Film

„Żeby nie było śladów”: To nie jest wyłącznie film historyczny

Żeby nie było śladów

Policyjna przemoc, skłonna ją kryć władza, państwo używające służb do niszczenia własnych obywateli, podporządkowana rządzącym prokuratura i sądy to nie tylko problemy PRL i nie tylko nieszczęsnych rządów Ziobry, Kaczyńskiego, Kamińskiego i reszty.

Rewelacyjną debiutancką Ostatnią rodziną Jan P. Matuszyński postawił bardzo wysoko poprzeczkę swojemu drugiemu filmowi. Być może dlatego Żeby nie było śladów, film nakręcony na podstawie reportażu Cezarego Łazarewicza, pozostawia z poczuciem pewnego niedosytu.

Nie jest to z pewnością film zły, miejscami bywa rewelacyjny, przez całe dwie i pół godziny trzyma się pewnie na nogach. Mimo to trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym barszczu jest zbyt wiele grzybów, że twórcy chcieli powiedzieć zbyt dużo, przez co zostajemy z kilkoma niedopracowanymi, powierzchownymi wątkami – zwłaszcza tym pokazującym, jak na sprawę Przemyka reagują szczyty aparatu władzy Polski Ludowej.

Zaczyna się świetnie. Pierwsze sceny, w których poznajemy Grzegorza Przemyka (Mateusz Górski), jego przyjaciół oraz polityczne i towarzyskie środowisko, w jakim obraca się matka chłopaka, opozycyjna poetka Barbara Sadowska (Sandra Korzeniak), błyskawicznie zanurzają nas w świecie przedstawionym, w środowiskach inteligenckiej opozycji lat 80. Precyzyjne są kostiumy i scenografia, a nawet fryzury z epoki. Język, jakim mówią bohaterowie, jest bezbłędny, podobnie jak artystyczne wybory reżysera. Matuszyński inscenizuje opozycyjną nasiadówkę w mieszkaniu Sadowskiej z równą choreograficzną precyzją, jak Cristi Puiu stypę skłóconej rumuńskiej rodziny z klasy średniej w Sieranevadzie.

Filmowo bezbłędne są też sceny pokazujące zakatowanie Przemyka przez milicję. Zaczyna się niewinnie: dwóch młodych ludzi, Przemyk i jego przyjaciel, Jurek Popiel (Tomasz Ziętek), wygłupiają się na warszawskim Starym Mieście. Jeden próbuje skoczyć na plecy drugiego, obaj się przewracają. Zwraca to uwagę dwójki milicjantów. Usiłują wylegitymować i spisać chłopaków, Przemyk wdaje się z nimi w dyskusję. Funkcjonariusze odpowiadają rosnącą agresją, całość kończy się na komisariacie przy Jezuickiej, gdzie Przemyk zostaje śmiertelnie pobity.

W scenach na posterunku kamera skupia się nie na Przemyku, ale na świadku całego wydarzenia – Jurku. Dramat Przemyka rozgrywa się na granicy kadru albo poza nim, sami musimy zaangażować naszą wyobraźnię, by dopowiedzieć sobie, co się właściwie dzieje. Czyni to całą scenę jeszcze bardziej przejmującą.

Wolałbym, żeby w Gdyni dyskutowano o filmach, a nie o polityce państwa

W dalszej części film porzuca intymną, kameralną perspektywę. Sytuację po tragicznej śmierci Przemyka obserwujemy na czterech różnych planach. Pierwszy skupia się Jurku, jedynym świadku wydarzeń. Chłopak najpierw ukrywa się przed milicją i esbecją, by móc spokojnie złożyć zeznania w prokuraturze, następnie walczy o to, by wbrew naciskom ze wszystkich stron – w tym najbliższej rodziny – wytrwać w prawdzie, dać jej świadectwo przed sądem, do końca walczyć o sprawiedliwość dla zakatowanego przyjaciela.

