Czytaj dalej

Wszyscy wszystkich zdradzają. Najczęściej dlatego, że poszukują czegoś bardziej autentycznego

Jest trochę czymś niedorzecznym pragnienie, by jedna osoba spełniała wszystkie nasze oczekiwania, i to przez całe życie. Rozmowa z Therese Bohman, szwedzką pisarką.

Z Therese Bohman nie jest łatwo umówić się na spotkanie. Mija rok od mojej pierwszej próby nawiązania z nią kontaktu do dnia, w którym w końcu udaje nam się zobaczyć. Umawiamy się w małej restauracyjce na Södermalm, w pobliżu jej mieszkania. Dwa lata temu została mamą, a to w życiu potrzebującej samotności pisarki totalna rewolucja. Brakuje jej czasu na pisanie. Na myślenie. Wcale mnie nie dziwi, że unika spotkań.

Katarzyna Tubylewicz: Czy mam rację, że samotność to kluczowy temat twoich powieści?

Therese Bohman: Nigdy chyba tak tego nie sformułowałam, ale to prawda, że wszyscy moi bohaterowie są jakoś wyalienowani.

Jesteś feministką, a sporo piszesz o samotności kobiet wśród innych kobiet, o niemożności odnalezienia się w „siostrzeństwie”. Na przykład dlatego, że świadome przyjaciółki zakładają, że ich równie świadoma koleżanka będzie dokonywała w swoim życiu, także uczuciowym, wyborów o charakterze emancypacyjnym, a jak pokazuje historia bohaterki Tej drugiej, nie zawsze da się to połączyć z potrzebą przeżywania, doświadczania, z namiętnością. Używając jej słów: „Często myślałam o podstawach kobiecej wspólnoty, o tym, jak to się dzieje, że wydaje mi się klaustrofobiczna i dusząca, dlaczego zawsze było mi niewygodnie w towarzystwie kobiet. […] Siostrzeństwo wymagało ode mnie wyrzeczenia się samej siebie”.

Tak. Moje bohaterki są samotnicami i nie mają bliskich relacji z innymi kobietami. Bohaterka Tej drugiej ma poczucie, że to, co wymyślono, by uwolnić kobiety od oczekiwań względem nich, stworzyło przy okazji nowe, ograniczające je oczekiwania. Że istnieje jakiś gotowy wzorzec tego, jaka ma być i jak powinna postępować niezależna kobieta. Że w pewnym sensie wszystko, co robi, powinna robić z myślą o tym, by innym kobietom było dobrze. Tak jakby każda z nas miała polityczną i społeczną odpowiedzialność względem innych kobiet, także w wymiarze prywatnym, w tym, jak przeżywamy swoje życie.

Tubylewicz: Mam problem z hipokryzją [rozmowa]

 

Ograniczenia dotyczą na przykład relacji damsko-męskich. Sposobu ubierania się. Świadoma kobieta nie powinna być jawnie seksowna.

Tak, tyczy się to nawet bielizny, jaką powinna nosić. Jest cała masa takich definiujących reguł, których się nie wypowiada na głos, ale one istnieją i określają, jak zachowuje się i wygląda młoda feministka. Trzeba umieć między nimi nawigować. Tę drugą napisałam, kiedy reguły, o których mówię, były jeszcze bardziej wyraźne. Może być też tak, że przyjaźń między kobietami staje się łatwiejsza z wiekiem, ja sama dopiero teraz mam prawdziwie bliskie przyjaciółki. W młodości kobiety zajmują się porównywaniem swojego życia, siebie samych. To się potem zmienia. Jestem wyczulona na hipokryzję i długo wyczuwałam przekłamania w kobiecych przyjaźniach.

W dzisiejszej Szwecji da się napotkać wiele paradoksów. Na przykład taki, że z jednej strony dużo mówi się o wolności kobiet, także seksualnej, ale z drugiej da się też zauważyć elementy tradycyjnego moralizowania.

Tak, trzeba być wyzwoloną we właściwy sposób, aby w oczach innych kobiet uzyskać akceptację swojego wyzwolenia. Najgorsze, co kobieta może zrobić, to chcieć zaspokajać potrzeby mężczyzn. Dlatego dość stereotypowy romans mojej bohaterki ze starszym mężczyzną o wyższej pozycji społecznej i lepszej sytuacji ekonomicznej jest trudny do zaakceptowania dla jej koleżanek. Zbyt wyraźny wydaje się tu układ: naiwna ofiara i wykorzystujący ją mężczyzna.

