Czytaj dalej

Terapią jest wolność, czyli utopia za rogiem [fragment książki]

Jerzy Jarniewicz

Stary system szpitalnictwa psychiatrycznego opierał się na autokratycznej hierarchii. Decyzje przychodziły z góry, a próby stawiania oporu odczytywane były jako symptomy choroby, potwierdzające konieczność dalszej izolacji pacjenta. A u progu lat 60. włoski psychiatra Franco Basaglia zburzył mur oddzielający szpital psychiatryczny od miasta i zrobił w tym szpitalu rewolucję. Fragment książki Jerzego Jarniewicza „Bunt wizjonerów”.

Obalania muru nie trzeba objaśniać. To obraz, który przemawia bez interpretacji, znacząc dokładnie to, czym jest. I to niezależnie od kultury, czasów, miejsca, w których to obalanie się odbywa. Dlatego kiedy widzę grupę ludzi, w różnym wieku, kobiety i mężczyzn, pracujących wespół przy rozbiórce muru, wiem, że dzieje się coś wyzwalającego, choć nie mam jeszcze pojęcia, co to za ludzie ani gdzie wznosił się mur. W mojej pamięci żyją jeszcze obrazy obalania muru w niemieckiej stolicy, te sceny z jesiennego festiwalu radości ludzi, ludu i ludów, kiedy pokryty kolorowym graffiti symbol zniewolenia i podziału kruszył się pod uderzeniami niegroźnych w sumie młotków i młoteczków. Ale to nie Berlin.

Jerzy Jarniewicz
Jerzy Jarniewicz. Fot. Biuro Literackie

Początek lat sześćdziesiątych. Jesteśmy we włoskiej części przygranicznego miasta Gorycja. Tuż za miedzą leży druga, obcojęzyczna – bo słoweńska – część tej miejscowości przeciętej linią graniczną tak absurdalnie wyznaczoną przez międzynarodową komisję po drugiej wojnie światowej, że tnie w poprzek ulic, osiedli, parków. Wielojęzyczny tygiel kultur i społeczności, ofiara politycznych kalkulacji i kompromisów rozgrywających się ponad głowami tych, których te decyzje bezpośrednio tyczą.

Mur, o którym mowa, nie jest jednak murem granicznym. Oddzielał nie Słowenię od Włoch, ale świat ludzi uznających się za „normalnych” od świata ludzi uznawanych za „odbiegających od normy”, a tym samym – w oczach tych, którzy się za strażników normy uważają lub bez trwałych, niewzruszonych norm nie wyobrażają sobie życia – za groźnych, nieodpowiedzialnych, wymagających izolacji. To mur szpitala psychiatrycznego. Instytucji, która uwięzionym w niej pacjentom odebrała, i to bez wyroków sądowych, podstawowe prawa. Odebrała im wolność, zamykając ich na lata w szpitalnych celach bez klamek. Odebrała im tożsamość, nadając numery. Odebrała grzebienie, obrączki, broszki, kolczyki, pióra, nożyczki, zegarki, sznurowadła. Ostrzygła ich, ogoliła, ubrała w piżamy, przywiązała do łóżek, niektórych osadziła w klatkach, innym poprzecinała połączenia w mózgowiu, poddała elektrowstrząsom i wstrząsom insulinowym. To głównie schizofrenicy, ale nie tylko, bo w tym czasie za szaleńców, których należy – w imię ich dobra i bezpieczeństwa ogółu – izolować, uznawano też osoby z zespołem Downa, alkoholików, epileptyków1. To oni wespół z grupą pracowników szpitala rozebrali mur oddzielający ich od świata.


Jeden z lekarzy wspomina, że jeszcze kilka dni po rozbiórce pewien pacjent spacerował po podwórzu, jakby ten mur nadal tam stał. Pacjent zbliżał się do tego miejsca, do tego nieistniejącego nigdzie indziej jak tylko w jego umyśle muru, odwracał się i odchodził. Dopiero po paru dniach, gdy ostrożnie wystawił stopę za linię wyobrażonego ogrodzenia i nic się nie stało, nie padł żaden strzał, nie rozstąpiła się ziemia, zrobił krok dalej, wyszedł za granicę, gdzie się przekonał, że świat zewnętrzny go bez problemu przyjął, poprzebywał więc w tym otwartym dla niego świecie i wrócił2.

Instytucja totalna

W szpitalu psychiatrycznym w Gorycji, gdzie rozebrano mur oddzielający tę instytucję od miasta, zdarzyło się coś, co mógłbym nazwać utopią wcieloną. Odmienną od totalitarnych projektów, z których zasłynął wiek XX, a które wymyślili inżynierowie dusz ludzkich napędzani wiarą, że wiedzą, co ludzi uszczęśliwi i jakiego świata ludzkość, odmieniana namiętnie przez wszystkie przypadki, pragnie. W Gorycji utopia ciałem się stawała, i to na naszych oczach, jakby wbrew temu wszystkiemu, co z tym słowem gotowi bylibyśmy łączyć. Utopia wspólnoty ludzi w swoich prawach równych, wolnych i upodmiotowionych spełniła się tu, w Gorycji, zadając kłam tym wszystkim, którzy przed utopią, z mądrości i dojrzałości swojej, ostrzegają. Ale po kolei.

