Czytaj dalej

Nic skuteczniej nie gasi rewolucyjnego zapału niż mijający czas

W grudniu 2004 roku grupa kilkudziesięciu nacbołów – tak nazywano w skrócie członków Partii Narodowo-Bolszewickiej, czyli młode dziewczyny i chłopaków z różnych zakątków Rosji – wdarła się do budynku administracji prezydenta Rosji na moskiewskiej Iljince. Fragment książki Pauliny Siegień „Miasto bajka. Wiele historii Kaliningradu".

Denis Osnacz otrzymał porządne, socjalistyczne wychowanie. Jednak na Uniwersytecie Kaliningradzkim, gdzie studiował historię, wszystko zaczęto wykładać na opak – ZSRR to państwo totalitarne, a Zachód – ostoja demokracji i szczęścia.

Denis co roku w dniu urodzin Lenina jeździł składać kwiaty pod pomnik. Z czasem władze miasta przeniosły pomnik z głównego placu Kaliningradu, gdzie rozpoczęła się budowa gigantycznej cerkwi. Nowa Rosja z jej prawosławną ostentacją złotych kopuł wydawała mu się obca. Nie mógł pojąć, jak w ciągu sekundy można było zaprzedać wszystkie ideały. Czytał pisma pierwszych bolszewików, wodzów rewolucji. Narastał w nim bunt, który szukał ujścia.

Któregoś dnia na uczelni trafił na „Limonkę”, gazetę partii narodowo-bolszewickiej. „Limonka” to nazwa ręcznego granatu, symbolu ilustrującego okładkę pisma, ale też nawiązanie do przywódcy partii, charyzmatycznego – przynajmniej wtedy – pisarza Eduarda Limonowa. Na przełomie lat dziewięćdziesiątych i początków XXI wieku limonowscy narodowi bolszewicy byli niezwykle popularni. Ich buntownicze i widowiskowe akcje, jedne z pierwszych politycznych performance’ów, pociągały wykształconą młodzież we wszystkich krajach byłego Związku Radzieckiego.

Limonow: Nie lubię spokojnego, głupiego życia

czytaj także

Denis wspomina, że nawet wykładowcy dumnie paradowali po uniwersyteckich korytarzach z „Limonką” pod pachą. Nic dziwnego, na jej łamach można było znaleźć nietuzinkowe teksty, napisane szalonym, radykalnym, ale równocześnie świeżym i pełnym życia językiem. Chłopak nie musiał długo szukać towarzyszy. W 2002 roku Partia Narodowo-Bolszewicka utworzyła komórkę w Kaliningradzie.

Na jednym ze zdjęć z tego okresu Denis, szczupły i młody, ubrany na czarno, stoi z portretem Stalina na koszulce. Jedno z haseł, często wykrzykiwanych przez narodowych bolszewików w czasie demonstracji, brzmiało wtedy: „Zakończymy reformy tak: Stalin! Beria! GUŁag!”.

Początek nowego milenium mijał w Rosji w duchu wstawania z kolan. Gospodarka łapała oddech dzięki wysokim cenom ropy naftowej. Nowy prezydent – Władimir Putin – nie krył sentymentu do poprzedniego systemu politycznego, przywrócił sowiecki hymn, lecz zanim zdążył nazwać rozpad Związku Radzieckiego największą geopolityczną katastrofą XX wieku, Denis Osnacz znalazł się w więzieniu.

Tych wyborów nie będzie

czytaj także

Tych wyborów nie będzie

Dorota Kolarska

W grudniu 2004 roku grupa kilkudziesięciu nacbołów – tak nazywano w skrócie członków Partii Narodowo-Bolszewickiej, czyli młode dziewczyny i chłopaków z różnych zakątków Rosji – wdarła się do budynku administracji prezydenta Rosji na moskiewskiej Iljince. Denis Osnacz, wówczas 22-latek, został uznany za nieformalnego lidera „szturmu”. Zabarykadowali się, wywiesili flagi, rozrzucali ulotki. Na Kreml, do gabinetu Putina, za nic w świecie by się nie dostali, ale przynajmniej demonstracyjnie wyrzucili przez okno wiszący na ścianie portret prezydenta, wzywając go przy okazji do dymisji. Putin nie posłuchał.

Trwało to ledwie godzinę. Milicja i OMON zabrały wszystkich uczestników akcji prosto do aresztu. Wkrótce zaczął się proces, na posiedzenia sądu przychodziła dziennikarka Anna Politkowska, która darzyła sympatią młodych odszczepieńców. Ceniła ich za autentyczność i gotowość do poświęceń.

