi zainteresować polskie kino i telewizja?

Zwłaszcza że obecna władza podbija retorykę prawa, porządku i twardej walki z przestępczością, zaszczuwając osoby, które – jak Rzecznik Praw Obywatelskich – upominają się o elementarne ludzkie prawa oskarżonych. W tej sytuacji obraz klasowych uprzedzeń instytucjonalnie wpisanych w system sprawiedliwości, przypominający, że pomyłki się zdarzają, a szeroko rozumiana zasada domniemania niewinności jest jednym z fundamentów naszej cywilizacji, byłby szczególnie cenny.

Bodnar broni cywilizacji

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.