Problemy psychiczne – czas na pomoc, nie na stygmatyzację!

Kiedy zimą 1961 roku niespełna czterdziestoletni włoski psychiatra Franco Basaglia przyjechał do Gorycji, żeby objąć funkcję dyrektora tamtejszego szpitala psychiatrycznego, przeraziło go to, co za jego murami zobaczył, choć w życiu, mimo stosunkowo młodego wieku, widział już niemało. W czasie drugiej wojny światowej włączył się w ruch antyfaszystowski, a kiedy jeden z działaczy wpadł, zaczął sypać i sypnął także Basaglię, ten po pięciodniowym przesłuchaniu trafił na pół roku do celi. Wiedział więc z doświadczenia, czym jest więzienie, dobrze pamiętał, jaki był los więźnia pozostającego na łasce faszystowskich nadzorców. Jeśli wojenne wspomnienia odżyły w nim, gdy po raz pierwszy oglądał zakład psychiatryczny w Gorycji, miał powody, by na taką rzeczywistość, choć istniejącą pod innym szyldem i pod pozorem niesienia chorym pomocy, nie wyrazić zgody. Widząc w szpitalu obraz zniewolenia: ogolonych pacjentów ubranych w piżamy, przywiązanych do łóżek i zamkniętych w celach, ciemne korytarze cuchnące fekaliami, wysoki mur odgradzający od wolnego świata, rozpoczął konkretne działania. Zgromadził wokół siebie krąg podobnie myślących, głównie młodych ludzi gotowych wprowadzać z nim zmiany. Jedną z pierwszych była decyzja zburzenia muru.

Przyrównanie szpitala psychiatrycznego do więzienia, a nawet do obozu koncentracyjnego, które przyszło na myśl Basaglii, nie było jednorazowym werbalnym ekscesem, który razi – wydawałoby się – nieuprawnionym przejaskrawieniem. Użył go także, w wersji bardziej radykalnej, wspierający antypsychiatrów socjalistyczny minister zdrowia Luigi Mariotti, gdy w przemówieniu wygłoszonym w Mediolanie w 1965 roku przyznał: „Nasze szpitale psychiatryczne są jak niemieckie obozy koncentracyjne, to dantejskie komory piekła”. Wzbudził tymi słowami oburzenie środowiska włoskich psychiatrów. Podobnie widział te instytucje współpracownik Basaglii Agostino Pirella, który opisując szpital w Mantui w latach pięćdziesiątych, powiedział, że była to znakomicie zorganizowana instytucja, „jak obóz koncentracyjny”3. Do obozu, co ważniejsze, w publicznej wypowiedzi przyrównała zakłady psychiatryczne również jedna z pacjentek, była więźniarka hitlerowskich lagrów. Takie porównania miały szokować i szokowały, uprzytomniając opinii publicznej powagę sytuacji w instytucjach, o których przeciętny obywatel niewiele myślał, a nie wiedział nic.

Że to chwyt retoryczny, wiadomo. Mimo to nie sposób było nie zauważyć rzeczywistych podobieństw między obiema instytucjami, które socjolog Erving Goffman (…) nazwał „instytucjami totalnymi”. I szpital, i obóz ubezwłasnowolniały ludzi w nich osadzonych (i pacjentów, i więźniów), odbierając im ich podstawowe prawa, w obu miejscach przeprowadzano na nich eksperymenty medyczne, w obu funkcjonowały rygorystyczna dyscyplina i system kar za jej złamanie, a także hierarchiczna struktura władzy, dająca nadzorcom prawo do decydowania jeśli nie o życiu, to o losie podwładnych. Rozprawa z działającym we Włoszech systemem opieki psychiatrycznej, przywodzącym na myśl rzeczywistość obozów koncentracyjnych, była w pewnej mierze rozliczeniem Włoch z faszystowskiej przeszłości. Z tego wszystkiego, co z tej przeszłości w mniej oczywistych postaciach pozostało. To nie przypadek, że podstawową lekturą Basaglii i jego współpracowników były nie tylko książki Goffmana, Lainga i Foucaulta, ale też Czy to jest człowiek Prima Leviego, pisarza, więźnia Auschwitz, który opisał mechanizmy obozowego upodlania ludzi, niszczenia ich godności, a w końcu – fizycznego unicestwiania.