Większość młodych nacbołów, którzy uczestniczyli w zajęciu gabinetu administracji prezydenta Rosji, dostała wyroki w zawieszeniu. Osiem osób, które sąd uznał za odpowiedzialne za planowanie i przeprowadzenie akcji, trafiło do więzienia. Denisowi zasądzono najdłuższą odsiadkę – trzy i pół roku. Wtedy uważano, że to bardzo dużo, że to zbyt surowa kara za młodzieńczy wybryk chuligański, ale przynajmniej była za coś. We współczesnej Rosji można dostać wyższy wyrok za nic.

W areszcie straszyli go, że zostanie zesłany na północ, gdzieś w okolice Archangielska. Odbywanie kary na Dalekiej Północy to koszmar każdego osadzonego. Dwadzieścia lat wcześniej jego rodzice mogli przynajmniej wybrać, gdzie będą pracować, nad Morzem Białym czy nad Bałtykiem. Denis jako skazany wyboru nie miał. Miejsce odsiadki zostało wyznaczone odgórnie. Ale, o dziwo, rosyjski system penitencjarny okazał się w jego przypadku nader łaskawy.

Dom Sowietów. Fot. Paulina Siegień

Denis trafił do kolonii karnej numer siedem w Gwardiejsku, która zajmuje kompleks średniowiecznego pruskiego zamku Tapiau. Do jego lochów przez wieki trafiali polityczni wrogowie pruskich władz, a w bajkach w zamkowej wieży zamykano królewny. Denis w niczym nie przypominał królewny, ale odsiadkę niedaleko domu przyjął z wielką ulgą. Rodzicom było łatwiej przekazywać paczki i przyjeżdżać na widzenia. Dla niego to ważna rzecz, ponieważ uważa, że więzienie jest większą karą dla bliskich niż dla osadzonego.

Od tamtych wydarzeń minęło piętnaście lat. Siedzimy z Denisem w kuchni, w wysokim szarym bloku w centrum Kaliningradu, przy ulicy nazwanej imieniem sowieckiego generała w Rosji Putina. Cały ten trud, akcje, protesty, więzienie, wszystko na marne. Krew w piach.

Rosja nie wchłonie Białorusi. Ale Białoruś nie wybiera się na Zachód

– Przynajmniej spróbowaliśmy. Byliśmy bardzo młodzi, ale czuliśmy, co się wydarzy. Nie widzieliśmy w Putinie zbawcy, chociaż wtedy wszyscy na niego stawiali. Wiele złych rzeczy, z którymi Rosja się teraz boryka, zapoczątkowano w tamtym okresie. Ludziom wówczas nie starczyło odwagi, by wyjść na ulice, by przeciwstawić się temu, co się działo. Nie wsparli nas. Kiedy byłem młody, to wszystko wydawało mi się łatwiejsze. Myślałem, że wystarczy jeszcze tylko trochę docisnąć, jeszcze tylko parę akcji zorganizować i wsio. Ludzie wyjdą na ulice i system padnie. Ale dzisiaj sam nie wiem, co mogłoby z tego wyniknąć. Widać po Ukrainie, że czasem ludzie mają dobre zamiary, a efekty są opłakane. Ukraina straciła Krym, praktycznie straciła Donbas. Rosja też by mogła w takiej sytuacji dużo stracić. Na przykład Kaliningrad.

– A co by się mogło stać z Kaliningradem? – pytam.

– Otaczają nas kraje NATO. Cały czas są jakieś ćwiczenia, dostarczają sprzęt, przywożą amerykańską armię. Niby po co to wszystko? Jeśli jest zagrożenie terrorystyczne, to trzeba z nim walczyć tam, gdzie ono się wykluwa, na Bliskim Wschodzie. Ale armię wysyłają tutaj. Z kim tutaj chcą walczyć?

– Gdzie jak gdzie, ale akurat w Kaliningradzie nie brakuje armii i sprzętu wojskowego. Przecież macie iskandery.

– Jak widzisz, że twój sąsiad buduje płot, to co robisz? Budujesz wyższy.

– A kto zaczął?

