Kinga Dunin czyta

Były sobie Mary i Mary…

Mary_Wollstonecraft

Co znaczyło walczyć o niezależność kobiety na przełomie XVIII i XIX wieku? W czasach, kiedy kobieta była wraz ze swoimi dziećmi i majątkiem własnością mężczyzny, a on mógł ją bić, gwałcić, więzić. O tym przeczytacie w znakomitej podwójnej biografii „Buntowniczki. Niezwykłe życie Mary Wollstonecraft i jej córki Mary Shelley”.

Charlotte Gordon, Buntowniczki. Niezwykłe życie Mary Wollstonecraft i jej córki Mary Shelley, przeł. Paulina Surniak, Wydawnictwo Poznańskie 2019

Była druga połowa sierpnia 1801 roku. W pewne słoneczne popołudnie, kilka mil na północ od Londynu, trzyletnia Mary Godwin trzymała ojca za rękę, wchodząc na dziedziniec kościoła St. Pancras. Szli na grób matki.

Kto to jest Mary Godwin? I czy warto wiedzieć, kim jest jej matka? Czy chodzi tylko o to, że była sierotką? Na początek trzeba chyba przedstawić bohaterki i bohaterów tej scenki oraz całej historii.

Mary Godwin (1797–1851), jak wskazuje nazwisko, była córką William Godwina – angielskiego oświeceniowego myśliciela, pisarza, w gębie trochę anarchisty, ateisty, przeciwnika instytucji małżeństwa. Znamy ją jednak jako Mary Shelley, autorkę Frankensteina. To każdemu pewno obiło się o uszy. Podobnie jak Shelley – angielski poeta romantyczny.

BuntowniczkiDużo ważniejsza od ojca jest jednak matka – Mary Wollstonecraft (1759–1797). W Polsce mało znana, chyba że jesteś feministką\feministą. Filozofka, prekursorka feminizmu, napisała Wołanie o prawa kobiety, walczyła o te prawa piórem i własnym życiem. Tylko co my właściwie o niej wiemy? Historia feminizmu nie może się bez niej obyć, na portretach wygląda dość szacownie, jak to damy w tamtych czasach. Uważała, że kobiety też powinny mieć prawo do edukacji, bo są równie rozumne jak mężczyźni. Opisywała też opresję, w jakiej żyły w XVIII wieku. Jej nazwisko mam na feministycznym tiszercie, ale, szczerze mówiąc, nigdy nie próbowałam dowiedzieć się więcej. Wyobrażałam ją sobie jako w miarę bogatą panią, która miała czas i może nawet własny pokój oraz poglądy, które umiała przelać na papier, co więcej, zostały opublikowane – czyli nie było tak źle. Nazwisko wypada znać, ale dzieła są już historyczne. Spójrzcie na daty – tak, umarła w tym samym roku, kiedy urodziła córkę. Dziesięć dni po porodzie, na gorączkę połogową, bo lekarze jeszcze nie wiedzieli, że trzeba umyć ręce.

Chociaż matka odumarła Mary tak wcześnie – jak dowodzi autorka ich podwójnej biografii – jej postać i poglądy miały wpływ na życie córki. Właśnie dlatego biografia jest podwójna, żeby pokazać, że wbrew pozorom wiele je łączyło. I pisana jest naprzemiennie – to przenoszenie się z jednych czasów do drugich, z wieku XVIII do XIX, początkowo może wprowadzać trochę zamieszania do głowy czytelnika, ale ostatecznie okazuje się dobrym zabiegiem. Poza tym ważnymi postaciami będą Claire, przyszywana siostra Mary (córka jej macochy), oraz lord Byron, też romantyczny poeta – napisał Wędrówki Childe Harolda, kiedyś to było w czytankach szkolnych. Pojechał do Grecji walczyć o wolność (z Turkami), dostał gorączki i umarł – tyle też wiemy ze szkoły. Jednak takie biografie pisze się po to, żeby występujące w nich postacie zdjąć z pomników, wyjąć z kontekstu krótkich notek z Wikipedii i oklepanych formułek. Dlatego Buntowniczki to naprawdę fascynująca lektura. I nie powinna nas przerażać jej objętość (blisko 700 stron!) – jak widać, jest o czym pisać.

Takie biografie pisze się po to, żeby występujące w nich postacie zdjąć z pomników, wyjąć z kontekstu krótkich notek z Wikipedii i oklepanych formułek.

Oczywiście Buntowniczki pokazują nam to, czego się domyślamy. Czyli co to znaczyło walczyć o niezależność kobiety na przełomie XVIII i XIX wieku. W czasach, kiedy kobieta była wraz ze swoimi dziećmi i majątkiem własnością mężczyzny, a on mógł ją bić, gwałcić, więzić.

Mary Wollstonecraft wychowała się w rodzinie, gdzie ojciec pił, bił, gwałcił żonę, przepuszczał pieniądze, była kupa rodzeństwa i matka w nieustannej depresji. Jeśli chodzi o prawo, jedyny postęp, jaki nastąpił w tym czasie, to to, że nie wolno już było bić żony kijem o grubości większej od kciuka. No i te wszystkie obyczaje, które skazywały na ostracyzm kobiety zbyt samodzielne albo takie, które urodziły nieślubne dzieci, albo wdały się w jakieś romanse. Oczywistą oczywistością było przekonanie, że kobiety nie umieją pisać tak jak mężczyźni, i Frankensteina musiał za Mary na pewno napisać Shelley! Nikt natomiast nie dostrzegał jej wpływu na dzieła Shelleya, które po jego śmierci odtwarzała z zabałaganionych rękopisów i redagowała. A przy okazji – niestety – ugrzeczniała jego biografię, tak żeby mógł zostać zaakceptowany w wiktoriańskiej Anglii. Na docenienie swojej twórczości i roli matka i córka musiały czekać aż do lat 70. XX wieku, przedtem lekceważone albo wyśmiewane, z piętnem skandalistek.