Rozmowa wolnych ludzi

Z quasi-więziennej instytucji, opartej na ubezwłasnowolnieniu pacjentów i niekwestionowanym autorytecie władzy, Basaglia stworzył wspólnotę, której podstawową formą aktywności były codzienne narady. Mogli brać w nich udział wszyscy bez względu na zajmowane we wspólnocie miejsce: lekarze, sanitariusze, pielęgniarki, personel techniczny, pacjenci, ich rodziny, a później także wszyscy zainteresowani z zewnątrz.

W szpitalu psychiatrycznym w Gorycji zdarzyło się coś, co mógłbym nazwać utopią wcieloną.

Spotkania te zaczynały się codziennie o dziesiątej rano. Tematem rozmów było wszystko, od kwestii dotyczących konieczności noszenia fartuchów, przez sprawy zaopatrzenia kuchni i ustawienia mebli w pokojach, aż po zagadnienia wagi ciężkiej, takie jak znaczenie normy i dewiacji, pojęcie choroby i prawa pacjenta. To podczas tych wspólnych narad podejmowano decyzje, czy pacjent, któremu dotychczas zakazywano opuszczania szpitala, może wyjść do miasta lub z wizytą do domu. Uczestnictwo w naradach nie było obowiązkowe, a każdy, kto chciał zabrać głos, mógł mówić we właściwym sobie tempie, choćby z długimi, wypełnionymi milczeniem przerwami, podczas których formowała się, nierzadko z trudem, myśl. Lekarze uczestniczący w naradach nie wyróżniali się strojem, przychodzili bez fartuchów, bez krawatów, zostawiali za progiem oznaki swojej odrębnej społecznej pozycji. Pozbawieni zewnętrznych symboli władzy stawali się partnerami w dyskusji, ani bardziej, ani mniej ważnymi, z którymi można się było spierać.

W społeczności tej nie było lidera. Basaglia, choć uczestniczył we wszystkich naradach, zazwyczaj głosu nie zabierał, słuchał, siedząc, jeden pośród wielu. Te narady całej szpitalnej wspólnoty wzbudzały u przyjezdnych zaciekawienie, u niektórych – entuzjazm. Dziennikarz Franco Pierini na przykład pisał: „Błędem byłoby twierdzić, że ci mężczyźni i kobiety rozmawiają jak my i spierają się jak my. Oni robią to od nas lepiej. To, jak prowadzą dyskusje, jak angażują się w dialektykę przeciwstawnych poglądów, jak dochodzą do wniosków bez poszukiwania kozłów ofiarnych, bez wywoływania u kogokolwiek poczucia przegranej, zostawia nas daleko w tyle”4.

Problemy psychiczne – czas na pomoc, nie na stygmatyzację!

Organizowane przez Basaglię narady były nie tyle elementem reformy starego systemu, ile aktem jego odrzucenia. Stary system szpitalnictwa psychiatrycznego opierał się na autokratycznej hierarchii, wszystkie decyzje podejmowali przełożeni, dyrekcja i lekarze, a pacjent, często pozbawiony praw, nie miał nawet w swoich sprawach nic do powiedzenia. Pacjenci, czyli wszyscy uznani za chorych, nie mogli współdecydować o sobie, a tym bardziej poczuwać się do współodpowiedzialności za losy wspólnoty, którą współtworzyli. Decyzje przychodziły z góry, a próby stawiania oporu odczytywane były jako symptomy choroby, potwierdzające jedynie konieczność dalszej izolacji pacjenta.

Z quasi-więziennej instytucji, opartej na ubezwłasnowolnieniu pacjentów i niekwestionowanym autorytecie władzy, Basaglia stworzył wspólnotę, której podstawową formą aktywności były codzienne narady.

Piszę tu o naradach nie bez kozery. Takie narady, nikogo nie wyróżniające, tworzące poczucie przynależności, to znak firmowy tej zrewoltowanej dekady. Od narady zaczyna się historia opowiedziana w Zabriskie Point (1970) Antonioniego, rozgrywająca się w czasie niepokojów studenckich w Kalifornii. Narady, pozbawione liderów i hierarchicznej struktury, towarzyszyły działalności amerykańskich studentów z Ruchu Wolności Słowa w Berkeley (…) czy ze stowarzyszenia Studenci na rzecz Społeczeństwa Demokratycznego (SDS). W czasie protestów w 1968 roku studenci włoscy z kolei podejmowali najważniejsze decyzje na tak zwanych assemblea, zgromadzeniach ogólnych5. To były lata debat i dyskusji zwoływanych często naprędce w pomieszczeniach, w których uczestnicy ledwo mogli się pomieścić, siedzieli na podłodze, na matach i materacach, na schodach i parapetach, podpierali ściany, podpierali framugi, palili papierosy, nierzadko skręty, siedzieli w siebie wtuleni, wykrzykiwali słowa poparcia czy niezgody. Pamiętamy, że od zorganizowania rad robotniczych i żołnierskich rozpoczęła się na wschodzie Europy wielka rewolucja – próba, niestety dramatycznie nieudana, zbudowania nowego politycznego ładu, w którym każdy cieszyłby się podmiotowością realnie przekładalną na udział w kierowaniu życiem swojej społeczności. Takiego prawa do współdecydowania o losach uczelni domagali się studenci w Berkeley, na Columbii czy w Berlinie, takiego prawa współdecydowania o losach zakładu pracy domagali się robotnicy w Paryżu, a kilkanaście lat później w Gdańsku, takiego prawa współdecydowania o dotyczącym ich codziennego życia ustawodawstwie domagają się – tak, bo sprawa ciągle aktualna – kobiety.