Czy moralność ma wymiar klasowy? I kogo na nią stać?

Jeśli naprawdę wierzymy w wolność seksualną, a tych dwoje uprawia wspaniały, namiętny seks, który obojgu daje radość, to dlaczego zakładamy, że to on ją wykorzystuje? Czy kobieta nie może czerpać przyjemności z romansu? Czy takie myślenie nie jest właśnie patriarchalne?

To prawda, mam wrażenie, że nie bierze się tego pod uwagę, oceniając takie związki.

Co ogranicza prawo kobiety do jej seksualności… Dodam, że świetnie piszesz o namiętności, o seksie. Jednocześnie seks też bywa źródłem samotności twoich bohaterów, choć jeszcze gorszą samotnością jest relacja bez seksu. Świetnie to opisujesz w O zmierzchu: „Po tym, jak zamieszkali razem, ich życie seksualne, które także wcześniej nie było szczególnie fascynujące, niemal zupełnie przestało istnieć. Za każdym razem, gdy oglądali jakiś film albo serial ze scenami seksu, atmo­sfera na kanapie zagęszczała się, jakby oboje wstrzymywali oddech, jednocześnie starając się udawać neutralność wobec tego, co działo się na ekranie telewizora, i wobec siebie nawzajem, do momentu, aż scena się skończyła, a oni mogli się wyluzować i zacząć na powrót normalnie oddychać”. Czym jest dobry seks?

W jakiś sposób to najbardziej uczciwe spotkanie między ludźmi, do jakiego może dojść. Ważna forma komunikacji. Oczywiście nie zawsze, ale może tym być, z właściwym człowiekiem i we właściwych okolicznościach. W naszej rzeczywistości seks może być bardzo piękną przestrzenią całkowitej uczciwości i autentyczności.

Najseksowniejsza w łóżku jest zgoda

Przekroczeniem samotności. Twoi bohaterowie są często samotni w swoich związkach. Strasznie dużo w nich pustej formy, fasadowości. Myśli o tym dziewczyna z Tej drugiej: „Podczas spacerów nie spotykam żywej duszy, wszyscy są w domach z rodzinami. Każdy mężczyzna siedzi na kanapie z żoną, w której już być może nie jest zakochany, ale której i tak nie zostawi. Jest w stanie zdradzać ją w nieskończoność, ale porzucenie małżonki nie wchodzi w rachubę. Woli żyć w relacji, w której nigdy nie jest szczery. Tak postępują dorośli ludzie – myślę sobie”. Czy naprawdę jest tak w kraju, w którym połowa małżeństw kończy się rozwodem?

To zabrzmi cynicznie, ale myślę, że tak, wielu ludzi jest samotnych w swoich relacjach, w swoich małżeństwach. Tak jak zdradzający żonę lekarz z Tej drugiej. Dlaczego trwa w związku, w którym nie ma pożądania, nie ma energii, radości? Czy chodzi o przyzwyczajenie? O poczucie bezpieczeństwa?

To prawda, że pięćdziesiąt procent małżeństw kończy się w Szwecji rozwodem, i czasem mówi się, że ludzie zbyt łatwo się rozwodzą. Ale ja myślę, że ludzie raczej zbyt łatwo wchodzą w związki małżeńskie. Często zawierają je z dość mało istotnych powodów. Żenią się, bo doszli do takiego punktu w życiu i do takiego wieku, kiedy czują, że powinni. Istnieje też oczywiście kwestia zegara biologicznego, kwestia oczekiwań otoczenia, przez to wszystko człowiek często wiąże się na życie z tym, kto akurat jest pod ręką we właściwym czasie. To trochę straszna myśl, że w pewnym wieku wszystko staje się przypadkowe, człowiek tworzy parę z tym, kto akurat jest na rynku. Nic dziwnego, że nie zawsze wychodzi z tego coś dobrego.

