Czytaj dalej

Na ludzkiej samotności można zarobić. Trzeba tylko oszukać

Ostatecznie wszystkie biznesy zarabiające na samotności, o których piszę w książce, są do pewnego stopnia oparte na oszustwie – mówi Oktawia Kromer, autorka książki „Usługa czysto platoniczna”.

W tej książce nie ma aplikacji randkowych ani portali dla singli, są za to intensywne poszukiwania miłości, bliskości i troski – czasem metodami, o których mało kto jeszcze pamięta, a czasem takimi, o których nikt jeszcze nie słyszał. Oktawia Kromer w książce Usługa czysto platoniczna puka do bram biznesów zarabiających na samotności, odwiedza m.in. biura matrymonialne i salony masażu popularne wśród seniorów.

Samotność bohaterów jej reportaży potrafi rozczulać, chwytać za gardło, ale bywa też pokryta frustracją i gniewem, tak jak w przypadku „trenerów podrywu” i ich uczniów. Przez kolejne rozdziały wędrujemy z dziennikarką do miejsc, gdzie za odpowiednią opłatą możemy zostać profesjonalnie przytuleni, i zaglądamy za drzwi zakładów karnych.

Samotni w pułapce powszechnej uberyzacji

Samotność osób korzystających z szybkich randek, samotność więźniów, emerytów czy osób wydających majątek na portalach z sex kamerkami jest różna. Niezależnie od tego, jakiego rodzaju samotność im doskwiera, rynek oferuje im usługi, które mają zaradzić życiowym bolączkom. Z jakim skutkiem? I czy da się zarobić na samotności? Pytamy o to Oktawię Kromer, dziennikarkę „Gazety Stołecznej” i autorkę książki Usługa czysto platoniczna, wydanej przez wydawnictwo Czarne.

Dawid Krawczyk: Kim jest „przeleciółka”?

Oktawia Kromer: Domyślam się, że może w tym słowie chodzić o relację typu friends with benefits. W takim rozumieniu byłaby to osoba, z którą się przyjaźnisz i uprawiasz seks. A jednak „przelecieć kogoś” i „uprawiać z kimś seks”, po przyjacielsku czy nie, to nie to samo. W „przeleceniu” czuć brak równowagi między stronami tej relacji, coś wyraźnie pogardliwego, obraźliwego. To słowo wzbudza we mnie wstręt.

W twojej książce to słowo pojawia się w rozdziale poświęconym tzw. trenerom podrywu. Pamiętasz, kiedy usłyszałaś je po raz pierwszy?

Nie padło w rozmowie. Przeczytałam je na stronie internetowej mężczyzny, który nie zgodził się porozmawiać ze mną do tekstu. Często zresztą spotykałam się z odmową, gdy prosiłam „trenerów” o wywiad.

Dlaczego? Nie chcieli zostać bohaterami książki? Myślałem, że zależy im na rozgłosie.

Najwidoczniej przeczuwali, że mogą powiedzieć coś, co ich skompromituje. Niektórym z nich już się to zresztą wcześniej zdarzyło, w programie Miasto kobiet u Pauliny Młynarskiej i Doroty Wellman. Przyszli tam nabuzowani samczą energią, pewni siebie, wyszli z podkulonymi ogonami.

Seks w czasie pandemii? Może nam pomóc przetrwać izolację

Piszesz o tym, z jaką falą agresywnych komentarzy musiał się zmierzyć jeden z trenerów podrywu po tym nieudanym telewizyjnym występie. Aż się go szkoda robi, mimo że nie należy do najsympatyczniejszych bohaterów książki.

Mnie też było ich żal przez dużą część pracy nad tym rozdziałem.

A jak słyszysz takie określenia jak „przeleciółka” albo deklarację bohatera, że rucha kobiety, bo ich nienawidzi, to jak na to reagujesz? Wchodzisz w tryb zdystansowanej dziennikarki i chowasz się za dyktafonem i notatkami czy jakoś stanowczo odpowiadasz?

Zacznijmy od tego, że autorzy najwstrętniejszych tekstów tego typu w ogóle nie chcieli ze mną rozmawiać. Gdyby się zgodzili, na pewno byłaby to dla mnie bardzo trudna rozmowa. Osoby, które zgodziły się na rozmowę, próbowały z kolei zachować przynajmniej dyplomatyczne pozory, że szanują kobiety. Choć przyznawali też, że nie zawsze tak było. Jeden z moich rozmówców powiedział, że ostatnio stał się „bardziej humanitarny w podejściu do kobiet”.

