Czytaj dalej

XVI-wieczni elektorzy często kierowali się żołądkiem i doraźnymi korzyściami. Jak jest dziś?

krol ktory uciekl napiecek wywiad

Czy z historii pierwszej wolnej elekcji możemy wyciągnąć jakąś lekcję na temat współczesności? Rozmowa z Jędrzejem Napieckiem, autorem powieści „Król, który uciekł”.

Jaś Kapela: Przed nami kolejne wybory, niektórzy uważają, że ostatnie wolne wybory w Polsce, tymczasem akcja twojej debiutanckiej powieści rozgrywa się wokół pierwszej wolnej elekcji. Jak wyglądały wybory, które zakończyły się zwycięstwem Henryka Walezego?

Jędrzej Napiecek: Źródła historyczne wspominają o stutysięcznym tłumie, który przybył na pole elekcyjne we wsi Kamień pod Warszawą. Oczywiście nie wszyscy byli uprawnieni do głosowania, tylko stan szlachecki. To była XVI-wieczna interpretacja demokracji: chłopów, mieszczan czy kobiet nie dopuszczono do głosowania.

Dziś wszystkich się dopuszcza, ale blisko połowa i tak nie korzysta… A jakich mieliśmy pretendentów do tronu?

O koronę rywalizowało kilku kandydatów. Stefan Batory z Siedmiogrodu i Albert Fryderyk z Prus reprezentowali zbyt małe kraje, aby sojusz z nimi był politycznie opłacalny. Jan III Waza cieszył się stosunkowo wysokim poparciem, jednak wojny domowe w Szwecji osłabiały jego pozycję. Kandydatury Iwana IV, cara moskiewskiego, na serio rozważali tylko nieliczni – jego tyrańskie skłonności były powszechnie znane, a w dodatku dyktował drakońskie warunki, między innymi inkorporację Litwy do państwa moskiewskiego.

Głównym przeciwnikiem Henryka Walezego do ostatniej chwili pozostawał Ernest Habsburg, którego ród był wówczas na fali wznoszącej. Wpływy Habsburgów roztaczały się już na Hiszpanię, Austrię, Węgry i Czechy. Gdyby dorzucić do tego Rzeczpospolitą – powstałby kontynentalny moloch, któremu prawdopodobnie żaden kraj nie byłby w stanie się przeciwstawić. W dodatku Habsburgowie dość sprytnie agitowali na rzecz swojego kandydata. Rozumieli moc propagandy i PR-u. Podczas gdy pozostali reprezentanci przemawiali do wyborców po łacinie, oni wystawili posła Wilhelma z Rožemberku, który operował czeską mową, co już na poziomie swojskiej melodii języka budowało pozytywne wrażenie wśród Polaków. Francuscy dyplomaci, widząc, jakie wrażenie wywarło to na wyborcach, musieli zmienić plany. Mający przemawiać biskup Monluc udał chorobę, aby zyskać kilka dni na opracowanie nowej strategii. Zlecił tłumaczenie swojej oracji na język polski i zatrudnił setkę skrybów, aby przepisali ją w tysiącu kopii, które następnie rozdano elektorom.

Co ostatecznie przeważyło za elekcją Walezego – wyrachowany gest Monluca czy może chęć zrównoważenia układu sił na geopolitycznej mapie Europy? – nie wiadomo. W pewnym sensie na pewno dokonano wyboru „mniejszego zła” – istniało ryzyko, że Habsburgowie, Rosjanie czy Szwedzi, ze względu na bliskość granic, mogliby zbyt mocno ingerować w wewnętrzne sprawy królestwa. A Francja była daleko.