A czy może być tak, że nasze oczekiwania względem tego, czym ma być małżeństwo albo długotrwały związek, są dziś zbyt wysokie? Może było łatwiej w czasach, gdy małżeństwo było przede wszystkim instytucją społeczną i ekonomiczną. Dziś ma być też romantycznym związkiem opartym na namiętności, która trwa całe lata, a do tego jeszcze przyjaźnią i fascynacją. To trudne do połączenia i utrzymania. Jednocześnie życie na przykład w otwartym małżeństwie jest nadal trochę tematem tabu, nawet w tak postępowej Szwecji. Ludzie zdradzają się potajemnie, tak jak wszyscy twoi bohaterowie.

To prawda, wszyscy wszystkich zdradzają. Najczęściej dlatego, że poszukują czegoś bardziej autentycznego, czegoś pięknego, czasem przed czymś uciekają. Jak się nad tym zastanowić, to jest trochę czymś niedorzecznym pragnienie, by jedna osoba spełniała wszystkie nasze oczekiwania, i to przez całe życie. Sama w swoich wcześniejszych związkach odczuwałam podobną klaustrofobię jak Karolina, bohaterka O zmierzchu. Myślę, że w moich książkach ważne jest stałe napięcie pomiędzy wolnością a samotnością. Między tymi dwoma stanami jest bardzo cienka granica i myślę, że moi bohaterowie z tego powodu cierpią.

W parach bywa na przykład tak: „W związku z Karlem Johanem nigdy nie poczuła, że zdanie »Kocham cię« oznacza to, co instynktownie czuła, że powinno oznaczać. A jednak często je wypowiadała, Karl Johan także. Było jak jakiś kit w szczelinach codzienności. »Pracuję do późna, nie będę dziś jeść w domu. Kocham cię«”. A kiedy wybierają wolność, mija kilka miesięcy i „duszące poczucie wspólnoty zamienia się w duszące poczucie samotności”.

Mam wrażenie, że dzisiejsze pokolenie szwedzkich dwudziestolatków zwraca się jednak w stronę tradycyjnych rozwiązań. W moim pokoleniu czterdziestolatków miało się doświadczać życia, podróżować i uczyć do trzydziestki albo jeszcze dłużej. Nikt się nie spieszył z zakładaniem rodziny. Dzisiejsi dwudziestolatkowie szybciej decydują się na dzieci i stały związek. Widać to nawet wśród influencerek prowadzących modne blogi. Wiele z nich pisze głównie o życiu rodzinnym, pięknie urządzonym mieszkaniu, dobrym jedzeniu, sporo w tym bardzo tradycyjnych wartości. Takich ideałów nie było wtedy, gdy ja miałam dwadzieścia lat. My oglądałyśmy Seks w wielkim mieście i uważałyśmy, że fajnie być singielką.

Co ryzykowałam? Tylko tyle, że ludzie się dowiedzą, co czuję albo myślę

Sądzę, że kobietom łatwiej być singielkami w Szwecji niż w innych krajach. W Polsce samotność kobiety jest często kojarzona z porażką.

Ale w Szwecji ten strach też istnieje. Myślę, że samotna i bezdzietna kobieta po czterdziestce nadal jest w powszechnym odczuciu trochę smutną postacią.

Twoja Karolina z O zmierzchu zastanawia się, czy samotność jest ceną, którą kobieta musi zapłacić za wolność. Wygląda na to, że pewna forma samotności to także zapłata za awans społeczny albo aspirowanie do niego.

To prawda, a Szwedzi często zmieniają klasę społeczną lub miejsce zamieszkania. Sama pochodzę z klasy robotniczej. Mieszkałam wprawdzie w domku, w małej miejscowości, ale moi rodzice nie mieli wykształcenia. Potem zarówno ja, jak i moja siostra zdobyłyśmy wykształcenie i przeprowadziłyśmy się do dużego miasta. W Sztokholmie mieszka dziś bardzo niewielu sztokholmczyków od pokoleń. Niemal wszyscy są przyjezdni. Tacy ludzie są zawsze i wszędzie trochę obcy. Czują się niepewni w nowym środowisku, z początku nie znają obowiązujących kodów, nie wiedzą, o czym rozmawiać, ale jednocześnie stają się też trochę obcy w środowisku, które zostawili.

Mówią już inaczej i o innych rzeczach. To duża samotność. Jednocześnie jest to idealna pozycja dla pisarza, osoby, która gdziekolwiek się znajdzie, jest obserwatorem i nie do końca uczestniczy w tym, co dzieje się wokół.