Nieźle. O humanitarnym podejściu mówi się chyba zazwyczaj w odniesieniu do zwierząt.

Wiele w tym rozdziale wynika z frustracji, wściekłości i rozczarowania. Staram się te emocje zrozumieć. Dlatego też, pracując nad książką, miałam w sobie dużo empatii, także do osób, które nie chciały ze mną rozmawiać, a nawet mnie obrażały. Wiem, że nie było to skierowane bezpośrednio do mnie jako osoby. Nie chodziło w tym wszystkim o mnie, tylko o nich, o ich poczucie odrzucenia przez kobiety jako takie. Ponieważ tak się składa, że i ja jestem kobietą, nie zawsze byli w stanie ze mną o swoim poczuciu odrzucenia porozmawiać. Rozumiem to.

To poczucie odrzucenia jest często powodem wydania kilku tysięcy na kurs podrywu. Za tyle pieniędzy można sobie zafundować pół roku porządnej terapii, nawet w Warszawie.

Tak, ale pójście na terapię wymaga przyznania, że masz jakiś problem. Do tego musisz uwierzyć, chociaż trochę, że terapeuta może ci pomóc. To nie zawsze jest proste. Tymczasem trenerzy mówią, że próbowali terapii i im nie pomogła. A ich klienci widzą w nich kogoś, z kim mają wspólnotę doświadczeń. Trenerzy mówią swoim uczniom: byliśmy tacy jak ty, ale się zmieniliśmy, a psycholog tego nie przeżył, nie doświadczył tego co my, to co on może wiedzieć?

Sporo jest w tym rozdziale opisanych manipulacji, oszustw, psychologicznych gierek. A czy jest w tych kursach cokolwiek wartościowego?

To wszystko zależy od tego, na jaki grunt te porady padną i w jaki sposób zostaną podane. Jest coś takiego, co jeden z trenerów nazywa wolnością emocjonalną. Chodzi o to, by nie angażować się nadmiernie w relacje, zachowywać zawsze pewien dystans. W desperacji towarzyszącej samotności można nieświadomie wysyłać wiele odpychających sygnałów, zbyt intensywnie domagać się uwagi, nadmiernie kogoś adorować. Trenerzy przestrzegają, by tego unikać. Osoba będąca obiektem naszego zainteresowania nie ma stać się najważniejsza na świecie. My możemy być dla niej najważniejsi, ona dla nas – nie. A ponieważ ta osoba może stracić nami zainteresowanie, dla bezpieczeństwa powinna być zawsze tylko „jedną z”. Taka „wolność emocjonalna” to skorupa, dzięki której trudniej nas skrzywdzić, ale też przez tę skorupę nie poczujemy romantycznych emocji.

Cieplak: Samotny jak nastolatek

Trenerzy radzą też, żeby mieć swoje pasje.

To chyba nie najbardziej toksyczna porada, jaką można sobie wyobrazić.

Znów – to zależy od podejścia. Jeżeli te pasje rozwijasz w sobie tylko po to, żeby sprawiać na nowo poznanych kobietach wrażenie ciekawego człowieka, jest w tym coś żenującego. A chyba tak to właśnie można rozumieć, skoro wybierając coś dla siebie, możesz zainspirować się np. listą 15 najseksowniejszych męskich pasji. Na pierwszym miejscu są tu sporty lotnicze, na drugim wspinaczka. Bieganie dość nisko, dopiero na trzynastym. Jeszcze niżej, na piętnastym miejscu, mamy czytanie i rozwój.

Oktawia Kromer. Fot. Jakub Szafrański

A ci klienci i trenerzy z kursów podrywu są samotni? Czy „samotność” to jest słowo, które pojawiało się w waszych rozmowach?