Kto się boi Mary Shelley?

Możemy na to spojrzeć też jak na historię wolnomyślicieli i nonkonformistów na styku dwóch prądów: oświecenia i romantyzmu (z jednej strony kiełkująca idea praw człowieka, z drugiej gloryfikacja uczuć i transgresji). Istniały pewne enklawy wolności, jednak żeby z nich skorzystać, potrzebne były pieniądze. Poza tym, mimo że w zasadzie mężczyźni i kobiety, bohaterowie tej opowieści, mieli podobne poglądy, ich konsekwencje bywały dla nich różne.

Niesłychanie bogaty Byron, biseksualista, mógł sobie pozwolić w zasadzie na wszystko. Posiadanie kobiet i chłopców. Jeździł karocą wyglądającą jakby należała do Napoleona, wożąc ze sobą cały dwór i menażerię. Miał krótki romans z Claire, siostrą Mary Shelley, który zaowocował narodzinami ich córki. Córkę odebrał matce, a kiedy miała cztery lata, umieścił w klasztorze, gdzie szybko umarła. Unieszczęśliwił Claire, która nie umiała się pogodzić ani z porzuceniem, ani tym bardziej ze śmiercią odebranego jej dziecka.

Wollstonecraft była niesamowicie dzielną kobietą, której udawało się zarabiać na siebie, wynajmując się jako guwernantka, później pisaniem. Pojechała do Francji w czasach Wielkiego Terroru, kiedy gorączkowo pracowały gilotyny, i wysyłała stamtąd relacje, wyprawiła się do Szwecji, Danii i Norwegii, żeby szukać półmisków Burbonów ukradzionych jej niby-mężowi, co też zaowocowało książką. Jednak nieobce jej były silne emocje i erotyczne pragnienia.

Zanim wyszła za mąż, dwukrotnie się zakochiwała – obsesyjnie, desperacko i nieszczęśliwie. Bywało, że prześladowała swoim zainteresowaniem mężczyzn, co stało się powodem okrutnych kpin i poniżających opinii. Dwukrotnie próbowała się zabić. Z drugiego z tych związków miała córkę, była samotną matką, starającą się na siebie i dziecko zarobić. Córka później popełniła samobójstwo. Jej małżeństwo z Godwinem zostało zawarte, kiedy była w ciąży, po to, żeby jej druga córka, Mary, nie była bękartem. Było to – jak na owe czasy – wzorcowe małżeństwo równych ludzi, oboje mieli pracować i dzielić się obowiązkami. Nie do końca jednak tak to wyglądało, bo zajmowanie się domem stało się udziałem żony.

Kowalczyk: Role i władza podzielone są przeważnie po staremu

Mary Godwin uciekła z Shelleyem, piewcą wolnej miłości, kiedy miała niespełna siedemnaście lat. On porzucił dla niej żonę z dwójką dzieci, później żona popełniła samobójstwo. Razem z nimi uciekła też Claire. Możliwe, że poza Byronem utrzymywała relacje seksualne także z Shelleyem, w każdym razie ich przyjaźń była zdecydowanie zbyt bliska jak dla Mary, a jej stosunki z siostrą były bardzo trudne. Po ucieczce córki liberał Godwin zerwał z nimi wszelkie kontakty (tak, ten przeciwnik małżeństwa), poza prośbami do Shelleya o pomoc finansową.

Percy Shelley z powodu własnej głupoty i próżności utonął, kiedy Mary miała dwadzieścia pięć lat. W czasie ich związku była ona pięć razy w ciąży – jedno dziecko umarło zaraz po porodzie, dwójka ukochanych dzieci już w starszym wieku, raz poroniła. Te dramaty sprawiły, że małżonkowie się od siebie odsunęli, a ona, według dzisiejszej terminologii, była w ciężkiej depresji. On w tym czasie mógł mieć jakiś romans, ale to ona była oskarżana o to, że jest złą, uciążliwą żoną.

George Eliot był kobietą

Jak widać, buntowniczki musiały nie tylko poradzić sobie w świecie patriarchalnych przesądów i średniowiecznych obyczajów, ale też w tym bardziej wolnym środowisku, w którym doceniano ich talent, intelekt, rozmawiano jak z partnerkami, jednak na głębszym poziomie … No cóż, też miały w plecy.

Nie zamierzam wyciągać z tego wniosków konserwatywnych – patrzcie, jaką cenę zapłaciłyście za tę całą waszą niezależność! Raczej taki, że patriarchat – czy dostrzegacie tu jakieś współczesne analogie? – ma bardzo długie korzenie. Wolność, którą w porównaniu z XVIII wiekiem mamy, a o którą walczyła dla wszystkich kobiet Wollstonecraft, nadal miewa swoją cenę i jeszcze to i owo zostało do zrobienia.

„Ja? Lepiej poproście kolegę, on sobie poradzi”

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.