O jakich kodach społecznych mówisz? O jakich różnicach?

Pochodzę z domu i ze środowiska, w którym się nie dyskutowało. Nie poruszało trudnych tematów. To ogromna różnica w porównaniu ze świadomą klasą średnią w Sztokholmie. Często rozmawiam o tym z moim chłopakiem, który pochodzi z takiego samego domu jak ja. W moim rodzinnym domu celem rozmowy było zgadzanie się ze sobą. W klasie średniej dyskusje, różnice poglądów stały się ważne.

To ciekawe, bo wydaje mi się, że to przedstawiciele szwedzkiej klasy wyższej unikają jak ognia tematów tabu oraz różnic.

Tak! To paradoks, ale pod tym względem klasa robotnicza i klasa wyższa są do siebie bardzo podobne. Szwedzka klasa średnia jest bardziej radykalna, wciąż pod wpływem rewolty 1968 roku. W klasie średniej jest też dużo podejrzliwości względem tego, co zwyczajnie ładne lub piękne. Kojarzy się to często z kiczem, z czymś fałszywym. Widać to chyba nawet w ubraniach, w wystroju wnętrz. Ja z domu wyniosłam wielkie zamiłowanie do piękna.

Wojna z przedmieściami

Sporo mówimy o samotności nie z wyboru, istniejącej pomimo tego, że jest się w związku albo w grupie. Jaki jest twój stosunek do zwykłego bycia samą? Czy lubisz samotność pisarki?

Uwielbiam! Zawsze tak było. Może dlatego, że nigdy się nie nudzę. Nie potrafię sobie przypomnieć, żebym kiedykolwiek coś takiego czuła, bardzo dziwią mnie ludzie, którzy łatwo wpadają w niepokój, tęsknią za tym, żeby coś się działo. Może ma to związek z tym, że jestem w jakiś sposób introwertyczna.

W dzieciństwie miałam koleżanki, które chciały mnóstwo rzeczy robić razem, a ja zawsze byłam tą, która mówiła, że nie ma czasu. Lubiłam i lubię spokojne, introwertyczne zajęcia, czytanie, pisanie, bycie w domu. Potrzebuję też samotności, żeby móc myśleć i pisać. Z tego względu jest mi czasem trudno być mamą. Zanim nią zostałam, miałam nieprzebraną ilość wolnego czasu. Teraz cieszę się każdą minutą samotności. Doceniam nawet spacery z przedszkola do domu. Najlepiej mi się myśli, kiedy spaceruję. Ja i mój chłopak nie mieszkamy ze sobą cały czas. On, tak jak ja, ma cechy introwertyczne, więc oboje lubimy także te wieczory, kiedy nie jesteśmy razem, choć uwielbiamy również ze sobą rozmawiać. Z nikim nie rozmawia mi się tak dobrze jak z nim.

*
Fragment książki Katarzyny Tubylewicz Samotny jak Szwed?, która wkrótce ukaże się nakładem wydawnictwa Wielka Litera. Cytaty pochodzą z książek Therese Bohman wydanych przez Wydawnictwo Pauza w przekładzie Justyny Czechowskiej. Tytuł od redakcji.

**
Therese Bohman
jest szwedzką pisarką, autorką powieści Utonęła, Ta druga oraz O zmierzchu. W 2016 roku jej trzecia powieść, O zmierzchu, otrzymała nominację do Nagrody Augusta, najbardziej prestiżowej szwedzkiej nagrody literackiej.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Katarzyna Tubylewicz
Katarzyna Tubylewicz
Pisarka, publicystka
Pisarka, publicystka i tłumaczka literatury szwedzkiej. Autorka powieści Własne miejsca, Rówieśniczki, Ostatnia powieść Marcela oraz pomysłodawczyni i współautorka antologii rozmów o czytelnictwie Szwecja czyta. Polska czyta. Jej najnowsza książka Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie to zbiór reportaży o współczesnej Szwecji, który znalazł się m.in. na liście pięciu najlepszych reportaży roku 2017 „Tygodnika Powszechnego”. Ze szwedzkiego na polski Tubylewicz przełożyła m.in. cztery powieści Majgull Axelsson i głośną trylogię Jonasa Gardella o AIDS w Szwecji Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. Z wykształcenia jest kulturoznawcą.
Zamknij