Henryk Walezy i giętki język Polacrona

czytaj także

Z twojej powieści dowiedziałem się, że kulturalna i cywilizowana Francja nie we wszystkim przewyższała zaściankową Polskę. Na przykład w kwestii toalet…

W tamtych czasach Francuzi byli mało higienicznym narodem, który potrzeby fizjologiczne załatwiał w kominkach. Odór w Luwrze był wszechobecny. Na tym tle system toalet i wychodków na Wawelu okazał się prawdziwym luksusem dla Henryka Walezego. Do komnat królewskich przylegało specjalne pomieszczenie, zwane locus secretus, zaopatrzone w siedzisko z dziurą połączoną z systemem kanalizacji, która odprowadzała nieczystości poza mury zamku. Henryk zakochał się w polskich wychodkach tak bardzo, że po ucieczce z tronu wprowadził we Francji ubikacje na wzór krakowskich. Swego czasu dużo się w mediach mówiło o tym, że ponoć Polacy nauczyli Francuzów korzystać z widelców. To niekoniecznie prawda, możemy jednak być dumni z innego powodu: bez wątpienia nauczyliśmy Francuzów defekować w cywilizowanych warunkach.

Aż dziwne, że nasze ministerstwo kultury nie propaguje tej informacji. Jednak wracając do pierwszej elekcji, niewątpliwie trochę się zmieniło od tamtych czasów…

Zdecydowanie tak. Wówczas o losach kraju decydował tylko uprzywilejowany stan szlachecki. Dzisiaj mamy demokrację parlamentarną.

Jednocześnie trochę rzeczy pozostało bez zmian: klientyzm, przekupywanie wyborców…

Pole elekcyjne pełne było garkuchni, które rozdawały darmowe jedzenie w zamian za obietnice poparcia politycznego. To była typowa, wręcz dosłowna, „kiełbasa wyborcza”. Elektorzy często kierowali się żołądkiem i doraźnymi korzyściami zamiast politycznym pragmatyzmem. W demokracji decyzje podejmują jednostki, zazwyczaj w oparciu o swoje osobiste potrzeby. Interes społeczny często bywa dla nich zbyt abstrakcyjny. Widzimy to dzisiaj chociażby na przykładzie dyskusji o zmianach klimatycznych. Widmo odłożonej w czasie katastrofy przegrywa z możliwością napełnienia brzucha tu i teraz. Niestety populizm jest ściśle związany z demokracją. To pułapka, którą trudno ominąć.

Głód, zniszczenie, choroby, migracje i wojna. Tak, mowa o twoim życiu

No nie wiem. Przykłady paneli obywatelskich pokazują, że dobrze poinformowani obywatele mogą podejmować racjonalne decyzje, niekoniecznie kierując się własnymi korzyściami, ale dobrem wspólnym. Tylko niestety politykom nie zawsze jest na rękę, żeby obywatele byli dobrze poinformowani, a wręcz przeciwnie. Jeszcze bardziej nie opłaca się to biznesowi… Czy podczas pierwszej wolnej elekcji mieliśmy też innych graczy oprócz pretendujących do tronu?

Przede wszystkim rywalizowały dwa stronnictwa: katolickie i protestanckie. W Europie toczyły się wówczas krwawe wojny religijne, czego najbardziej jaskrawym przykładem był mord tysięcy hugenotów we Francji podczas Nocy Świętego Bartłomieja. Na tym tle Rzeczpospolita cieszyła się sławą tolerancyjnego azylu. Kwestia religijna była kluczowym argumentem przeciw Henrykowi Walezemu, którego ród bezpośrednio odpowiadał za paryską masakrę. Polscy protestanci wymusili na nim przysięgę tolerancji, a także okazali daleko idącą solidarność ze swoimi francuskimi pobratymcami. Efektem elekcji Henryka na króla – i jednym z jej warunków – było ograniczenie prześladowań hugenotów we Francji.

To bardzo ciekawe, bo nie kojarzę, żeby współcześnie wybrano jakieś władze pod warunkiem, że nie będą kogoś prześladować. Jest wręcz przeciwnie. No, ale może skala prześladowań jest obecnie mniejsza, a zakaz dyskryminacji znajduje się w prawodawstwie większości państw. Polska tolerancja jest sławna do dziś, ale czy rzeczywiście w XIV wieku byliśmy tacy tolerancyjni dla obcych?

Byliśmy tolerancyjni jak na standardy XVI wieku. W tak wieloetnicznym kraju jak Rzeczpospolita tolerancja wiele ułatwiała.