Klienci kursów podrywu, w mojej opinii, zwykle przede wszystkim chcą dowartościować swoje kruche ego liczbą kobiet, które dadzą im swoje numery telefonów i krótkotrwałą uwagę. Najczęściej nic więcej z tego nie wynika. Idą bardzo w te liczby, kolejne kontakty, kolejne numery. Nawet kiedy zaczynają umawiać się z jedną dziewczyną, muszą mieć na boku kilka innych relacji, dla bezpieczeństwa tego kruchego ego właśnie. Gromadzą te ludzkie „zasoby” zachłannie, katalogują, opisują w specjalnych „raportach” z uwodzenia. Nie brzmi to zdrowo.

O samotności najczęściej sami nie mówią. Ale samotność trochę na tym właśnie polega, że trudno się do niej przyznać, nawet przed samym sobą. Niektórym moim bohaterom, włączając ich do książki, w pewnym sensie narzucam to, że są samotni. Oczywiście – pod zmienionymi imionami i szczegółami, które mogłyby ich identyfikować. Po ich zachowaniu widziałam po prostu, że motorem ich działań jest właśnie poczucie samotności, nawet jeśli oni sami tak tego nie nazywają.

Wszyscy wszystkich zdradzają. Najczęściej dlatego, że poszukują czegoś bardziej autentycznego

Podrywacze zainspirowali cię, żeby napisać Usługę czysto platoniczną, książkę o tym, jak robi się biznes na samotności?

Nie, zaczęło się od tekstu o salonach masażu Nuga Best.

Co maty do masażu gorącymi ceramicznymi kulami mają wspólnego z samotnością?

Motto firmy brzmi: „Rozpowszechnić ciepło macierzyńskiej miłości”. Z jednej strony niby chodzi o masaż, ale tak naprawdę sprzedaje się tu troskę, uwagę, tę właśnie „macierzyńską miłość”. Na ścianach salonów Nuga Best są wymalowane hasła, które mają przekonać klientów, że są częścią jednej wielkiej rodziny. To quasi-sekciarska społeczność, w której klient nawiązuje tak bliskie relacje ze sprzedawcami, że stają się dla niego nieraz bliżsi niż prawdziwa rodzina. I nic w tym dziwnego, kiedy wie się, jak te układy w rodzinach potrafią wyglądać. Tymczasem do salonów Nuga Best klient ma przychodzić codziennie: tygodniami, miesiącami…

Po co?

Kładziesz się na łóżku masującym, przychodzi do ciebie pani, która się tobą interesuje, mówi do ciebie po imieniu, pyta się, jak tam wnuki, czy noga boli dalej.

Wnuki?

Tak, bo średnia wieku klientów tego salonu jest powyżej 70 lat. Najważniejszy w całej usłudze jest regularny kontakt z kimś, kto nazywa się konsultantem, a jest po prostu sprzedawcą.

Polska starość jest samotna, chora i biedna

czytaj także

Ale gdzie tu w zasadzie problem? Jakby mnie ktoś miał gorącymi kulami masować i jeszcze miło ze mną pogadać, tobym nie protestował.

Za sprawą relacji, które budują sprzedawcy, siła ich perswazji jest tak wielka, że klienci zaczynają wierzyć we wszystko, co im się oferuje. Kupują więc: pasy masujące za kilka tysięcy złotych, łóżka za kilkanaście, a nawet 25 tysięcy, czy chociaż pastę do zębów, która kosztuje 400 złotych i rzekomo czyni cuda: nie tylko myje zęby, ale i goi oparzenia, rany. Oczywiście nie ma żadnych wiarygodnych dowodów na to, żeby te produkty rzeczywiście pomagały w leczeniu czegokolwiek. Kiedy pojawia się sugestia, że tego rodzaju specyfik jest ważniejszy niż konwencjonalna medycyna, robi się niebezpiecznie.

Zbierając materiał, wiedziałaś, że to będzie reportaż o samotności?

Tekst powstawał w redakcji „Dużego Formatu” w ciężkich bólach, przez dziewięć miesięcy. Zaczynałam go pisać z myślą, że to tekst o oszustwie. W trakcie pracy dotarło do mnie, że ważniejszym tematem jest tutaj samotność.

Ostatecznie wszystkie biznesy zarabiające na samotności, o których piszę w książce, są do pewnego stopnia oparte na oszustwie – np. płatne przytulanie, czyli tytułowa „usługa czysto platoniczna”. Żeby mieć z tego przyjemność, musisz choć na chwilę oszukać się w myślach, że przytulająca osoba jest dla ciebie kimś bliskim, ważnym.