Żeby nie było śladów Tomasz Ziętek
Tomasz Ziętek jako Jurek Popiel. Fot. Łukasz Bąk/Kino Świat

Drugi plan przedstawia dwie rodziny dotknięte przez to, co stało się na Jezuickiej: matkę Przemyka oraz rodziców Jurka (Jacek Braciak i Agnieszka Grochowska). Ci ostatni to prosta para z Siedlec układająca sobie życie w Polsce Ludowej. Nigdy nie pochwalali przyjaźni syna z Przemykiem, martwią się o syna, władza osacza ich i naciska na nich, by wymusić zmianę zeznań Jurka.

Trzeci plan to działanie milicyjnego aparatu, który próbuje wymusić na jedynym świadku korzystne dla władzy zeznania oraz wrobić w morderstwo Przemyka dwójkę odwożących go z komisariatu na pogotowie sanitariuszy. Wreszcie czwarty przedstawia szczyty władzy ludowej.

Powiew świeżości dla polskiego kina?

Każdy z tych planów wymaga trochę innej filmowej konwencji. Dwa pierwsze utrzymane są w tonie kameralnego dramatu. Trzeci to film milicyjny, czy raczej antymilicyjny, ostatni to kino polityczne. W finale dostajemy jeszcze dramat sądowy.

Nie na wszystkich tych planach Żeby nie było śladów radzi sobie równie dobrze. Historia Jurka i jego rodziny oraz Barbary Sadowskiej – kobiety, którą walka o sprawiedliwość dla syna doprowadza do załamania nerwowego – to solidne kino, czasem umiejące naprawdę poruszać.

Żeby nie było śladów
Sandra Korzeniak jako Barbara Sadowska. Fot. Łukasz Bąk/Kino Świat

Pomysł na wątek milicyjny jest bardzo interesujący. Kino kocha policyjne procedury, inscenizuje je często jako spektakl, który na ogół prowadzi do odkrycia prawdy, przywrócenia sprawiedliwości i porządku społecznego.

W Żeby nie było śladów jest dokładnie odwrotnie: milicyjne procedury służą ukrywaniu i zniekształcaniu prawdy oraz preparowaniu wygodnego dla władzy kłamstwa. Widzimy, jak państwo osacza swoich obywateli, przeczesuje ich przeszłość w imię znalezienia najmniejszego punktu nacisku, mimo ciągłego, wszechobecnego kryzysu gospodarczego angażuje potężne ludzkie i operacyjne zasoby, by zastraszyć dwie rodziny i uratować reputację kilku milicjantów, którzy nigdy nie powinni nosić munduru.

Jednocześnie wątek ten psuje przeszarżowana rola Aleksandry Koniecznej jako lojalnej wobec rządu prokuratorki, z entuzjazmem używającej całej podległej sobie władzy do fabrykacji urzędowo-sądowego kłamstwa. Cały wątek sądowy w finale filmu opiera się na konfrontacji tej postaci z Jurkiem. Choć milicjanci są formalnie oskarżonymi, kobieta zachowuje się, jakby była ich obrończynią, stawiając prymitywnie manipulacyjne pytania, próbuje zdyskredytować Jurka jako świadka. Niestety, przez to, jak bardzo ta postać jest przerysowana, scena w sądzie nie wybrzmiewa aż tak mocno, jak by mogła.

Najsłabiej wypada wątek polityczny, obraz szczytów władz PRL. W trakcie filmu wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, czy nie byłoby lepiej go po prostu usunąć. Rozumiem, do czego jest on potrzebny twórcom: chodziło o to, by pokazać, że wszystko, co działo się w sprawie Przemyka – zamiatanie sprawy pod dywan, ochrona sadystów w mundurach, kampania kłamstw, wrobienie w przestępstwo niewinnych sanitariuszy – działo się za wiedzą, a nawet z inspiracji najwyższych czynników politycznych.

Niestety, twórcy nie potrafią tego pokazać w przekonujący filmowo sposób. Fragmenty na szczytach Biura Politycznego powinny tworzyć interesujący dramat polityczny, a to się nie udaje – są albo ilustracyjne, albo karykaturalne.