Ciekawe jest też, że o tytuł króla Polski starali się wyłącznie obcokrajowcy. Dziś w erze państw narodowych i nacjonalizmów jest praktycznie niemożliwe, żeby cudzoziemiec został wybrany na tak kluczowe stanowisko.

Istniało stronnictwo piastowskie popierające kandydaturę Polaka na króla, ale nie zgłosił się żaden wystarczająco prominentny kandydat, żeby rozważać jego wybór na poważnie. Dlaczego żaden znaczący Polak nie chciał rządzić Polakami? Nie do końca wiadomo. Może w grę wchodziła kwestia przywilejów szlacheckich? Arystokraci cieszyli się wówczas pakietem wolności i względów, natomiast władza królewska była mocno ograniczona prawem. Król nie mógł podejmować samodzielnych decyzji bez zgody sejmu. W pewnym sensie pełnił rolę marionetki. Z tej perspektywy w XVI-wiecznej Rzeczpospolitej bardziej opłacało się być szlachcicem niż królem.

W swojej powieści opisujesz, że pierwsza polska wolna elekcja była w gruncie rzeczy sterowana z tylnego siedzenia przez pewnego niskorosłego szlachcica, który chciał się zemścić na Henryku i ojczyźnie… Co też mi trochę przypomina czasy współczesne.

W XVI-wiecznej Rzeczpospolitej bardziej opłacało się być szlachcicem niż królem.

Analogia pomiędzy Janem Krasowskim a Jarosławem Kaczyńskim rzeczywiście jest wyraźna, jednak nie myślałem o tym w ten sposób podczas pisania powieści. Kiedy rozpoczynałem pracę nad historią Henryka Walezego, 5-6 lat temu, PiS był w opozycji.

Nie wzorowałeś się na Kaczyńskim? Krasowski ma dużo cech prezesa, choćby kompleks niższości, nienawiść do elit, cynizm i specyficzne poczucie humoru…

Moim podstawowym celem było napisanie powieści rozrywkowej, nie politycznej. Takiej, która trafiłaby do szerokiego kręgu odbiorców. Dlatego prędzej wzorowałem się na postaci Tyriona Lannistera z Gry o tron niż na prezesie Kaczyńskim. Chociaż, gdy myślę o tym teraz, możliwe, że da się znaleźć punkty styczne. Na pewno Krasowski i Kaczyński dzielą głębokie poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, które ich spotkały. Wydaje mi się jednak, że ostatecznie Krasowski inaczej radzi sobie z trudnymi emocjami. Zamiast zmienić świat, żeby dostosował się do niego, dokonuje pracy wewnętrznej, żeby pogodzić się z samym sobą i żyć dalej.

Dlaczego nie podpiszę petycji o remake „Gry o tron”

Czego również życzyłbym prezesowi PiS. Rzeczywiście Król, który uciekł dał mi dużo rozrywki, pewnie znacznie więcej niż ostatni sezon Gry o tron. Ale o polskiej polityce też można by zrobić niezłą komedię, co niestety nie udało się Patrykowi Vedze. Z pewnością film na podstawie twojej powieści byłby zabawniejszy. Ostatnio mamy coraz więcej filmów opartych na polskiej historii. Obawiam się tylko, że opisane przez ciebie wydarzenia nie opisują akurat tego fragmentu dziejów, o którym chciałaby przypominać rządząca partia.

Na pewno Krasowski i Kaczyński dzielą głębokie poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, które ich spotkały.

A szkoda, bo był to fascynujący okres. Rzeczpospolita naprawdę należała wówczas do najważniejszych graczy na politycznej mapie Europy. Było to też spełnienie dzisiejszych marzeń partii rządzącej o koncepcji Międzymorza. Może warto byłoby przyjrzeć się, choćby w kinie, jak realizacja tego postulatu mogłaby wyglądać w praktyce? XVI-wieczna Rzeczpospolita Obojga Narodów była krajem wieloetnicznym, obok Polaków i Litwinów mieliśmy też sporo Żydów, Prusaków czy Tatarów. Taki zlepek kultur wymagał bardzo tolerancyjnego, kosmopolitycznego wręcz podejścia do kwestii ideologicznych, co już niekoniecznie zgadzałoby się z wizją PiS-u.

