Świat

Rosja nie wchłonie Białorusi. Ale Białoruś nie wybiera się na Zachód

Analitycy twierdzą, że Putina mdli na widok Łukaszenki. Łukaszenka też pewnie od czasu do czasu wspomina, że widział się na miejscu Władimira Władimirowicza. Jednak przez najbliższe lata ci dwaj politycy są na siebie skazani.

Kwestia integracji Białorusi z Rosją powraca co kilka lat. To chyba najbardziej oklepany temat dotyczący relacji obydwu krajów. Czasem można odnieść wrażenie, że dziennikarze wyszukują w komputerze stare teksty, trochę je przerabiają i oddają do druku. Bo cóż się może tu zmienić?

Majdan na Białorusi grozi katastrofą

Wiadomo, że gdy zaczyna się kolejna debata o bliższej integracji Moskwy i Mińska, to znaczy, że pomiędzy Białorusią i Rosją iskrzy. Putin żąda od Łukaszenki deklaracji – albo się integrujesz (na naszych zasadach), albo przestajemy cię ulgowo traktować (sprzedawać surowce naturalne według preferencyjnych taryf).

Na temat „integracji” Białorusi i Rosji powstało już mnóstwo memów i kawałów. Można pokusić się o stworzenie słownika. Pierwsze to „G – jak gaz”. Rosja i Białoruś mają za sobą kilka wojen gazowych. Do wojen tych dochodzi na przełomie grudnia i stycznia; Rosja próbuje wymóc na Białorusi kupno błękitnego paliwa za wyższą od dotychczasowej cenę i zakręca kurek z gazem. Żąda od Mińska ustępstw, Mińsk łasi się do Zachodu.

Białorusko-rosyjski paragraf 22

Drugie hasło to „M – jak mucha”. Wiadomo, że prezydent Władimir Putin lubi metafory. Kiedy w 2002 roku wypowiadał się o relacjach z Mińskiem, mówił, że „należy wreszcie oddzielić muchy od kotletów”. W taki oto sposób rosyjski przywódca zasugerował Łukaszence, że skończyły się darmowe lunche. Wreszcie „R – jak ropa”. Białoruś kupuje ropę za cenę niższą od rynkowej, przetwarza ją na swoim terytorium i zarabia na handlu produktami ropopochodnymi.

Ta białorusko-rosyjska telenowela rozpoczęła się w 1996 roku. Młody białoruski przywódca podpisał z ówczesnym prezydentem Rosji Borysem Jelcynem układ o stowarzyszeniu Rosji i Białorusi. Łukaszenka był ambitny. Marzył, że uda mu się za jakiś czas osiąść na Kremlu. Chciał być przywódcą rosyjsko-białoruskiego państwa.

I to nie były rojenia: białoruski lider naprawdę był bardzo popularny, nie tylko w swoim kraju, ale także w Rosji. Rosjanie zazdrościli swoim sąsiadom młodego, wysportowanego, energicznego przywódcy, który potrafił zaprowadzić w kraju ład i porządek. Jelcyn swój najlepszy polityczny czas miał już dawno za sobą. Był schorowany i nie stanowiło tajemnicy, że często zagląda do kieliszka. Kompromitował siebie i kraj na arenie międzynarodowej.

Dla Białorusinów Rosja jest naturalnym i bliskim sojusznikiem. Zresztą Białoruś nie wywalczyła sobie niepodległości, a nawet nie za bardzo jej chciała. W chwili upadku Związku Radzieckiego Białorusini raczej się martwili, co teraz będzie, a nie cieszyli z bycia „wolnymi”. Z bycia wolnymi cieszyła garstka intelektualistów, którzy nie mieli posłuchu w społeczeństwie.

W pierwszych (naprawdę wolnych) wyborach prezydenckich Łukaszenka zwyciężył w sposób demokratyczny. Mówiono wtenczas, że Białorusini wybrali na głowę państwa człowieka takiego samego jak oni sami – z ludu. Łukaszenka zapowiadał, że będzie na kolanach błagał Związek Radziecki, by z powrotem przyjął Białoruś pod swoje skrzydła. I to też była myśl Białorusinom bliska.

Dziś obserwujemy kolejną odsłonę „konfliktu” rosyjsko-białoruskiego. I znów w prasie pojawiają się nagłówki: „Czy Rosja wchłonie Białoruś?”. Łukaszenka jak zawsze w takich chwilach wskazuje, że ma na arenie międzynarodowej innych sojuszników. Że nie jest skazany na Rosję.