– Kiedy rozpadł się Związek Radziecki, to Zachód, a konkretnie USA, zrozumiał, że nie ma już przeciwwagi. ZSRR, chcąc nie chcąc, był taką przeciwwagą. Balans sił jest zawsze lepszy niż władza jednego hegemona. Kiedy zabrakło ZSRR, Zachód poczuł, że Rosja jest słaba, że wystarczy ją zarzucić dżinsami i gumą do żucia. No a dzisiaj jakoś tak wychodzi, że Rosja znowu staje się przeciwwagą.

Wnętrze Domu Sowietów. Fot. Paulina Siegień

– Czyli Putin zrobił dobrą robotę?

– Nie jestem fanem Putina i systemu politycznego, który stworzył. Ale w Rosji rewolucja nie byłaby łagodna i delikatna, tylko okrutna i krwawa. Nawet nie taka jak w Ukrainie, ale dużo gorsza.

– Ale przecież ty siedziałeś w więzieniu, bo chciałeś rewolucji!

– Rewolucja, tak, świetna rzecz. Ale trzeba zdawać sobie sprawę, że będzie krew, przemoc i ofiary. Rewolucję robią romantycy. Nasza rewolucja, ta, którą mieliśmy wtedy w głowach, była wspaniała, mocna, twórcza. To była rewolucja w duchu sztuki. Chociaż jak teraz sobie przypomnę, że biegaliśmy po Kaliningradzie i krzyczeliśmy, że urzędników trzeba topić w Pregole, to było to jednak dość radykalne. Milicja łapała nas od razu.

Niechciana rewolucja

Nic skuteczniej nie gasi rewolucyjnego zapału niż mijający czas. W przypadku Denisa zadziałał lepiej niż więzienie. Dzisiaj mówi, że żyje pełnią życia, i tak wygląda. Zajmuje się reklamą, z Domem Sowietow gra koncerty, robi koszulki, bluzy i gadżety z logo swojego zespołu, ostatnio zapozował nawet jako model na okładce lokalnego magazynu biznesowego.

Denis Osnacz. Fot. Dmitij Koroljow

– Nie żałujesz tych lat w więzieniu?

– Więzienie wspominam… nawet ciepło. Było wiele trudnych chwil, ale nie dałem się złamać. Wyszedłem stamtąd z podniesioną głową. Nie zrobili ze mnie przestępcy, nie stoczyłem się. Nie żałuję, to kawałek mojego życia. Wtedy to było nawet fajne, bo dawało dużo adrenaliny. Czułem się jak bohater książki lub filmu.

– Jaki bohater?

– Młody Lenin. Albo Che Guevara. Wyobrażałem sobie, że jestem jak oni albo że jestem sowieckim partyzantem, którego złapali faszyści. Jeśli jesteś więźniem politycznym, to masz łatwiej. Jesteś po stronie dobra. Cierpisz, biją cię, ale znosisz to wszystko, uśmiechając się w duchu. Zresztą często się śmiałem, kiedy mnie bili. Może na tle nerwowym, nie wiem. A może dlatego, że naprawdę było mi wesoło.

– Bili cię w więzieniu?

– Oczywiście.

Wegańska zupa jest bardzo smaczna, zajęci jedzeniem milczymy przez chwilę.

– Czemu nazwałeś swoją grupę Dom Sowietow? – pytam znad miski.

– Wiesz, że w latach dziewięćdziesiątych Dom Sowietów wyglądał inaczej niż teraz? Pomalowali go na niebiesko w 2005 roku, na jubileusz miasta, bo wtedy przyjeżdżał Putin i jego zagraniczni goście. Do tego czasu Dom Sowietów był szary, zdewastowany, mroczny, nie miał okien. Zespół powstał dużo później, pierwszy koncert zagraliśmy w 2008 roku, ale już wcześniej marzyłem, że będę mieć grupę punkową i że nazwę ją właśnie tak: Dom Sowietow. W Partii Narodowo-Bolszewickiej były dwa wzajemnie wykluczające się stronnictwa: skrajnie prawe i skrajnie lewe. To była symbioza przeciwieństw.

Miasto bajka okładkaDom Sowietów jest taki sam, z jednej strony brzydki i odpychający, a z drugiej piękny i pociągający.

**
Fragment książki Pauliny Siegień Miasto bajka. Wiele historii Kaliningradu, która ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Siegień
Paulina Siegień
Dziennikarka i reporterka
Dziennikarka i reporterka związana z Trójmiastem, Podlasiem i Kaliningradem. Pisze o Rosji i innych sprawach, które uzna za istotne, regularnie współpracuje także z New Eastern Europe. Absolwentka Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego i filologii rosyjskiej na Uniwersytecie Gdańskim.
Zamknij