Dlatego w polskiej kinematografii narodowej królują dziś inne trendy, bardziej bezpieczne i wyrachowane. Podkreśla się heroizm, martyrologię. Portretuje się momenty tragiczne albo szuka epizodów chwały, by po sienkiewiczowsku „pokrzepiać serca”. Moim zdaniem to myślenie przestarzałe. Król, który uciekł idzie nieco pod prąd tego nurtu. Proponuje inne spojrzenie na historię. Bardziej zniuansowane. I nie tak śmiertelnie poważne.

Niedawno wydaliśmy raport Polityczny cynizm Polaków, którego jednym z wątków jest niechęć Polaków i Polek do polityki. To też się chyba niespecjalnie zmieniło od XVI wieku?

Trudno powiedzieć, bo nikt nie prowadził takich badań w renesansie. Natomiast moim zdaniem niechęć do polityki nie jest najważniejszym wnioskiem wynikającym z tego raportu. O tym, że ludzie uważają politykę za brudną, wiedzieliśmy już wcześniej. Nowością jest natomiast pewne odejście od idealistycznego postrzegania wyborców. Wszyscy dobrze wiemy, że politycy są brudni, owszem, ale współcześni wyborcy również nie są krystalicznie czyści. To już nie potulne baranki, które ślepo wierzą w sprzedawaną im przez polityków wizję.

Z tego raportu wynika przecież, że wielu zwolenników Prawa i Sprawiedliwości fundamentalnie rozmija się z ideologią partii rządzącej. Godzą się jednak na pewną religijno-patriotyczną maskę tego ugrupowania, dopóki ich interesy są realizowane. Ich deklaracje polityczne nie są podyktowane idealizmem, lecz stoją za nimi skomplikowane procesy myślowe, a ostateczny wybór jest wynikiem wielu kompromisów. Szczególnie opozycja tego nie rozumie i najchętniej nadal myślałaby o wyborcach PiS-u w kategoriach „moherowych beretów”. Mają wyborców za głupszych, niż są faktycznie. Efekty takiej stereotypizacji widać w sondażach wyborczych.

Polityczny cynizm Polaków. Raport z badań socjologicznych

Fascynujące są też inne badania, które pokazały, że osoby identyfikujące się z obozem liberalnym de facto bardziej sterotypizują, czy wręcz dehumanizują swoich politycznych przeciwników niż teoretycznie nietolerancyjni i konserwatywni wyborcy PiS-u. Ale liberalny i postępowy Henryk Walezy również nie był najlepszego zdania o swoich poddanych.

To, że Henryk widział w Polakach dzikich barbarzyńców, to akurat kolejny stereotyp, z którym polemizuję w mojej powieści. Tak naprawdę Polacy wielokrotnie zawstydzili Henryka swoim poziomem wykształcenia. Znali łacinę, język francuski czy włoski, podczas gdy Francuz swobodnie operował tylko swoją ojczystą mową. Polacy mieli jednak kiepski PR we Francji, stąd uprzedzenia.

Czy z historii pierwszej wolnej elekcji możemy wyciągnąć jakąś lekcję na temat współczesności?

Nie oceniajmy po pozorach.

**
Jędrzej Napiecek – scenarzysta filmowy, teatralny i gier komputerowych. Opublikował kilkadziesiąt artykułów i esejów w prasie ogólnopolskiej, pisał scenariusze telewizyjne, m.in. do komediowej serii „Drunk History”. Finalista kilkunastu konkursów literackich i scenariuszowych. Autor dwóch dramatów wystawianych w teatrze: Onanizm oraz Another day in the west. Założyciel niezależnego studia ACT ZERO, które realizuje gry z nurtu indie oraz „serious games”. Książka Król, który uciekł, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej, to jego debiut powieściowy.

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor trzech książek z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i zbioru felietonów „Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”. W 2018 roku ukazała się jego najnowsza książka, „Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.