Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Polsce lepiej przysłużyłby się system kanclerski

Polska tkwi w ustrojowym klinczu. System kanclerski mógłby przywrócić sprawczość i odpowiedzialność rządzących.

ObserwujObserwujesz
Jakub Majmurek Polemika z Wójcikiem
Kontekst

🏛️ W majówkę prezydent Karol Nawrocki powołał Radę Nowej Konstytucji, która ma przygotować grunt pod zmianę ustroju państwa.

🚨 W cyklu Jest inba! publikujemy dwugłos Piotra Wójcika i Jakuba Majmurka: jeden jest przeciwko zmianie konstytucji, a drugi – za.

Walka

Wbrew temu, do czego próbuje nas przekonać prezydent Nawrocki, Polska nie znajduje się w momencie konstytucyjnym i żadna zmiana obecnej ustawy najwyższej nie jest prawdopodobna w perspektywie najbliższych lat – zwłaszcza w kierunku systemu prezydenckiego, na który ciągle najpotężniejsi w kraju politycy, Jarosław Kaczyński i Donald Tusk, nigdy się nie zgodzą.

Jednocześnie obecną konstytucję faktycznie warto by zmienić. I to w zakresie najbardziej fundamentalnych rozwiązań ustrojowych – z tym że inaczej, niż postuluje Pałac Prezydencki, w stronę konsekwentnego systemu kanclerskiego.

Obecny system jest przedziwną, nie bez powodu w zasadzie nigdzie niewystępującą hybrydą, łączącą prezydenta z bardzo mocnym mandatem demokratycznym i mocnym wetem, do którego obalenia potrzeba większości trzech piątych, z władzą wykonawczą zasadniczo skupioną w rękach odpowiedzialnego przed parlamentem rządu. Taki system tworzy zachęty do ustrojowego paraliżu i blokuje możliwość realizacji woli większości wyrażonej w głosowaniu do Sejmu.

Czytaj także Populizm zaczął zwalczać imposybilizm Galopujący Major

Rząd na hamulcu ręcznym

Demokracja parlamentarna zasadniczo opiera się na tym, że większość w zgromadzeniu ustawodawczym ma prawo wyłonić rząd i przeprowadzić kluczowe zmiany w państwie, bo do tego dostała mandat od swoich wyborców. W Polsce tak to nie działa. By cokolwiek naprawdę zmienić, trzeba wygrać nie tylko wybory parlamentarne, ale i prezydenckie. Wpisaliśmy sobie do konstytucji prezydenta jako trzecią, jednoosobową izbę parlamentu, de facto dominującą nad pozostałymi.

Tworzy to cały szereg paradoksalnych sytuacji. Na listy, z których wybrani zostali posłowie, którzy w grudniu 2023 roku poparli rząd Tuska, padło ponad 11,5 miliona głosów. Więcej niż na jakiegokolwiek kandydata na prezydenta, także w drugiej turze. Jednak mimo tak mocnego mandatu większość ta nie była w stanie zrealizować swoich kluczowych obietnic związanych z przywracaniem praworządności ze względu na pewno weto Andrzeja Dudy.

Brak sprawczości nie tylko w tej kwestii przyczynił się do klęski Rafała Trzaskowskiego w 2025 roku. I nawet jeśli w przyszłorocznych wyborach obecna koalicja utrzyma władzę i zwiększy poparcie, to o ile nie zdobędzie zaporowej większości trzech piątych głosów w Sejmie, nie będzie w stanie zrealizować istotnej części swojego programu. Połowa społeczeństwa w najlepszym dla siebie wypadku będzie mogła wybrać dalsze trzy lata klinczu z Nawrockim. Nic dziwnego, jeśli jej wyborcy uznają, że nie ma sensu się fatygować.

Jeśli zaś wybory wygra prawica, to jej obóz weźmie wszystko. Bo trudno sobie wyobrazić, by Karol Nawrocki w jakikolwiek sposób moderował jazdę po bandzie rządu PiS i Konfederacji w imię poszanowania wrażliwości, interesów czy wartości drugiej strony – Polski, która w 2025 roku zagłosowała w drugiej turze na Trzaskowskiego.

Czasem trzeba podjąć trudną decyzję

Piotr Wójcik przekonuje, że prezydent z wetem sprawia, że kolejne wybory parlamentarne w mniejszym stopniu są walką typu wszystko albo nic i obniża ich egzystencjalną stawkę. Problem w tym, że w demokracji czasem trzeba podjąć decyzję, która jest niepopularna, ale koszty jej niepodjęcia albo stanięcia na rozdrożu są znacznie wyższe, niż jasny i szybki wybór opcji A lub B.

Dobrze zorganizowany system powinien umożliwiać podejmowanie takich decyzji. Polski system z prezydentem posiadającym prawo weta znacząco to utrudnia.

Z jakichś powodów uznaliśmy, że sprawność podejmowania decyzji przez parlament jest ważniejsza od zasady budowania maksymalnego konsensusu i zapisaliśmy w konstytucji, że większość praw można uchwalać zwykłą większością – a nie np. większością trzech piątych, choć to bez wątpienia wymuszałoby budowanie bardzo szerokiego konsensusu między różnymi obozami. Nie ma też żadnego dobrego powodu, dla którego parlamentarna większość mająca jasny demokratyczny mandat powinna być ograniczana przez konieczność porozumienia się z prezydentem.

To kwestia nie tylko sprawności podejmowania decyzji, ale też elementarnej demokratycznej rozliczalności rządzących. Wyborcy mają prawo wiedzieć, kto ponosi polityczną odpowiedzialność za stan państwa, od kogo mogą oczekiwać realizacji obietnic, i wobec kogo wyciągnąć konsekwencje. Dziś premier może zrzucić odpowiedzialność za niespełnione obietnice na prezydenta, a prezydent nie ma żadnych narzędzi, by realizować jakąkolwiek własną pozytywną politykę.

Czytaj także Patriarchalny ojciec przeciwko „lewackim fanaberiom” Galopujący Major

System parlamentarno-gabinetowy daje przy tym parlamentowi narzędzia kontroli premiera, jakiego nie daje system prezydencki w wypadku prezydenta będącego jednocześnie szefem rządu. Jeśli premier puści się poręczy, to parlament może o wiele łatwiej usunąć go z urzędu, niż prezydenta – co, jak pokazuje przykład drugiej kadencji Trumpa, może być jak najbardziej realną i pilną potrzebą.

Prezydent nie sprawdza się jako strażnik konstytucji

Oczywiście zmiany, jakie podejmuje większość, muszą mieścić się w granicach konstytucji. W obronie obecnej pozycji prezydenta w ustroju Polski często występuje argument, że prezydent z takim kompetencjami, jakie przyznaje mu ustawa zasadnicza z 1997 roku, efektywnie pełni rolę „strażnika konstytucji”, chroniąc system przed ekscesami jednej lub drugiej strony.

Problem w tym, że to nieprawda. Spójrzmy na nasz obecny kryzys konstytucyjny. Co znajduje się w jego centrum? Dwie kwestie: po pierwsze Trybunał Konstytucyjny, który przez obecność sędziów-dublerów utracił znamiona niezawisłego sądu. Po drugie neo-sędziowie powołani z nominacji niekonstytucyjnej neo-KRS. Za obie te rzeczy główną odpowiedzialność ponosi prezydent Duda.

To on rozpoczął kryzys praworządności, nie przyjmując ślubowania od prawidłowo wybranych sędziów TK przez Sejm VII kadencji (2011-2015) i powołując sędziów-dublerów. Duda najpierw zawetował dwie z trzech ustaw sądowych Ziobry – w tym tę o KRS – a następnie zaproponował własne, w dużej mierze powielające fatalne, najpewniej niekonstytucyjne rozwiązania resortu sprawiedliwości.

Doświadczenia lat 2015-2023 pokazują, że jeśli chcemy uchronić się przed konstytucyjnym wandalizmem i autorytarnym dryfem, to potrzebujemy raczej mocniejszych narzędzi sądowej kontroli prawomocności i konstytucyjności działań rządów – prezydent w obecnym kształcie ustrojowym niczego nie gwarantuje.

Czy da się w ogóle być dobrym prezydentem?

Piotr Wójcik wysuwa też argument, że prezydent jest ostatnim bastionem powagi w coraz bardziej niepoważnej polityce. Jako obserwator polskiej polityki mam diametralnie odmienne wrażenie. W ostatnich dwudziestu latach trudno o polityków bardziej ośmieszanych, memicznych, wizerunkowo glanowanych przez swoich przeciwników, a nawet część zwolenników, niż prezydenci Komorowski i Duda. Tego pierwszego pod koniec kadencji nie szanował nawet elektorat PO, drugiego od początku nie poważało jego własne partyjne zaplecze. Obaj nie przypadkiem zniknęli z polityki i w ogóle nie funkcjonują w niej jako autorytety, w których zdanie warto się wsłuchiwać.

W zasadzie jedynym prezydentem, który dobrze odnajdywał się w swojej roli pod zapisami obecnej konstytucji, był Aleksander Kwaśniewski – co mogło wynikać z tego, że zanim wygrał wybory w 1995 roku, kierował komisją konstytucyjną w Sejmie II kadencji (1993-1997). Lech Kaczyński spalał się w wojnie z Donaldem Tuskiem w drugiej połowie swojej kadencji. Nawrocki na razie przeżywa miesiąc miodowy, ale jego agresywnie konfrontacyjny styl prezydentury może jeszcze zostać bardzo negatywnie zweryfikowany przez wyborców. Już dziś prezydent budzi po drugiej stronie znacznie bardziej negatywne emocje, niż np. Mateusz Morawiecki.

Można się nawet zastanawiać, czy pod zapisami obecnej konstytucji da się być dobrym prezydentem. Ja powiedziałbym, że to bardzo trudne. Bo jeśli prezydent chce się trzymać swoich kompetencji, to naraża się na zarzuty o bierność, „pilnowanie żyrandola”, pełnienie roli „długopisu” itd. Gdy próbuje realizować jakiś swój program, to prędzej czy później wchodzi się na ścieżkę konstytucyjnego awanturnictwa i wandalizmu – jak Karol Nawrocki.

Czytaj także Donald Tusk stał się politycznym zakładnikiem Romana Giertycha Galopujący Major

Uwolnijmy więc przyszłych prezydentów od tych dylematów i napiszmy inną konstytucję – kiedyś, gdy pojawi się na to szansa. Obecna ustawa najwyższa nie wynika z żadnego głębokiego namysłu ustrojowego, tylko z serii przypadków. Bezpośrednie wybory prezydenckie były efektem logiki wojny na górze, konfliktu między Mazowieckim i Wałęsą, który postanowiono rozstrzygnąć przy urnach. Gdy Polacy już raz wybrali bezpośrednio prezydenta, nikt nie miał odwagi „odebrać” im tego prawa. Pisząc konstytucję sejm II kadencji najpierw osłabiał rolę prezydenta przeciw Wałęsie, po czym zatrzymał się w połowie drogi, gdy prezydentem został Kwaśniewski.

Konflikty, które ukształtowały obecną pozycję prezydenta, dawno odeszły do historii – i tam też powinniśmy odesłać obecną konstrukcję ustrojową tego urzędu.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x