Czytaj dalej

Dunin: Magazyn zamiast-Książki

Książki są fajne i jest tam dużo ciekawych rzeczy o świecie. Przeczytamy je za was, często w obcych językach, żebyście nie musieli się męczyć.

Kto zabił K.? – krzyczy i wabi nas napis z okładki. Janusz R. na tropie mordercy. A dalej co? Między innymi plotki o celebrytach. Kolekcja dziwnych listów. Reklamuje ją wytłuszczona nota – „Kuba Rozpruwacz skreślił parę słów do Scotland Yardu. Załączył nadgryzioną ludzką nerkę”. Potem historia wielkiego sukcesu okraszonego skandalem i konfliktem rodzinnym. Rozmowa o seksie. Opowieść o obsesyjnej miłości do wielu kobiet oraz zamiłowaniu do starych, grubych dziwek. Możemy też dowiedzieć się, co to takiego glamour oraz skąd się wziął sukces Amazonu. Poczytać o Mansonie i Tysonie. Seks, narkotyki, krwawe zbrodnie i boks. I jeszcze o poszukiwaniu dzieł sztuki po wojnie – „łowcy skarbów, którzy uratowali cywilizację”.

Cóż to może być za pismo? Jakiś lepszy „Fakt”?

Zacznijmy jeszcze raz. K. to nie byle kto, ale sam Franz Kafka, a na trop mordercy wpadł uzdolniony pisarz Janusz Rudnicki. Kto zatem zabił Kafkę? Każdy wie, że gruźlica. W ostatniej chwili pomógł mu lekarz zwiększoną dawką morfiny. Czy można to nazwać morderstwem? Jasne, jeśli zwiększy to sprzedaż, zresztą tekst Rudnickiego wcale nie jest o tym. Jest o kobietach i obsesjach seksualnych Kafki. Jak się w związku z tym czuły te kobiety, tego oczywiście się nie dowiemy. Ale w końcu to Kafka wielkim pisarzem był. I wypada coś o Kafce wiedzieć, np. jakie prostytutki mu się podobały i czy miał kłopot ze wzwodem. Ciekawa jestem, jak napisałaby na ten temat kobieta dysponująca jakąś świadomością feministyczną? Autorką jednej z książek, w oparciu o które Rudnicki stworzył swój tekst, jest co prawda kobietą, ale podobno to, co napisała jest tandetne i ckliwe. Wierzę w gust literacki Rudnickiego, ale nie mogę też wykluczyć, że jest to po prostu jak dla niego zbyt kobiece.

Na to jednak, żeby obok tekstu męskiego pojawił się tekst na podobny temat pisany z innej perspektywy, nie ma co liczyć. W „Książkach” panuje atmosfera jak u cioci na imieninach – żadnych sporów, różnic i wszystkim ma być przyjemnie. I wszystko w dobrym tonie. Tematy ekscytujące, ale teksty (i to długie, co za rzadkość) napisane na podstawie książek. To prawie jakby się te książki czytało.

Jesteśmy w lepszym towarzystwie, które wie, że książka to kultura, a kultura jest ważna dla kulturalnych ludzi. Zaś kulturalni ludzie nie spierają się, nie brudzą polityką czy ideologią (mogą jednak dopuścić do głosu delikatny antyklerykalizm albo ogólną wrażliwość społeczną).

Głównie celebrują swoją kulturalność. Stoi za tym światopogląd kulturalnych, liberalnych, otwartych na świat ludzi, oczywiście nieideologiczny. Tu dodajmy, że ogólnie rzecz biorąc, sympatyczny i przydatny w Polsce, ma jednak też swoje ograniczenia. Przy czym na pierwszym miejscu postawiłabym brak świadomości tych ograniczeń.

Szczególnie wyraźnie widać to, kiedy przyjrzymy się kwestiom genderowym. Taki np. materiał dotyczący tego, jak polscy pisarze piszą o seksie. Pomysł jest tak atrakcyjny, że nad koncepcją nie  warto było już się zastanawiać. Bierze się cztery osoby, te, które są pod ręką i najłatwiej przychodzą na myśl, aktualnie dobrze notowane. Zadaje im się mailem takie same pytania – w każdym razie takie to robi wrażenie – a następnie ich odpowiedzi miksuje ze sobą. Nie ma rozmowy, ciekawe wątki urywają się, autor tego materiału prawdopodobnie nie czytał ich książek, więc pytania nie są sprofilowane. Za to, uwaga! – jest parytet, dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Ale nie ma żadnej refleksji nad „różnicą seksualną”, a jeśli chodzi o seks homoseksualny, to dowiadujemy się, że heterycy nie są w stanie go opisać. To może trzeba było zaprosić niewstydzących się swojej orientacji geja i lesbijkę? Są też w Polsce tacy pisarze i pisarki.

A co ze wskaźnikami udziału kobiet? Około 1/3 piszących to autorki, całkiem nieźle. Kobiety są autorkami lub współautorkami 20 procent omawianych książek. Takie jest życie, w takiej kulturze żyjemy. Nie warto jej się przeciwstawiać.

Oczywiście do poczynienia tych obliczeń skłonił mnie tekst Magdy Majewskiej, który też mnie zaniepokoił. „Czytaj kobiety, głupcze”? Naprawdę mam czytać powieści, które kobiety piszą dla kobiet o kobietach oczekujących na księcia z bajki i celebrujących życie rodzinne? Nie, dziękuje. Wolę przeczytać książkę mężczyzny, który potrafi z wrażliwością opisywać mniej stereotypowe postacie kobiece. Kiedy pierwszy raz, na długo przed filmem, czytałam Godziny Cunninghama, byłam przekonana, że napisała to kobieta. Oczywiście, fakt niedoreprezentowania kobiet jest znaczący w planie ogólnym, ale ostatecznie ważniejsze bywa nie to, kto napisał, ale co i jak. (Pamiętajmy jednak o androcentryzmie naszej kultury. Męskie uczucia – budzenie się seksualności, czyli jak po raz pierwszy mi stanął, albo opowieści o starzeniu się i chorobach, nie muszą się podobać, ale wzbudzają szacunek. Kobiece emocje: miłości, dramaty, obsesje, kłopoty ze starzejącym się ciałem są żenujące i można się po nich spokojnie przejechać.)

Kiedy Katarzyna Surmak-Domańska pisze o rodzinie Mansona, sporo miejsca poświęca pytaniu, czemu tak wiele kobiet mu uległo. Gdybym redagowała tekst Rudnickiego, pewno poprosiłabym go o refleksję, czemu kobiety zakochiwały się w Kafce. Bo był Kafką? Mogło to mieć znaczenie może dla Mileny Jesenskiej. Ale podejrzewam, że mimo obecności kobiet w stopce redakcyjnej prawdziwymi redaktorami są mężczyźni. Czy ma to jakieś znaczenie? Nie. Chociaż gdy współpracowałam z pismem redagowanym przez kobiety – miało. Mówiono o nim femi-Exlibris. Pisano, że jest jeden mężczyzna w redakcji, który czyści nam buty, rzecz jasna na owłosionych nogach. Kobiety w takiej roli to dziwo, mężczyźni norma i nikt na nią nie zwraca uwagi.

A teraz inny przykład – kompetentna kobieta, powołując się na prace feministyczne, pisze recenzję o innej kobiecie. Świetnie? Pierwsza to Eliza Szybowicz, druga Anna Ficner-Ogonowska. Oczywiście recenzja jest wnikliwa, dobrze punktuje autorkę kobiecych bestsellerów, a jej tytuł mówi sam za siebie: „Tyle szczęścia, że aż mdli”.

Czemu taki tekst służy w „Książkach”? Promocji kobiecej literatury? Feminizmu? Raczej dystynkcji.

Jest jakaś hierarchia w literaturze i to my jesteśmy tymi, którym dostępne są jej wyższe regiony. I wiemy, że nie ma nic bardziej śmiesznego i żenującego niż romansidła dla kobiet.

W innym kontekście analiza Szybowicz mogłaby służyć krytyce kultury, tu tylko poprawia samopoczucie czytelników. Jak widać i dobry tekst można wykorzystać w złej sprawie. Czy jeśli redakcja chciała zamówić tekst feministyczny, nie mogła poprosić Szybowicz o zrecenzowanie Kuczoka albo Krajewskiego?

Nie, i to wiąże się z kolejnymi zasadami, które obowiązują w „Książkach”. Wszystko, co jest z wyższej półki niż Ficner-Ogonowska, jest dobre, a pisarze są rodzajem celebrytów. Lepiej i bezpieczniej jest jednak przeprowadzić z nimi wywiad (z ładnym zdjęciem), niż pisać o ich książkach, przecież żywy człowiek zawsze jest ciekawszy od literatury, a tym bardziej od recenzji. Skoro najlepiej sprzedają się książki celebrytów – zróbmy celebrytów z pisarzy. I skoro ludzie wolą ciekawe historie non-fiction, nie przesadzajmy z literaturą piękną, szczególnie z fikcją literacką czy, nie daj bóg, poezją.