Wolność jest terapeutyczna

Krytyka włoskiego systemu opieki psychiatrycznej, który nie zmienił się od 1908 roku, była krytyką nie tylko ówczesnej psychiatrii, ale też czegoś znacznie więcej: podstawowych założeń systemu kapitalistycznego. Basaglia dostrzegł w mechanizmie ubezwłasnowolniającym pacjentów pewną prawidłowość: ci, którzy znajdowali się w zamkniętych zakładach psychiatrycznych, poddawani upokarzającym zabiegom odbierającym im godność i podmiotowość, byli zazwyczaj ludźmi z niższych klas społecznych. Ci, którzy zajmowali wyższą pozycję społeczną, otrzymywali inną, zindywidualizowaną pomoc, w inny, bardziej humanitarny sposób traktowano ich przypadłości. Obrazy z filmów kręconych w instytucjach psychiatrycznych tamtych lat mówią o tym wprost. Ci pacjenci to poturbowani przez los nędzarze, dla których domem była ulica, których często nie stać było na buty, ofiary nie tylko własnego „ja” doświadczającego długotrwałego kryzysu, ale też systemowej biedy. Poddawani lobotomii i elektrowstrząsom, byli wykluczeni ze społeczności, jeszcze zanim zamknęły się za nimi szpitalne bramy. Wśród sześciuset pacjentów, których Basaglia zastał w Gorycji, ponad połowa to nieznający włoskiego pacjenci słoweńskiego pochodzenia. Instytucja szpitala psychiatrycznego odsłaniała swoją twarz: był to model działania mechanizmów politycznych i społecznych odwzorowujący klasową strukturę władzy we włoskim społeczeństwie. Oddanie władzy nad instytucją grupom wcześniej dyskryminowanym było rewolucją w praktyce. Tym groźniejszą, że przynoszącą efekty.

Lewicowa polityka działa? To nic, zakażemy!

Basaglia, wprowadzając codzienne narady, działał jak rewolucjonista, któremu przyszło pracować nie wśród robotników, lecz psychicznie chorych. Zareagował na warunki panujące w szpitalu, ale impuls pochodził z przekonania o konieczności zmiany sposobu funkcjonowania wszystkich instytucji społecznych: szkół, uniwersytetów, fabryk, wojska, samorządu. Narady, które umożliwiały pacjentom podejmowanie odpowiedzialnych decyzji, były częścią terapii, stawiając ich wobec wyzwań realnego życia i oddając im władzę nad własnym losem, wzbudzając w nich poczucie nie tylko możliwości działania, ale też odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Ściągały licznych obserwatorów, dziennikarzy, reporterów, działaczy społecznych, polityków, studentów – pobudzeni klimatem przemian chcieli zobaczyć, czy to działa. Działało.

Basaglia działał jak rewolucjonista, któremu przyszło pracować nie wśród robotników, lecz psychicznie chorych.

Pod tym względem Basaglia różnił się od R.D. Lainga [czołowy przedstawiciel amerykańskiego nurtu antypsychiatrii, któremu jest poświęcony inny rozdział książki – red.], który jeszcze zanim założył Kingsley Hall, opublikował rozprawy naukowe opisujące chorobę psychiczną jako wynik procesów zachodzących głównie w rodzinie. Laing przedefiniował chorobę, widząc w niej odpowiedź na egzystencjalną sytuację jednostki, która traci poczucie ontycznego umocowania. Basaglia widział problem gdzie indziej: w instytucjach, które odtwarzały represyjne mechanizmy władzy i okrawały prawa obywateli. W przypadku Basaglii bodziec płynął z namysłu politycznego i społecznego, u Lainga – egzystencjalnego i psychologicznego. Nic dziwnego, że Laing podryfował ku mistycyzmowi – czy to wschodniemu, czy psychodelicznemu – a Basaglia uważał się za rewolucjonistę, którego działanie nie ma na celu zreformowania szpitalnictwa, ale doprowadzenie do jego zamknięcia, w całym kraju, nie tylko w Gorycji. Basaglia „nie zajmował się istotą choroby psychicznej; jego uwaga skierowana była na społeczny odbiór szaleństwa, interesowały go zwłaszcza prawa pacjentów”6. „La libertà  è terapeutica” (wolność jest terapeutyczna) – twierdził, a jego słowa ktoś namalował czarną farbą na ścianie Szpitala Psychiatrycznego Świętego Jana w rozbudzonym rewolucyjną gorączką Trieście.

