Kraj

Widma PRL-u i egzorcyzmy

Agacie Bielik-Robson odpowiada członkini Rady Krajowej partii Razem Barbara Brzezicka.

Zadziwiające, jak łatwo i jak powszechnie dajemy się uwieść upraszczającym dychotomiom. Wydawałoby się, że porządne humanistyczne, a zwłaszcza filozoficzne wykształcenie powinno na nie uodpornić, ale nie. Agata Bielik-Robson w swoim felietonie Lewicowy podział pracy pisze, że „jednoznacznie pesymistyczna diagnoza” III RP, którą przedstawia zarówno PiS, jak i Razem, daje „przecenienie i wyidealizowanie PRL-u”. Trudno powiedzieć, gdzie autorka doszukała się tego idealizowania w komunikatach obu partii. Raczej kryje się za tym myślenie „jeśli nie III RP, to PRL”. Nie ma tu miejsca na inne modele państwa, nawet na model anglosaski, który Bielik-Robson tak często przytacza w swoich felietonach. Wydaje się, że jest to przypadłość wielu osób z tego pokolenia, które zafascynowane mitycznym „Zachodem” bezkrytycznie uznały, że modernizacja à la III RP jest koniecznym etapem, który trzeba przejść, żeby w końcu i w naszym zaścianku zagościła cywilizacja. Jedyna słuszna droga z punktu A (PRL) do punktu B (Zachód) – jeśli ktoś ją kwestionuje, to najpewniej chce powrotu do tego, co było.

Nic dziwnego, że „marksizm” jest w Polsce brzydkim słowem, jeśli nie obelgą. W tym przypadku jednak środowisko akademickie się otwiera, a mające się niebawem ukazać Widma Marksa Jacques’a Derridy już stały się swego rodzaju wydarzeniem. Sama Agata Bielik-Robson organizowała ostatnio konferencję poświęconą Derridzie, w którym zresztą próbuje się doszukać obrońcy liberalnej demokracji (sic!). Głównym argumentem miało być „absolutne zło” komunizmu, które Derrida dostrzegał, w przeciwieństwie do wielu sobie współczesnych. Dla zapatrzonych w jedyną słuszną drogę III RP tego rodzaju deklaracje to swoiste „szach mat lewaki”, które znamy z memów młodych korwinistów. Zadziwiające, jak przenikliwe umysły na hasło „absolutne zło komunizmu” zamykają się i „kończą historię”. A przecież Derrida ten komunizm zestawia między innymi z faszyzmem, a jego absolutne zło polega na totalitaryzmie, który realizuje się w jego spełnieniu (podobnie jak w spełnieniu faszyzmu). Dlatego komunizm musi pozostać widmem właśnie.

„Absolutne zło” komunizmu polega na tym, że dochodzi do pewnej pełni, w której nie ma miejsca na podział i konflikt. To w tym leży zagrożenie totalitaryzmu, nie zaś w tej czy innej ideologii.

Dlatego z dużą nieufnością podchodzę do haseł „ponad podziałami”, które z jakichś powodów niezmiennie od co najmniej 25 lat zawsze w Polsce „chwytają”. Ostatnim przykładem jest oczywiście Komitet Obrony Demokracji i wszystkie głosy oburzenia na tych, którzy nie chcą się w tej jedności roztopić w imię „wyższej sprawy”.

Tymczasem to właśnie w totalności leży największe zagrożenie. Z wyjątkami, które nigdy nie były dominujące, różne opcje polityczne w Polsce zawsze przekonują, że są reprezentacją „wszystkich Polaków”. Przykładem może być neoliberalizm z jego jakże nośnymi metaforami skapywania bogactwa, czy przypływu, który podnosi wszystkie łodzie. Inny przykład to doświadczenie moje i innych działaczy i działaczek Razem z rozmów podczas zbierania podpisów poparcia. Wiele z nas, w różnych miejscach Polski, słyszało ten sam refren: „Ja chcę, żeby była tylko jedna partia”. Chodziło oczywiście o Prawo i Sprawiedliwość, a nasi rozmówcy byli przeważnie odporni na narzucający się kontrargument o analogii z PZPR.

Tego rodzaju myślenie jest powszechne – „zgoda buduje, niezgoda rujnuje”, powtarzamy jak mantrę ludową mądrość.

Nie dostrzegamy przy tym, że ta totalność jest zawsze oszustwem, że zaciera konflikt interesów, który wbudowany jest w demokratyczne społeczeństwo. Konflikt, który jest dobry, który pozwala budować tożsamość.

Tożsamość potrzebuje przecież Innego – kariera nacjonalistycznego patriotyzmu w Polsce, tej odzyskanej tożsamości narodowej, która znowu stała się „cool”, była możliwa tylko dzięki wykluczeniu całej masy „nieprawdziwych Polaków” z Tuskiem na czele. Zatarła przy tym skutecznie podziały klasowe i możliwą świadomość interesów, którą w ich ramach powinniśmy konstruować.