Wśród dużych tekstów w „Książkach” nie ma – poza Szybowicz, ale to raczej socjologia – ani jednej recenzji powieści. (Ostatecznie można dać fragment książki. Tym razem Witkowski.) Jedna powieść jest promowana, rzecz jasna wywiadem z autorem oraz krótką historią sukcesu, który odniosła – co dziesiąty Norweg ma ją na półce, tłumaczenia na kilkanaście języków – i skandalu, który przynajmniej częściowo na ten sukces wpłynął. To powieść Moja walka (po norwesku Min Kamp), w której autor, Karl Ove Knausgard, „geniusz z Norwegii”, napisał o sobie, bliskich i rodzinie. W wywiadzie mówi między innymi o konflikcie między rolą ojca i pisarza, o poczuciu utraty męskości, kiedy musiał zajmować się dzieckiem, konfliktach małżeńskich. Swoją drogą, czy nie byłoby ciekawie przeczytać również wywiad z jego żoną, zresztą też pisarką?

No i jest jeszcze wywiad z Danem Brownem, o czym wspominam w kontekście zarzutów, że w mainstreamie niedoceniana jest literatura popularna.

Jeśli chodzi o poezję, to reprezentuje ją reklama książki z „moskalikami” – taką poezję lubimy! Oraz gry i zabawy Probierczyka. Zdaję sobie sprawę, że recenzje tomików współczesnych poetów to straszna nuda i przynajmniej dopóki ktoś nie dostanie Nobla, lepiej tego nie tykać. Z drugiej jednak strony umiejętność czytania współczesnej poezji jest absolutnie zanikająca. A można sobie wyobrazić, że publikuje się jeden nie za długi wiersz oraz próbę jego odczytania i skomentowania  przez kogoś inteligentnego (może być też dowcipny), kto profesjonalnie nie zajmuje się poezją. Ale to już byłoby chyba zbyt literackie. Za literaturą-literaturą, jak było powiedziane, „Książki” nie przepadają. Zostaje dla niej trochę miejsca na końcu.

Dział „9 najlepszych nowości kwartału”. Jedna nieco większa recenzja z Knausgarda i właściwie nie recenzje, tylko noty promocyjne. Wśród tych dziewięciu najlepszych – zgodnie z ogólną tendencją – dwie powieści i dwie kobiety. A potem dział dla amatorów, bo chyba nie dla przeciętnych czytelników – „Książki, które czyta świat.” Krótkie omówienia książek nieprzetłumaczonych na język polski. Przeciętnemu czytelnikowi daje jednak poczucie, że odwiedził wielką księgarnię i choć nic w niej nie kupił, to jednak otarł się o światową kulturę. Co czyta świat? Dużo powieści. I mężczyzn. Na 42 pozycje znajdziemy 10 autorek lub współautorek.

Pora na podsumowanie. Magazyn „Książki” jest jedynym takim pismem na polskim rynku, które sprzedaje się w niezłym nakładzie, i można założyć, że Agora do niego nie dopłaca. Promuje książki i snobizm, który na dłuższą metę może też sprzyjać czytelnictwu. Ogólnie przekaz jest taki: książki są fajne i jest tam dużo ciekawych rzeczy o świecie. Przeczytamy je za was, często w obcych językach, żebyście nie musieli się męczyć. Przy okazji utrwalimy nazwiska kilku pisarzy, o których kulturalni ludzie powinni słyszeć. 

Z jednej strony tabloidyzacja, z drugiej dłuższe teksty, przyzwoicie napisane, czasem same w sobie mające wartość literacką. Trzymanie się uznanych hierarchii i wspieranie ich. Żadnych wycieczek poza granice przyzwyczajeń targetu, kiedyś zwanego wirtualnym czytelnikiem.  

Można powiedzieć, że to przepis na sukces. Albo diagnoza zapotrzebowania czytelniczego w Polsce.

Ja jednak wolałabym czytać pismo, w którym jest więcej literatury, wyraziści recenzenci i recenzentki, gdzie wokół książek toczy się rozmowa, a czasem spór. Pismo, które nie boi się intelektualnego ryzyka i potrafi przekraczać utarte schematy.

Natomiast „Magazyn do czytania (trafna nazwa, bardziej do czytania niż o czytaniu) zamiast-Książki” zawsze chętnie wezmę do pociągu.

Czytaj także:

Magda Majewska, Czytaj kobiety, głupcze!

Anna Dziewit-Meller, Remigiusz Grzela, Joanna Laprus-Mikulska, Grażyna Plebanek, Katarzyna Tubylewicz, Na czytelniczym dnie

Piotr Kofta, Anna Kałuża: Kulturowa i (handlowa) wojna

Magdalena Miecznicka, Grzegorz Wysocki: W Polsce literatura służy temu, żeby dobrze wypaść

Piotr Kępiński, Inga Iwasiów: Literatura dzieli się na ogólną i kobiecą?

Kaja Malanowska, Czas entuzjastek

Kinga Dunin: Dlaczego nie ma polskiej Munro?

Anna Dziewit-Meller, Remigiusz Grzela, Joanna Laprus-Mikulska, Grażyna Plebanek, Katarzyna Tubylewicz, Munro w Polsce nie miałaby szans

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kinga Dunin
Kinga Dunin
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".
Zamknij