Utopia wcielona

Choć Basaglia działał w Gorycji od początku lat sześćdziesiątych, to rok sześćdziesiąty ósmy, gdy młodym ludziom oddech wyraźnie przyspieszył, stał się apogeum jego aktywności. W Stanach Zjednoczonych, w Meksyku, w Wielkiej Brytanii, w Niemczech, we Francji, w Czechosłowacji, w Polsce historia wyszła na ulice, ucieleśniona w domagających się radykalnych przemian masach – studenckich i robotniczych. Także we Włoszech: przez kraj przechodziła fala strajków i demonstracji studentów, którzy czuli się przez paternalistyczne państwo sprowadzeni do roli „obiektów praktyk pedagogicznych i biernych odbiorców wiedzy”, w ślad za nimi wzburzyli się robotnicy, żądając nie tylko lepszych warunków pracy, ale też głębokich zmian systemowych7. Studenci współtworzyli z nimi ruch protestu, organizowali społeczności lokalne, a także, co dla nas tu najistotniejsze, walczyli o prawa dla psychicznie chorych8. Wtedy też ukazała się L’istituzione negata (Instytucja zanegowana), wielka kolażowa monografia dotycząca jednego z najbardziej radykalnych eksperymentów społecznych, utopii realizowanej w Gorycji. Tytuł książki nie przypadkiem spotyka się z tytułem dokumentu programowego zrewoltowanych włoskich studentów, Manifestem Uniwersytetu Negatywnego (Manifesto per una Università Negativa), opublikowanym w czerwcu 1967 roku, z którym dzieli antyinstytucjonalną i antyautorytarną perspektywę krytyczną.

Oddanie władzy nad instytucją grupom wcześniej dyskryminowanym było rewolucją w praktyce. Tym groźniejszą, że przynoszącą efekty.

L’istituzione negata staje się manifestem politycznym włoskiej kontrkultury roku sześćdziesiątego ósmego. W swoim wymiarze krytycznym ujawnia represyjny charakter państwowych instytucji, a wraz z nimi – prawa, które na istnienie takich instytucji przyzwala. Uświadamia, zwłaszcza młodym Włochom, że wszyscy jesteśmy, albo możemy być, „chorymi psychicznie”. Ta szczególna kondycja człowieka staje się figurą powszechnego zniewolenia – w różnych instytucjach państwa. Najważniejsze, a dla strażników status quo najgroźniejsze, jest jednak to, że Basaglia i jego współpracownicy, nie rezygnując z realizmu, zażądali niemożliwego i je osiągnęli. Projekty, o których kontestatorzy na dwóch kontynentach jedynie dyskutowali, we Włoszech stały się rzeczywistością. Zniesienie instytucjonalnego zniewolenia ukazało fałsz, jakim przesiąknięte były oficjalne opowieści o normie, zagrożeniu, obronie obywateli, trosce o chorych.

To, co Basaglia zapoczątkował w Gorycji, było par excellence kontrkulturą – nie reformował starych instytucji, on je, tworząc nowe, obalał. Powstawały alternatywne wspólnoty oparte na dzielonych przez cały kontrkulturowy ruch zasadach, takich jak antyhierarchiczność, równość, wolność, demokracja bezpośrednia. Że był to program politycznej i społecznej rewolty, dostrzegli politycy związani z lewicą, dlatego też wsparcie dla Basaglii i jego sojuszników, stowarzyszonych w ruchu Psychiatrii Demokratycznej (Psichiatria Democratica), przyszło ze strony samorządów, w których lewica, w tym komuniści, miała przewagę. Eksperyment Basaglii powtarzany był w innych miejscowościach, w innych zakładach psychiatrycznych. „To była rewolucja. Rewolucja klasowa. Najważniejsza, jaka wydarzyła się we Włoszech. Oddała ludziom ich dusze, twarze, nawet ich ubrania – wszystko, co im odebrano”9 – tak wspominał po latach wydarzenia w Gorycji pielęgniarz Enzo Quai.

Włoska kontrkultura 1968 roku miała więc postać odmienną od tego, co działo się w innych ogarniętych rewoltą krajach. Kiedy w Stanach Zjednoczonych hippisi zakładali komuny, kiedy grupowali się w Haight-Ashbury, odrzucając skompromitowane instytucje oficjalnego świata, a diggersi rozdawali darmo żywność przejętą od kalifornijskich farmerów, we Włoszech budowę alternatywnego społeczeństwa opartego na zasadach równości i wolności, poszanowania godności każdego człowieka i bezpośredniego udziału w podejmowaniu decyzji zaczęto od przeprowadzenia udanej emancypacji i upodmiotowienia rzeczywiście i być może najdotkliwiej wykluczonych, jakimi byli psychicznie chorzy. Gdzie jaśniej i dobitniej niż we wspólnotach Basaglii i jego zwolenników pokazano akceptację dla inności? Inności nie kosmetycznej, nie powierzchownej, ale sięgającej głęboko do naszych uprzedzeń, lęków, do naszego opartego na racjonalizmie porządku świata. Inność, wobec której stanął Basaglia z ekipą młodych współpracowników, to inność drugiego, nazywana groźnie „szaleństwem”, „obłąkaniem”, „opętaniem”, rzucająca prawdziwe wyzwanie „nam”, a więc zakładająca realne ryzyko, że nasz świat może się posypać, że odsłoniwszy swoją kruchość, mogą zadrżeć jego najgłębsze, najsolidniejsze fundamenty – takie jak uświęcona racjonalność.

Narkotyki powodują uzależnienie? Nieprawda

Basaglia, wprowadzając swoje reformy, skupiał się na pracy ze społecznością lokalną i jej władzami. Reformy te nie powiodłyby się, gdyby nie doszło do zmian w sposobie traktowania osób psychicznie chorych przez społeczność, która miała przejąć obowiązek ich zintegrowania z pozaszpitalnym światem i zapewnienia należytej nad nimi opieki. Celem tych przeobrażeń było więc uwolnienie pacjentów, ale też otwarcie świata zewnętrznego, „naszego” i „normalnego”, na doświadczenie inności i odstępstwa od normy, na ujawnienie konstytutywnie tkwiącego w nim Innego. Basaglia z zespołem podobnie myślących ludzi przeprowadzał – ni mniej, ni więcej – rewolucję w świadomości:

Wyświetlaliśmy u nas ważne filmy i wystawialiśmy otwarte spektakle, które przyciągały dużą publiczność spoza szpitala. Grupy teatralne i malarze włączali się w te działania: jednym z projektów była budowa kukły o imieniu Marco, dużego niebieskiego konia z papier mâché, którego przetoczono w procesji przez miasto w towarzystwie odgrywających dramatyczne scenki aktorów. Dla pacjentów organizowaliśmy też wczasy w nadmorskich uzdrowiskach, gdzie mieszkali w zwyczajnych hotelach. Tak więc usunięcie fizycznych barier między pacjentami a światem zewnętrznym nie było wystarczające: musieliśmy zaplanować działania, które usunęłyby także bariery społeczne10.

Sąd nad rewolucją

Ale w tym samym roku 1968, kiedy Gorycja przeżywała swoje dni, a prowadzona przez Basaglię wspólnota stała się wzorem nowego społecznego ładu, w drzwi załomotał „świat zewnętrzny”, zawsze daleki od wszelkich prognoz, planów, pisanych przez nas scenariuszy. Wtedy gdy sprawne funkcjonowanie rad złożonych z pacjentów i lekarzy wzbudzało w całych Włoszech nadzieje i zachwyt, zdarzyło się coś, co ten budujący obraz zakłóciło. Jeden z pacjentów wyszedł ze szpitala i udał się do domu, gdzie chwycił za siekierę i w ataku furii zamordował żonę. To pierwsze tego typu wydarzenie od siedmiu lat, od kiedy dyrektorem został Basaglia i zaczęto wprowadzać zmiany.

Reakcja osób niechętnych eksperymentom Basaglii była do przewidzenia: oto skutek nieodpowiedzialności, kierowania się politycznymi motywami, lekceważenia realnych zagrożeń, wypuszczania szaleńców na ulice. Czy jednak ten wypadek przekreśla siedem lat życia wspólnoty? Czy unieważnia przekonania, na których się ona opierała i które wprowadzała w życie? Czy unicestwia ruch, który w Gorycji miał najgłośniejszego przedstawiciela, ale dotarł do innych włoskich miejscowości, do Parmy, Triestu, Padwy, gdzie wprowadzono, skutecznie, podobne reformy? Czy wreszcie ktoś wziął pod uwagę, że ludzie „normalni” popełniają przestępstwa równie często jak psychicznie chorzy? Że „chory” nie oznacza większego zagrożenia niż spotkany wieczorem na pustej ulicy człowiek, którego mamy za „normalnego”? Jak twierdzą specjaliści, „żadna choroba umysłowa nie skutkuje bezpośrednio czynami przestępczymi”11. Morderca z zaburzeniami, ten „inny”, staje się bardziej widoczny niż morderca „taki jak my”, cieszący się zdrowiem, mieszkający po sąsiedzku, mówiący naszym językiem. Zbitka „chory psychicznie – zagrożenie” to dziedzictwo długich lat, kiedy chorych zamykano w szpitalach przypominających więzienia. W Gorycji winą za morderstwo popełnione przez jednego z pacjentów obarczono dyrektora szpitala. Basaglia i jego współpracownicy stanęli przed sądem. I choć zostali ostatecznie uniewinnieni, proces toczył się kilka lat, zamieniając się w sąd nie nad konkretnymi osobami, ale nad ideami, które reprezentowali.

„Wariat” to etykieta, która odczłowiecza

Morderstwo w Gorycji nie jest jednak epilogiem historii Franka Basaglii i jego rewolucji. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych, 13 maja 1978 roku, parlament włoski przegłosował ustawę, która zarządzała sukcesywne zamykanie zakładów psychiatrycznych, zastępowanie ich społecznymi ośrodkami pomocy, miejscami dziennego pobytu, kooperatywami prowadzonymi przez pacjentów, a także małymi oddziałami psychiatrycznymi w szpitalach ogólnych. System, którego racją bytu była rzekoma konieczność ochrony społeczeństwa przed chorymi, oparty na strachu, wykluczeniu i przemocy, przestawał istnieć, ustępując miejsca systemowi środowiskowej pomocy chorym. Choć postanowienia tej ustawy Basaglia odebrał jako kompromis daleki od tego, ku czemu w swojej działalności dążył, nowe prawo przeszło do historii jako prawo Basaglii, a sam Basaglia jako „człowiek, który zamknął szpitale psychiatryczne”.

System, którego racją bytu była rzekoma konieczność ochrony społeczeństwa przed chorymi, oparty na strachu, wykluczeniu i przemocy, ustępował miejsca systemowi środowiskowej pomocy chorym.

Tymczasem rewolucyjny potencjał zradykalizowanej psychiatrii mógł się ujawnić zupełnie inaczej. Na przykład tak jak w Niemczech, gdzie przybrał postać terroryzmu. W 1970 roku władze uniwersytetu w Heidelbergu zwolniły doktora Wolfganga Hubera, pracownika kliniki psychiatrycznej, jako przyczynę podając jego niechęć do uczestnictwa w konferencjach naukowych. Huber w nich rzeczywiście nie uczestniczył, uważał bowiem, że jego podstawowym obowiązkiem jest być przy pacjentach. Przeciwko jego zwolnieniu, ale z jego pomocą, zaprotestowali pacjenci, zwołując, ponoć pierwsze w historii, zgromadzenie ogólne. W odpowiedzi władze usunęły z kliniki sześćdziesięcioro uczestników protestu. Protestujący powołali wtedy Sozialistische Patiente Kollektiv (Socjalistyczny Kolektyw Pacjentów), ogłosili też dwudniowy strajk głodowy, zakończony tymczasowym porozumieniem z uczelnianą administracją.

Po fiasku trwających cztery miesiące negocjacji, kiedy interweniowało ministerstwo edukacji, nie wyrażając zgody na realizację porozumienia z grupą, którą uznało za jednostkę terrorystyczną, członkowie kolektywu rozpoczęli strajk okupacyjny rektoratu. Opublikowali program, w którym chorych uznano za klasę w sensie marksistowskim, zdrowie za pojęcie z kapitalistycznego leksykonu, oznaczające zdolność do pracy, a chorobę za narzędzie walki12. Program wzywał do rewolucji: „Towarzysze, system zrobił z nas chorych, zadajmy choremu systemowi śmiertelny cios”13. Strajk stłumiła policja, podczas akcji pacyfikacyjnej aresztowano kilkoro pacjentów oraz samego Hubera, którego wraz z żoną skazano na cztery i pół roku więzienia. Ostra reakcja władz i wysokie wyroki spowodowane były z pewnością sytuacją w ogarniętej falą terroryzmu Republice Federalnej, zwłaszcza że członkowie Kolektywu, zwerbowani przez Andreasa Baadera i Gudrun Ensslin, brali udział w akcjach terrorystycznych Frakcji Czerwonej Armii (Rote Armee Fraktion), w tym w przejęciu niemieckiej ambasady w Sztokholmie. Historia niemieckiego Kolektywu nie ma już wiele wspólnego z psychiatrią czy antypsychiatrią, z refleksją nad istotą choroby psychicznej i metodami terapii, to instrumentalne potraktowanie pacjentów jako siły rewolucyjnej, dalekie od również rewolucyjnych, ale znajdujących poparcie polityczne i społeczne, nastawionych na współpracę ze środowiskiem działań Basaglii.

Przeciwko „realizmowi”

Refleksja nad społecznymi źródłami choroby psychicznej i jej politycznym uwarunkowaniem powraca. Choćby w niedawnych pracach Marka Fishera, przedwcześnie zmarłego angielskiego teoretyka kultury, jednego z najprzenikliwszych komentatorów naszej współczesności. Fisher odebrał sobie życie w wieku czterdziestu ośmiu lat prześladowany powracającymi atakami depresji. Był przekonany, i niejednokrotnie o tym pisał, że nie zrozumiemy rozpowszechniania się tej choroby, jeśli będziemy widzieć w niej jedynie prywatny problem okaleczonej jednostki. Na podsumowanie obu „antypsychiatrycznych” szkiców, o działalności Lainga i Basaglii, przytoczę fragment pochodzący z debiutanckiej książki Fishera, w którym zwraca on uwagę na ukryte interesy kapitału w negowaniu społecznego wymiaru chorób psychicznych:

„Panująca obecnie ontologia zaprzecza, by choroba psychiczna miała społeczną genezę. Proces chemizacji i biologizacji choroby psychicznej jest oczywiście bezpośrednio proporcjonalny do jej odpolitycznienia. Ujmowanie choroby psychicznej jako indywidualnego problemu o podłożu chemiczno-biologicznym zapewnia ogromne zyski kapitalizmowi. Po pierwsze, wzmacnia ruch kapitału ku atomistycznej indywidualizacji (chorujesz, bo taka jest chemia twojego mózgu). Po drugie zaś, wspiera niezwykle lukratywny rynek, na którym wielonarodowe koncerny farmaceutyczne mogą handlować swoimi produktami (uzdrowią cię nasze laboratoria). To oczywiste, że każda choroba psychiczna jest neurologicznie uwarunkowana, ale nic to nie mówi o tym, co ją wywołało. Prawdą jest, że na przykład depresja wiąże się z niskim poziomem serotoniny, wyjaśnienia wymaga jednak to, czemu konkretne jednostki mają niski poziom serotoniny. Na to pytanie potrzebna jest społeczna i polityczna odpowiedź; zadanie ponownego upolitycznienia choroby psychicznej jest zadaniem pilnym, jeśli lewica planuje przeciwstawić się kapitalistycznemu realizmowi14.”

Frase: Odległy horyzont lewicy

czytaj także

Nazwiska Basaglii nie znajdziemy w sześciotomowej Encyklopedii powszechnej PWN, nie ma go w polskiej Wikipedii. Zapomnieli o nim autorzy książek poświęconych kontrkulturze, historycy kontestacji lat sześćdziesiątych, badacze pokolenia ’68. Piszącym naszą najnowszą historię nazwisko człowieka, któremu udało się wprowadzić w życie utopię przywracającą wolność i godność osobom naznaczonym piętnem szaleństwa, wydaje się na tyle niebezpiecznym wzorcem, że wolą je przemilczeć. Bezpieczniej mówić o przegranych utopistach, bezpieczniej opowiadać o nieuchronności klęski każdej utopijnej, a więc niemieszczącej się w naszych – dzisiejszych – wyobrażeniach idei.

 

Przypisy

1. John Foot, The Man Who Closed the Asylums. Franco Basaglia and the Revolution in Mental Health Care, London 2015, s. 24.
2. Tamże, s. 122.
3. Cyt. za: tamże, s. 76.
4. Cyt. za: tamże, s. 147.
5. Martin Klimke, Joachim Scharloth, 1968 in Europe. A History of Protest and Activism, New York 2008, s. 85.
6. Zbigniew Kotowicz, R.D. Laing and the Paths of Anti-Psychiatry, London 1997, s. 85
7. Robert Lumley, States of Emergency. Cultures of Revolt in Italy from 1968 to 1978, London 1990, s. 63.
8. Gerd-Rainer Horn, The Spirit of ’68. Rebellion in Western Europe and North America, 1956–1976,Oxford 2007, s 85.
9. Cyt. za: John Foot, The Man Who Closed the Asylums, dz. cyt., s. 3.
10. Zbigniew Kotowicz, R.D. Laing and the Paths of Anti-Psychiatry, dz. cyt., s. 83
11. Dr Zbigniew Rzecki, ordynator oddziału psychiatrii sądowej w szpitalu w Abramowicach, w wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej”, http://archiwum.rp.pl/artykul/88771-Psychicznie-chory-nie-jest-potencjalnym-przestepca.html (dostęp 12.02.2019).
12. Zob. Helen Spandler, To Make an Army Out of Illness. The History of the Socialist Patient’s Collective, „Asylum. A Magazine for Democratic Psychiatry” 1992, t. 6, nr 4.
13. Cyt. za: Stefan Aust, The Baader-Meinhof Complex, London 2008, s. 110
14. Mark Fisher, Capitalist Realism. Is There No Alternative?, Winchester 2009, s. 43

 

**
Okładka książki „Bunt wizjonerów”Fragment książki Jerzego Jarniewicza „Bunt wizjonerów”, która ukazała się właśnie nakładem Społecznego Instytutu Wydawniczego ZNAK. Śródtytuły od redakcji. Dziękujemy autorowi i wydawcy za możliwość publikacji materiału.

Jerzy Jarniewicz – profesor nauk humanistycznych, poeta, krytyk literacki, tłumacz literatury anglojęzycznej. Pracuje w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Łódzkiego, jest członkiem kolegium redakcyjnego „Literatury na Świecie”. Jego poprzednia książka poświęcona kontrkulturze lat 60. nosi tytuł All You Need Is Love. Sceny z życia kontrkultury (Znak, 2016).

 

 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.