Twórcy mają przy tym temat, konflikt, który można by uczynić osią politycznego wątku filmu: część partii wydaje się przekonana, że politycznie sensowniej będzie poświęcić funkcjonariuszy z Jezuickiej, pokazać, że władza ludowa nie godzi się na łamanie prawa, odbierając w ten sposób „tlen” politycznemu wymiarowi zabójstwa Przemyka. Zwycięża jednak inna koncepcja: by bronić funkcjonariuszy, iść w zaparte, wrobić w zbrodnię sanitariuszy. Milicja nie chce się bowiem godzić na żadne ustępstwa, a władza wie, jak bardzo jej byt zależy od lojalności służb mundurowych.

W kleszczach (nie)sprawiedliwości

Tego konfliktu nie udaje się jednak zmienić w Żeby nie było śladów w dobre kino. Mamy np. postaci – jak bezwzględnie inteligentny i cyniczny człowiek Kiszczaka Kowalczyk (świetny Tomasz Kot) czy Mirosław Milewski (Andrzej Chyra) – które z początku wydają się sceptyczne wobec próby zrzucenia winy na sanitariuszy (raczej z powodu pragmatyki politycznej niż etycznych skrupułów), a następnie z całkowitym oddaniem realizują tę linię – nie wiadomo czemu.

Nie wiemy też, dlaczego, w imię jakich pryncypiów, prokurator generalny Rusek (Mikołaj Grabowski) wydaje się bronić niezależności prokuratury i wyników pierwszego śledztwa, wyraźnie wskazującego na winę milicjantów. Wszystkie konflikty na szczytach władzy, które mogłyby ożywić wątek polityczny, ukazać mechanizmy władzy PRL na samej górze, są w filmie niedopieczone, twórcy wyraźnie nie czują kina politycznego, nie mają do niego ręki.

Pozostałe wątki, kilka naprawdę wspaniałych scen, profesjonalizm produkcji, warsztatowa sprawność Matuszyńskiego, świetni aktorzy, precyzyjnie odtworzona codzienność PRL pozwalają przysłonić słabsze strony filmu i całość się broni. Filmowi z pewnością pomaga też współczesny polityczny kontekst, który z eksponatu z muzeum PRL zmienia Żeby nie było śladów w film niepokojąco aktualny, bliski naszym własnym lękom i dylematom.

Problem brutalności policji w Polsce istnieje

Film wchodzi na ekrany w trakcie stanu wyjątkowego, po serii śmierci młodych mężczyzn w wyniku interwencji policji. We wtorek na konferencji prasowej w Sejmie rodzina jednej z nich przejmująco mówiła o tym, jak próbując ustalić, co się w zasadzie stało, bliscy ofiary odbijają się od bezdusznych państwowych instytucji. Władza znów ręcznie steruje prokuraturą i dąży do podporządkowania sobie sądów. Oczywiście ciągle jesteśmy demokracją i chyba wciąż państwem prawa, do PRL środkowego Jaruzelskiego jest daleko – ale tendencje są niepokojące.

Wszystko to sprawia, że film Matuszyńskiego ogląda się z poczuciem, że to nie jest do końca obraz historyczny. Policyjna przemoc, skłonna ją kryć władza, państwo używające służb do niszczenia własnych obywateli, podporządkowana rządzącym prokuratura i sądy to nie tylko problemy PRL i nie tylko nieszczęsnych rządów Ziobry, Kaczyńskiego, Kamińskiego i reszty. Mogą pojawić się w każdym ustroju i społeczeństwo obywatelskie musi pozostać wobec nich czujne, musi nieustannie zadawać sobie pytanie „kto będzie strzegł strażników?”. Żeby nie było śladów, oddając sprawiedliwość Przemykowi, dokonując rozliczenia z przeszłością, stawia to pytanie w momencie, gdy jest ono szczególnie aktualne.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij