Film

Powiew świeżości dla polskiego kina?

Daniel Rycharski i Dawid Ogrodnik

Patologie Kościoła widzieliśmy w „Klerze” Smarzowskiego, Kościół i gejów w filmie Szumowskiej „W imię”, a prowincję – w jej „Twarzy”. Mieliśmy też opowieści o Kościele wspaniałym w filmach o JP2 czy innych postaciach z Kościołem związanych. W większości były to historie skrajne – albo w stylu „wszyscy święci”, albo „wszystko chuj”. We „Wszystkich naszych strachach” zamiast podobnych skrajności mamy skrajną odwagę i szczerość.

Kościół, prowincja, „elgiebety” – w filmie Wszystkie nasze strachy Łukasza Rondudy i Łukasza Gutta mamy elementy, które w ostatnich latach organizują naszą wyobraźnię, o których gadamy, o których gadają politycy i które również w kinie oglądamy coraz częściej, często narysowane grubą kreską. Tym razem jednak żaden ze wspomnianych tematów nie stał się okazją do jechania po bandzie. Przeciwnie, wszystkie się uzupełniają, wzajemnie łagodzą i niuansują. A całość układa się w ciekawą, wciągającą opowieść. Zapewne dlatego jury Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni nagrodziło obraz Złotymi Lwami.

Wszystkie nasze strachy to opowieść o Danielu, artyście wizualnym, który mieszka na wsi, angażuje się w życie lokalnej wspólnoty, jest gejem i katolikiem, który chodzi do kościoła. Postać Daniela jest wzorowana na życiu i twórczości Daniela Rycharskiego. W filmie pojawiają się prace artysty, odniesienia do jego aktywności lokalnej, ale też wystaw, pracy artystycznej.

Wszystko to w przypadku Rycharskiego się przenika, podobnie jak przenika się w życiu filmowego Daniela. Bo film to film. Wiadomo więc, że scenarzyści (Łukasz Ronduda, Michał Oleszczyk i Katarzyna Sarnowska) stworzyli fabularną historię. Udało im się w niej zbudować napięcie, nie bali się momentów patosu, ale też równoważyli je humorem. Dlatego Wszystkie nasze strachy różnią się od tych filmów o Kościele, prowincji i „elgiebetach”, które znamy z polskiego kina.

Rycharski: Krzyż jest dla mnie symbolem wyzwolenia z więzów religii

Prowincja, Kościół, LGBT

Patologie Kościoła widzieliśmy w Klerze Smarzowskiego, Kościół i gejów w filmie Szumowskiej W imię, a prowincję – w jej Twarzy. Mieliśmy też opowieści o Kościele wspaniałym w filmach o JP2 czy innych postaciach z Kościołem związanych. W większości były to historie skrajne – albo w stylu „wszyscy święci”, albo „wszystko chuj”. We Wszystkich naszych strachach zamiast podobnych skrajności mamy skrajną odwagę i szczerość.

Szumowska: „Mój” ksiądz musiał mieszkać na prowincji

Daniel jest związany z Kościołem, należy do ruchu tęczowego Kościoła (skojarzenie z Wiarą i tęczą nie jest przypadkowe). Chodzi do kościoła, koleguje się z księdzem ze swojej parafii. Nie atakuje instytucji. Wręcz przeciwnie, sprawy wiary traktuje bardzo poważnie.

Kiedy we wsi popełnia samobójstwo młoda lesbijka, próbuje zorganizować drogę krzyżową. Chce, żeby poszli w niej wszyscy, żeby to była droga krzyżowa każdego mieszkańca i mieszkanki, którzy przeżyją ją dla siebie. Bo przecież dziewczyna, która się zabiła, cierpiała, a nikt tego cierpienia nie zauważył. Wielu ją prześladowało. Dlatego dla Daniela ta wspólna droga krzyżowa ma być sposobem na wspólne przerobienie traumy. Niestety, wygląda na to, że Daniel jest jedynym, który drogę krzyżową, chrześcijaństwo i wiarę traktuje serio.

Każdy ma potrzeby duchowe (rozmowa z Danielem Rycharskim)

Kiedy filmowy Daniel opowiada o drodze krzyżowej, poziom patosu na ekranie zaczyna sięgać zenitu. Podobnie jest, gdy później bierze na ramiona krzyż. Filmowcy się tego patosu nie boją. Bohater jest szczery i łatwo mu uwierzyć, nawet jeśli same jako widzki mamy o Kościele jak najgorsze zdanie. Nieraz, kiedy na ekranie robi się już mocno patetycznie, pojawia się ktoś lub coś, co spuszcza powietrze z tego balona, nie unieważniając przy tym powagi sprawy.

Równowaga wysokiego i niskiego tonu dobrze robi filmowi. Daniel na co dzień mieszka na wsi, ale jest też artystą wizualnym wystawianym w stolicy i tam bardzo cenionym. I to kolejny element tej historii, w którym patos i humor pomagają utrzymać równowagę. Dla kuratora z Warszawy sztuka Daniela jest wyjątkowa, mówi o niej tak, jak to kuratorzy mówią o sztuce – pięknie, metaforycznie i troszkę patetycznie. Daniel z kolei o swojej pracy mówi „kurnik”, bo taką widać funkcję pełniła na podwórku.

Wszystkie nasze strachy
Wszystkie nasze strachy. Fot. Jarosław Sosiński

Nie będę się zagłębiać w szczegóły filmowej historii, bo mało kto miał dotychczas okazję ją obejrzeć. Ale kiedy film trafi do kin, na pewno same wyłapiecie te wszystkie elementy szczerości, niebania się wielkich słów, humor i czułość, z jaką bohater podchodzi do świata i z jaką twórcy podeszli do bohatera.

Reżyser, który nie drze ryja

Przewodniczącym tegorocznego jury konkursowego był Andrzej Barański. Kiedy słucha się Barańskiego i Łukasza Rondudy, nie sposób nie zauważyć, że obaj mówią spokojnie, cicho, wiedzą, czego chcą, ale nie muszą być krzykliwi, żeby to powiedzieć. To wyróżnia ich na tle branży, która przyzwyczaiła nas do figury reżysera, co to na planie, a i poza nim, jest jak Zeus Gromowładny.

Podczas tegorocznego festiwalu Platynowe Lwy odebrała Agnieszka Holland. Na spotkaniu z widzkami po projekcji filmu Gorączka przypomniała znaną anegdotę z planu zdjęciowego z początków swojej pracy, kiedy to nikt nie chciał jej słuchać. Bo co będzie drobna kobieta wydawać innym polecenia. Żeby zostać usłyszaną, Holland się wydarła, rzuciła wiązką przekleństw, cisnęła w ścianę talerzem. Zadziałało. I tak to, żeby zostać reżyserką, Holland musiała zostać drącym ryja reżyserem. Bo innego modelu pracy na planie po prostu nie było.

Wszystkie te anegdoty z historii polskiego kina (i nie tylko) o reżyserze, który się na wszystkich wydziera i ich poniża, dziś przez wiele osób nie są już odbierane, jak jeszcze do niedawna, jako opowieści o cenie pracy z Wielkimi Artystami. Widzimy je raczej jako przykłady przykrej patologii kina. Jest jakoś symboliczne, że jury pod przewodnictwem Barańskiego nagradza Wszystkie nasze strachy Łukasza Rondudy i Łukasza Gutta. Może to znak, że czas aroganckich krzykaczy właśnie się w polskim kinie kończy.

Ziarenko do ziarenka, czyli callouty w polskim teatrze

„Ten film rodził się w wielogłosowości”

Podczas konferencji prasowej po projekcji filmu w Gdyni współscenarzysta Michał Oleszczyk wspomniał, że „ten film rodził się w wielogłosowości”, że dzieła Daniela Rycharskiego „pracowały” w tych, którzy film tworzyli. Dało się to wyczuć w czasie rozmów z twórcami po pokazach – ja wysłuchałam dwóch.

I oczywiście zawsze po projekcji ekipy mówią na konferencjach, że było super, że współpraca układała się świetnie. Ale ja osobiście – ponieważ jeżdżę na festiwal do Gdyni od kilkunastu lat – nie zawsze im wierzę. Tym razem uwierzyłam, bo twórcy mówili bardzo konkretnie o kolejnych etapach pracy nad filmem, nie pomijając trudności, opowiadali też, jak zmieniała się ich perspektywa w czasie całego procesu powstawania obrazu.

Łukasz Ronduda i Łukasz Gutt zaprosili do współpracy wiele osób. Co jest w sumie oczywistością, bo film to praca zespołowa. Ale w kontekście tego, co wyżej napisałam o utwierdzonej dotąd tradycją pozycji reżysera, nie zawsze w pracy nad filmem zespół jest partnerem. Tu mamy dwóch reżyserów, troje scenarzystów, cztery osoby, które pracę nad scenariuszem wsparły. A i tak w prywatnej rozmowie dowiedziałam się, że najśmieszniejszą scenę w filmie wymyślił reżyser castingu.

Wspominam o tym, bo w czasie festiwalu odbyła się bardzo długa i ciekawa debata o etyce w branży filmowej. Ruch MeToo, skandale w szkołach filmowych i teatralnych uruchomiły proces autooczyszczania branży filmowej. Kobiety Filmu pokazały spot Mamy dość. Wszystkie poniżające kwestie, jakie w nim padają pod adresem osób na planie, naprawdę ktoś kiedyś wypowiedział. Często jakiś drący ryja reżyser.

Plan filmowy i w ogóle cały proces przygotowywania filmu, w którym jedni uważają się za wszechwładnych, a inni są jebani od góry do dołu, odchodzi w przeszłość. Debata o etyce pokazała chęć wprowadzania zmian w branży filmowej. A nagrodzony Złotymi Lwami film Wszystkie nasze strachy pokazał, że współpraca i otwartość na wiele głosów mogą przynieść świetne efekty.