Podczas lektury miałem wrażenie, że jednych bohaterów lubisz, a inni działają ci na nerwy. Dajesz sobie prawo jako reporterka, żeby twoje oceny prześlizgiwały się do tekstu?

Jestem zdania, że nie jesteśmy w stanie powstrzymać się od ocen. Oceniamy ludzkie zachowania, nawet jeśli nie dajemy tego po sobie poznać, bo w wielu przypadkach byłoby to po prostu nieuprzejme. Nie sądzę, żeby to było coś złego. Można próbować zrozumieć te zachowania i rządzące nimi mechanizmy – i to na pewno starałam się zrobić. Do nikogo też nie podchodziłam uprzedzona, zamknięta na argumenty tej osoby. Ale jeżeli ocena wynika z zebranego materiału, opiera się na sprawdzonych przesłankach, to nie widzę w niej nic złego.

Rozmawiałaś z wieloma samotnymi ludźmi. Poznajemy podrywaczy, przytulaczki, więźniów, samotnych seniorów. Coś ich łączy?

Z początku spodziewałam się, że spotkam ludzi, którzy będą do siebie jakoś podobni. Okazało się, że są całkiem różni. Grzegorz Wysocki na spotkaniu autorskim, które ze mną prowadził, przypomniał mi pierwsze zdanie z Anny Kareniny: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”. Samotni też jesteśmy zawsze na swój własny sposób.

A już po premierze książki, spotkaniach autorskich i wypisaniu wszystkich dedykacji planujesz skorzystać z którejkolwiek z usług opisanych w książce?

Na szybkie randki już raczej nie pójdę, choć co chwila jestem na nie mailowo nagabywana. Ostatnio zachęcano mnie do szybkich randek „ekskluzywnych” (dla tych, co „zarabiają powyżej średniej krajowej i do szczęścia brakuje im już tylko tej wyjątkowej osoby”). Organizatorzy kuszą też, że łapię się jeszcze, choć na styk, na zniżkę dla kobiet do 30. roku życia. Potem będzie już tylko drożej. Nie skorzystam jednak. Trzy podejścia do szybkich randek, w czasie których poszukiwałam bohaterów do książki, wspominam jako doświadczenie ciekawe dla reporterki, ale po ludzku przykre. Wystarczy.

Miłość i seks w czasie koronawirusa

Może zamówię sobie buty ze sklepu dla więźniów albo dres? Zamówienia od ludzi z wolności AFA Shop też przyjmuje, a ja pod koniec ostatniego lockdownu przekonałam się do chodzenia w dresie po ulicy.

Gdybym była akurat w Kaliszu, poszłabym też do biura matrymonialnego Rusałki. Raczej nikogo mi nie wyswata, bo i wykształcenie mam za wysokie, a już ustaliłyśmy, że z tymi wykształconymi singlami to najcięższa sprawa, i wzrost też nie taki, jakiego się powszechnie poszukuje. Ale mniejsza o skuteczność takich poszukiwań. Świetnie się z Rusałką rozmawia. Ostatnio przegadałyśmy pięć godzin na jednym spotkaniu, pewnie tym razem byłoby podobnie.

**
Oktawia Kromer jest reporterką i dziennikarką, absolwentką Polskiej Szkoły Reportażu. Stale współpracuje z „Gazetą Wyborczą”. Jej książka Usługa czysto platoniczna. Jak z samotności robi się biznes ukazała się w tym roku nakładem wydawnictwa Czarne.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Dawid Krawczyk
Dawid Krawczyk
Dziennikarz
Dziennikarz, absolwent filozofii i filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, autor książki „Cyrk polski” (Wydawnictwo Czarne, 2021). Od 2011 roku stale współpracuje z Krytyką Polityczną. Obecnie publikuje w KP reportaże i redaguje dział Narkopolityka, poświęcony krajowej i międzynarodowej polityce narkotykowej. Jest dziennikarzem „Gazety Stołecznej”, warszawskiego dodatku do „Gazety Wyborczej”. Pracuje jako tłumacz i producent dla zagranicznych stacji telewizyjnych. Współtworzył reportaże telewizyjne m.in. dla stacji BBC, Al Jazeera English, Euronews, Channel 4.
Zamknij