W dyskusji o lewicy w gronie filozofów i filozofek często traktuje się postęp jako samą pracę negacji. Tymczasem szansą dla lewicy może być odzyskanie konfliktu jako wartości. Konflikt ten jest niezbędny do budowania świadomości i wspólnej tożsamości – ale nie wspólnej w sposób totalny. Wspólnej dla grupy, którą łączą pewne interesy. Grupą, o której myślę są rzecz jasna pracownicy i pracownice – w opozycji do pracodawców i przedsiębiorców. A lewicą, która otwarcie deklaruje tę konkretną afiliację, jest Razem, które „uparcie” odmawia wejścia do tej zacierającej konflikt totalności, jaką jest obecnie KOD. Żarliwi obrońcy i obrończynie demokracji zapominają, jak ważny jest również w niej głos różnych grup interesów. Powyższy tekst nie ma być oczywiście usprawiedliwieniem dla autorytarnych zapędów PiS-u, ale obroną konfliktu i negatywności, która nie może być tylko heglowską abstrakcją.

W dyskusji na temat Widm Marksa pojawiła się też krytyka „prostackich” ataków na Derridę ze strony takich marksistów jak Eagleton. Tymczasem dychotomia „demokracja liberalna albo PRL” jest uproszczeniem, które jeszcze bardziej kastruje dyskusję o lewicy i postępie. Doświadczenie pokoleniowe, te widma PRL-u, revenants, czy „upiorne zjawy”, jak chcą niektórzy tłumacze, wystarczająco długo przesłaniały niedostatki demokracji liberalnej à la polonaise. Dobrze ilustruje to słynne „precz z komuną”, które stało się uniwersalnym wyzwiskiem, przerzucanym między obozem konserwatystów a liberałów jako wyraz oburzenia na dowolne działania przeciwnika. Dopiero pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków, urodzone wystarczająco późno, by PRL-u nie pamiętać, próbuje dokonać egzorcyzmu tego widma. A to pewnie musi trochę boleć.

Konflikt pokoleń jest również pewnym uproszczeniem, jednak nie jest tajemnicą, że w Razem brakuje pięćdziesięcio- i sześćdziesięciolatków, a na manifestacjach KOD-u trudno doszukać się dwudziestoparolatków. Widać go również w tekście Agaty Bielik-Robson, która jest rozczarowana brakiem wdzięczności ze strony, chciałoby się rzec, „niesfornej młodzieży”. A już kilkukrotne wypominanie dotacji, którą Razem dostało jakoby dzięki głosom mieszczaństwa, to typowe podejście „płacę – wymagam”, charakterystyczne dla polskiej klasy średniej. Przywodzi na myśl zniecierpliwionego klienta McDonalda, który oburza się długim czasem oczekiwania, a przecież zakupiony przez niego hamburger „daje pracę” gnuśnym pracownikom fast fooda. Nie mówiąc już o elementarnej logice. Fakt, że wszystkie znane nam osoby, które głosowały na Razem, należą do wielkomiejskiej inteligencji, jest informacją jedynie o profilu naszych znajomych, a nie o elektoracie tej czy innej partii. Z kolei występowanie jako głos rozczarowania Razem przez osobę, która otwarcie do tego wyboru zniechęcała, zakrawa na manipulację.

Czytając o lewicy, której chce Bielik-Robson, trudno oprzeć się wrażeniu, że taka „lewica” już w Polsce była, a był nią Ruch Palikota (z którym zresztą związane są lub były obie przytaczane w tekście felietonistki osoby).

Oparty o liberalne wartości (będące zdaniem autorki warunkiem sine qua non demokracji), socjalny, ale niezbyt radykalnie, żeby przypadkiem nie zniechęcić drogocennego mieszczaństwa, głoszący prosty, czarno-biały przekaz przy jednoczesnej miałkości ideowej (którą być może można uznać za odpowiednią dozę centryzmu). No i nie krytykował III RP, bo to przecież może obudzić tę straszą „upiorną zjawę” PRL.

***

Barbara Brzezickaabsolwentka filozofii i filologii romańskiej na Uniwersytecie Gdańskim, gdzie obecnie pracuje; członkini Rady Krajowej partii Razem.

 

**Dziennik Opinii nr 32/2016 (1182)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Barbara Brzezicka
Barbara Brzezicka
Nauczycielka akademicka, członkini Razem
Nauczycielka akademicka na Uniwersytecie Gdańskim, gdzie ukończyła filologię romańską oraz filozofię. Tłumaczka, członkini partii Razem. Działa w Komitecie Kryzysowym Humanistyki Polskiej.
Zamknij