Platynowych Lwów w Gdyni nie muszą dostawać tylko faceci

Kino-sztuka

Na koniec nie można nie wspomnieć o tym, że nagroda dla Wszystkie nasze strachy to też nowy rozdział w historii kino-sztuki. Tak Łukasz Ronduda i Jakub Majmurek w swojej książce o zwrocie kinematograficznym w polskiej sztuce współczesnej nazwali zjawisko przemiany twórców z pola sztuki współczesnej w reżyserów pełnometrażowego kina fabularnego.

Pola sztuk wizualnych i kina spotkały się na dobre parę lat temu. Mieliśmy już okazję zobaczyć kilka filmów z tego nurtu. Wszystkie nasze strachy będą zapewne największym jak dotąd hitem kina-sztuki.

We wstępie do książki Kino-Sztuka Ronduda i Majmurek wspominali, że dawniej „artyści wizualni preferowali film dokumentalny, demonstracyjnie wręcz stroniąc od narzędzi pozwalających kreować filmową fikcję”. Pisali też o tym, że – upraszczając – artyści z pola sztuki zazdrościli trochę filmowcom, że ze swoimi dziełami mogą dotrzeć do masowego odbiorcy, a ci z pola filmu zazdrościli artystom, że mogą szybciej reagować – bo jednak film to się robi latami, za ogromne pieniądze, a gdzie większe pieniądze, tam też większe ograniczenia. Tu twórcy nie bali się fabuły i świetnie wybalansowali szybkie reagowanie z długim procesem pracy twórczej.

Na tegorocznej Gdyni Wszystkie nasze strachy były filmem na osi czasu najbliższym współczesności. W konkursie mogliśmy obejrzeć rozliczenia z historią: Holokaust (Córka Hitlera, Śmierć Zygielbojma), wypełnianie białych plam dziejów PRL-owskiego syfu (Żeby nie było śladów, Hiacynt) albo dziejów kapitalistycznego syfu (Lokatorka), sentymentalne powroty do młodości w PRL-u (Zupa nic, Powrót do Legolandu) i PRL kolorowy, teledyskowy (Bo we mnie jest seks, Najmro. Kocha, kradnie, szanuje). Na tym tle Wszystkie nasze strachy to wyjątkowo współczesny i gorący film.

Ronduda i Gutt zrobili fabułę bliską rzeczywistości. W Gdyni był Daniel Rycharski, który podczas dyskusji po filmie mówił, że oczywiście to jest fabuła, ale on się w niej odnajduje. Ta fabuła przenika się zresztą ciekawie z rzeczywistością. Kiedy Rycharski zaczął w swojej sztuce mówić o dramacie samobójstw nastoletnich gejów i lesbijek, nie był to jeszcze tak głośny temat w debacie publicznej. Sztuka często wyprzedza debatę, ale zanim film wejdzie do kin, temat będzie już znacznie bardziej rozpoznany. Bo już się to dzieje.

W anegdotyczny trochę sposób film spotkał się z rzeczywistością poprzez… tlenione włosy głównego bohatera. Dawid Ogrodnik utlenił włosy do roli Daniela. Rycharski zrobił to później, zainspirowany Ogrodnikiem.

Wszystkie nasze strachy Dawid Ogrodnik
Wszystkie nasze strachy. Fot. Jarosław Sosiński

Wszystkie nasze strachy nawet nie mają na YouTubie trailera, który mogłabym wam tu wkleić. Taka to świeżynka. Chwilę zajmie, zanim film objedzie festiwale i wejdzie do kin. Czy wywoła debatę publiczną? Nie wiem. Na pewno warto, żeby wywołał debatę w branży filmowej. Środowisku filmowemu przyda się wpuszczenie porcji świeżego powietrza.

Dziś sytuacja w kinie wydaje się idealna – jest dużo pieniędzy, bo do dyspozycji są środki PISF i platform streamingowych; jest spory rynek, bo w 40-milionowym kraju można robić filmy tylko dla rodzimej publiczności, a i tak się to opłaci. Chyba jeszcze nigdy nie było tak łatwo debiutować, nie było tyle możliwości zrobienia kolejnych filmów. W takich warunkach nie trzeba ryzykować, kombinować, eksperymentować. Tyle że jeśli sztuka nie ryzykuje i nie poszukuje, to robi się nudna i powtarzalna. Wiadomo, że ósmą odsłonę Planety singli obejrzą tłumy, ale czy to jest szczyt naszych marzeń?

Wolałbym, żeby w Gdyni dyskutowano o filmach, a nie o polityce państwa

Festiwal w Gdyni pokazał, że jest dobrze w polskim kinie. Nawet bardzo dobrze. Nawet zbyt przewidywalnie. Może więc powiew świeżości się nam przyda. Czy przyjdzie ze świata sztuki, czy skądinąd, warto, żeby nasza kinematografia na wszelki wypadek trzymała uchylone drzwi.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agnieszka Wiśniewska
Agnieszka Wiśniewska
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynatorka Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna".
Zamknij