Jak poruszyć Białoruś w sześciu krokach

czytaj także

W 2007 roku Mińsk odwiedził Mahmud Ahmadineżad, prezydent Iranu; Łukaszenka zachwalał wtedy białoruską współpracę z Bliskim Wschodem i zarzekał się, że będzie owocna. Później – na fali pogorszenia relacji z Moskwą – ogłosił, że wcale nie musi kupować ropy w Rosji. Przecież może ją pozyskiwać z… Wenezueli. Kiedy w białoruskiej prasie oglądaliśmy fotografie Łukaszenki wykonane podczas wizyty w Wenezueli (prezydent w kąpielówkach na motorówce), analitycy zastanawiali się, w jaki sposób surowiec będzie transportowany na Białoruś i ile będzie to kosztować.

Potem Łukaszenka mówił, że pora na zerwanie izolacji z Zachodem. Flirtował z Europą, to znaczy wypuszczał zza krat więźniów politycznych i dopuszczał do sprzedaży niezależną prasę. Wraz z kolejnymi transzami funduszy wypłacanych z Międzynarodowego Funduszu Walutowego wydawał się coraz bardziej „prozachodni”. Spekulowano wówczas, czy uda się skutecznie wyrwać Białoruś z rosyjskiego uścisku.

W prasie znów pojawiają się nagłówki: „Czy Rosja wchłonie Białoruś?”

Łukaszenka lubi więc różne sojusze, nawet te najbardziej egzotyczne. Ale zawsze myśli kategoriami finansowymi. Po prostu: „przyjaźń” Łukaszenki kosztuje. Teraz – w obliczu kolejnych nieporozumień na linii Mińsk–Moskwa – Łukaszenka wymienia innych „możliwych” sojuszników.

Może tym razem bliższa współpraca z Norwegią i kupno norweskiej ropy? A może zacieśnienie relacji z byłymi republikami bałtyckimi? Białoruś nie jest krajem o wielkim strategicznym znaczeniu międzynarodowym. Małe państwo we wschodniej Europie, w dużej mierze rolnicze, ale posiadające także ważne zakłady przemysłowe. Na pewno jest to kraj z potencjałem. Jednak dziś, w obecnym układzie politycznym i z obecnym prezydentem kraj ten najbardziej potrzebny jest Rosji.

Poza tym w czasie, kiedy Moskwa skazana jest na międzynarodową izolację, zawsze może wskazać na Białoruś jako swojego sojusznika. Po aneksji Krymu i rozpętaniu wojny na Ukrainie Rosja potrzebuje „integracji” po dobroci. Integracji z wyboru. Jeśli Białoruś miałaby (czysto teoretycznie) wejść w skład Rosji w ramach państwa związkowego, to wszyscy musielibyśmy poczuć, że dzieje się to z woli białoruskiego przywódcy. I że to decyzja przemyślana.

Białoruś: Matki skazanych za narkotyki czekają na cud

Z kolei Łukaszenka zdaje sobie sprawę, że nikt nie będzie dotował Mińska w takim stopniu, jak czyni to Rosja. Nikt (z europejskich graczy) nie będzie też przymykał oka na łamanie praw człowieka i demokracji na Białorusi w takim stopniu, jak czyni to Rosja. Łukaszenko potrzebuje więc Rosji. Potrzebuje rosyjskich pieniędzy, ponieważ to dzięki nim realizuje kontrakt socjalny, który zawarł ze swoim społeczeństwem (tańszy gaz, usługi komunalne, wypłacane na czas emerytury, spokój w kraju etc.).

Analitycy twierdzą, że Putina mdli na widok Łukaszenki. Łukaszenka też pewnie od czasu do czasu wspomina, że widział się na miejscu Władimira Władimirowicza, że miał rządzić „imperium”, a nie małą Białorusią. Jednak przez najbliższe lata ci dwaj politycy są na siebie skazani. W rosyjskiej polityce międzynarodowej Białoruś nie zajmuje bardzo znaczącego miejsca. Dla Białorusi Rosja to kraj najbliższy i najważniejszy (mowa tu nie tylko o elitach politycznych, ale też o społeczeństwie). To dla Łukaszenki pewnie nie najlepszy układ. Ale każdy inny jest równie zły.


Małgorzata Nocuń (ur. 1980) – redaktorka „Nowej Europy Wschodniej”, dziennikarka „Tygodnika Powszechnego”, w latach 2004–2006 jego korespondentka na Ukrainie i Białorusi. Wraz z Andrzejem Brzezieckim opublikowała książki Białoruś. Kartofle i dżinsy, Ograbiony naród. Rozmowy z intelektualistami białoruskimi i Armenia. Karawana śmierci. W 2014 roku została wyróżniona w konkursie Amnesty International „Pióro Nadziei” za reportaż z Kaukazu Północnego.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać