🏛️ W referendum odwoławczym mieszkańcy Krakowa odwołali prezydenta Aleksandra Miszalskiego zaledwie dwa lata po jego zwycięstwie w wyborach samorządowych.
🗳️ Referendum odbyło się przy stosunkowo niskiej frekwencji, ale wystarczającej do przekroczenia progu ważności.
⚔️ Głosowanie szybko stało się elementem ogólnopolskiego konfliktu politycznego. Część uczestników deklarowała, że traktuje referendum jako sposób wyrażenia sprzeciwu wobec rządu Donalda Tuska.
🌆 W tle sporu znalazły się także lokalne problemy Krakowa: zadłużenie miasta po rządach Jacka Majchrowskiego, Strefa Czystego Transportu, ceny mieszkań i zarzuty dotyczące kontynuacji dawnego układu władzy.
Michał Sutowski: Poszedł pan głosować w referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa?
Jarosław Flis: W normalnych wyborach zawsze uczestniczę, to dla mnie coś naturalnego, ale unikam publicznych deklaracji politycznych. W tym wypadku to o tyle trudne, że sam fakt głosowania lub niegłosowania był deklaracją polityczną, pomijając oczywiście przypadki ewidentnej niewiedzy obywatelskiej. Powiem tylko tyle, że udział w grze o tak absurdalnych regułach, jak odwoławcze referendum, to duże wyzwanie. I na tym poprzestanę.
Dlaczego Aleksander Miszalski przegrał?
Kolejarze tłumaczyli mi kiedyś, że każda katastrofa kolejowa ma przynajmniej dwie przyczyny. Tu było ich nawet więcej. Według jednego z sondaży blisko 30 proc. głosujących za odwołaniem deklarowało, że robi to, by pokazać, co sądzą o Donaldzie Tusku. Co znaczy tyle, że gdyby Miszalski nie był z Koalicji Obywatelskiej, to by przetrwał. Z drugiej strony, gdyby wyłącznie tacy wyborcy poszli głosować, to też by przetrwał. Porażka polityczna jest jak pasjans, wymaga złożenia się wielu kart, w tym wypadku lokalnej i ogólnokrajowej.
Jakich jeszcze?
Krakowskie wybory samorządowe w 2024 roku rozstrzygnęły się w drugiej turze przy niskiej frekwencji – 45,5 proc., co przekłada się na 27-procentowy próg ważności referendum odwoławczego. Te 33 procent, które mieliśmy w niedzielę w Krakowie, nie wystarczyłoby więc do odwołania np. prezydentek Łodzi czy Gdańska, o prezydencie Warszawy nie wspominając, choć już w przypadku Poznania czy Wrocławia jak najbardziej. Z reguły frekwencja w II turze jest niższa: odpadają wyborcy, których interesują tylko wybory sejmikowe lub do rady gminy, gdzie np. startują ich znajomi; jak i wielu tych, których kandydaci w I turze odpadli. Są oczywiście wyjątki, gdy np. dwóch kandydatów dostanie po czterdzieści kilka procent w turze pierwszej, więc w drugiej każdy głos się liczy. Tutaj tak nie było, więc w związku z tym, że wyborcy PiS-u i Konfederacji nie poszli do drugiej tury…
…to teraz było im łatwiej odwołać prezydenta z Koalicji Obywatelskiej?
Tak, ale to nijak nie przesądza, że będą się mogli cieszyć zwycięstwem za kolejne trzy miesiące.
Do tego jeszcze wrócimy, ale powiedzmy, jakie były te lokalne powody porażki.
Główny problem był taki: czy te rządy są kontynuacją Jacka Majchrowskiego, czy sprzątania po Majchrowskim? W polityce każde „pół na pół” słabo wychodzi: albo zmieniamy rząd, bo był beznadziejny i potrzeba nam nowej miotły, albo był świetny i pracujemy dalej, budujemy na jego osiągnięciach, ewentualnie wprowadzamy drobne korekty. Wiadomo, że nie da się wszystkiego robić inaczej, ale można być przynajmniej werbalnie w kontrze – tutaj trudno było to stwierdzić.
Czyli nie potrafili się ani odciąć, ani nawiązać?
Tym bardziej że odziedziczyli problem finansów. Kraków Majchrowskiego to było zadłużone miasto, które nie wszystkie potrzebne projekty realizowało, za to wydawało mnóstwo pieniędzy na rzeczy mieszkańcom niepotrzebne, jak choćby miejska telewizja. Tamten prezydent przez kilkanaście lat zarządzał urzędem metodą: chcesz coś robić, to rób, a jak nie, to nie rób, nie ma problemu. Jak nie kochać takiego szefa? Tylko tych spraw, w których nic lub mało się działo, było dużo i zostały zaległości. Majchrowski słusznie przeczuwał, że miasto dojrzewa do zmiany, więc nie startował.
Zatem punkt startu nieciekawy…
Naobiecywało się w tej kampanii różne rzeczy, na czele z metrem, z drugiej strony trzeba było oszczędzać i jeszcze do tego doszło podnoszenie cen, np. na komunikację miejską. Plus obsadzanie stanowisk kolegami z partii, tak jakby oni różnych stanowisk w mieście nie zajmowali… No i wreszcie temat Strefy Czystego Transportu. Twierdzenie, że on nie dotyczy mieszkańców Krakowa, tylko tych, co dojeżdżają spoza miasta, naprawdę nie było dobrze wykalkulowane.
Słuchaj wideokastu o Strefach Czystego Transportu:
Na prezydenta miasta ci ludzie nie głosują.
Ale tu pracują, przyjaźnią się z ludźmi z Krakowa, wylewają swój żal i frustrację na rodziny, przyjaciół, koleżanki i kolegów z pracy, którzy się z nimi utożsamiają. Że kiedyś było za darmo, a teraz trzeba płacić. Zwłaszcza biorąc pod uwagę te wszystkie niuanse, na których przejechał się już Emmanuel Macron we Francji: że jakoś łatwiej zakazać starych diesli, a trudniej nowych SUV-ów. Pojawia się pytanie, czy małolitrażówka spod Krakowa szkodzi miastu bardziej niż ogromny SUV radnego – ciekawym zadaniem byłoby sprawdzić w oświadczeniach majątkowych, ilu z nich posiada takie samochody… Do tego dochodzi problem ogólnoświatowy, czyli drożyzna na rynku mieszkaniowym.
Akurat ekipa tego prezydenta zajęła się budownictwem społecznym.
A kiedy efekty będą odczuwalne? Za 10-20 lat? Jak pytam studentów, czy żyje im się lepiej, niż rodzicom w ich wieku, to nie mają oczywistej odpowiedzi, i mówią właśnie o cenach mieszkań. To jest taki paradoks, że miasto kwitnie, nie da się zaprzeczyć, ale z drugiej strony ludzie mają przekonanie, że żyje się coraz ciężej. Oczywiście nie wszystkim, bo jak ktoś ma kilka mieszkań na wynajem, to nie narzeka.
A co z opowieścią o rzekomo „ukradzionych” wyborach, taką trochę… trumpową?
Opowieść była, przysłano mi nawet książkę Kampania. Jak wygrać wybory i nie dać się złapać Gajcego i Muchy. To na pewno dokładało się do mobilizacji, choć mam wrażenie, że ważniejsze było przekonanie, że prezydentura Miszalskiego dostała mu się, bo po odejściu Majchrowskiego władza właściwie leżała na ulicy i mało kto chciał po nią sięgnąć. Że nie była wywalczona po ciężkim boju, ergo zasłużona…
Przecież wygrał z Gibałą 5 tysiącami głosów, to była zacięta walka i do końca nierozstrzygnięta.
Tak, ale w warunkach, gdy PiS właściwie odpuścił wybory, bo podnosił się po klęsce, a spójność wewnętrzna partii była najważniejsza, więc wystawił kogoś, kto się samym miastem nigdy nie zajmował – Łukasza Kmitę. Gibała był najbliżej, był atakowany poniżej pasa, ale też miał swoje ograniczenia. Można tłumaczyć, że 250-milionowa pożyczka od ojca spłacana udziałami w firmie to w biznesie rzecz normalna, ale takie zaplecze finansowe nie pozwala uznać, że to taki samorodny talent, co zrobił oddolny ruch i z pucybuta zrobił się król.
Król często dziedziczy koronę.
Trochę jak w starym dowcipie o miliarderze, co tłumaczy, jak doszedł do wielkiego majątku: kupiłem jabłko za dolara, wypolerowałem i sprzedałem za 4 dolary, za to kupiłem 4 jabłka, aż w końcu… umarła mi ciotka i dostałem w spadku 10 milionów dolarów. Oczywiście Gibałę wielu ludzi ceni za różne działania, ma dorobek z 20 już lat działalności, w tym masę świetnych materiałów wyborczych, które mogę dzięki niemu pokazywać studentom. Ale ja zmierzam do czegoś innego: tamte wybory z 2024 roku nie dały Miszalskiemu wizerunku przywódczego, tej charyzmy, którą mimo swych wad ma wielu prezydentów dużych miast. Spotkałem wiele osób, niekoniecznie mu wrogich, które wyrażały się o prezydencie Krakowa bez respektu. Nie potrafię powiedzieć, czy to efekt jego osobistych cech, czy wyraz zwykłej zawiści. Ale tego najwyraźniej zabrakło w momencie kryzysowym.
A czy nie ma pan wrażenia, że Miszalskiego rząd zostawił samego? Nie chodzi o to, żeby Tusk przyjeżdżał za nim agitować, bo to by mu raczej zaszkodziło, ale mógł przecież przyjechać jakiś minister i sypnąć milionami na prestiżowe krakowskie przedsięwzięcie… PiS praktykował to latami.
Na coś takiego było już za późno. Rząd – a właściwie Tusk – mógłby co najwyżej nie podsycać konfliktów społecznych. Akurat lekcji PiS nie odrobiono: nasze partie mają problemy z naśladowaniem tego, co przeciwnicy robią dobrze, za to świetnie im wychodzi naśladowanie głupot. Druga kadencja PiS-u powinna być lekcją tego, że z opozycją nie walczymy: możemy ją sobie wychowywać, ale demonizowanie tylko i wyłącznie rozjusza ludzi. Te wszystkie wypowiedzi o „zorganizowanej grupie przestępczej” to jeżdżenie prętem po klatce, to podgrzewa nastroje i później ci wkurzeni ludzie przy pierwszej okazji…
Wyrażają swoje emocje?
Tak, mogą odreagować. Niedziela 24 maja była w Krakowie przepiękna, można było robić mnóstwo fajniejszych rzeczy, niż głosować w sprawie, której większość mieszkańców Krakowa nie uważa za istotną. Kiedy mieli wybierać: Miszalski czy Gibała, to większość została w domu. Teraz, formalnie rzecz biorąc, też – ale jednak poszło wystarczająco dużo, żeby Miszalskiego odwołać. O znaczeniu nastrojów ogólnokrajowych świadczy też fakt, że przed rokiem w Krakowie przeciwko Trzaskowskiemu głosowało tyle osób, że jakby tylko oni poszli, to by wystarczyło do odwołania Miszalskiego. Takich miejsc w skali kraju jest więcej: burmistrz czy prezydent miasta w wyborach samorządowych może czuć się pewnie, bo jego obóz stale wygrywa w mieście. Ale gdyby wszyscy ci, co głosowali na drugą stronę w wyborach prezydenckich, poszli i zagłosowali w referendum, to zostanie odwołany. Znów, w stolicy przechył na stronę KO jest tak duży, że wszyscy wyborcy Nawrockiego sprzed roku nie wystarczyliby do odwołania Trzaskowskiego w referendum, ale pełna mobilizacja „polaryzacyjna” pozwoliłaby wyborcom rządu odwołać prezydentów Tarnobrzega, Zamościa czy Siedlec, a wyborcom opozycji – to samo zrobić w Kielcach, Częstochowie, Toruniu czy Bielsko-Białej. W normalnych wyborach nie mieliby szans na sukces, ale odwołać w referendum daliby radę.
W dniu krakowskiego referendum była piękna pogoda, w sierpniu prawdopodobnie też będzie. Komu to posłuży? To znaczy: kto może wygrać i kto na tym zyska w kraju?
Nie robiliśmy nigdy wyborów w sierpniu, przynajmniej w tej skali, nie da się też głosować poza miejscem zamieszkania. Gdy w lipcu odbyły się wybory prezydenckie, były miasta, jak Leszno, gdzie nawet 20 procent wyborców wzięło zaświadczenia przed drugą turą i zagłosowało gdzie indziej. Ten trend ma znaczenie w miastach, gdzie ludzi stać na wyjazdy, ale nie ma zbyt wielu atrakcji turystycznych. Tym razem tak nie będzie, kluczowe jest to, kto po prostu z miasta wyjedzie. Ale przy tak niskiej frekwencji wszystkie elektoraty się demobilizują w podobnym stopniu, bo też nie różnią się społecznie tak bardzo…
A nie jest tak, że to wyborcy KO wyjeżdżają najliczniej?
Być może, ale czy wyborcy np. Konfederacji tak bardzo się od nich różnią? Ewentualnie wiekiem… To jest cały czas niezbadane, jak odtwarza się podział na lud i patrycjat w tym młodszym pokoleniu. Równie dobrze może być tak, że za miasto wyjedzie cały elektorat Konfederacji, zapewne najbardziej skłonny głosować na Gibałę, a zostaną emeryci.
Przynajmniej ci ubożsi.
Zamożniejsi też, bo oni z kolei na wakacje wolą wyjechać poza sezonem – taniej, mniej tłoczno, nie tak gorąco… A w tej grupie w mieście przeważają wyborcy Koalicji Obywatelskiej.
Czy argument ze „sprzątania po układzie Majchrowskiego”, który sprzyjał Łukaszowi Gibale, się nie wyczerpał? Skoro u władzy nie ma już nieusuwalnego krakowskiego cara?
Akurat te nastroje przez 2,5 roku wcale tak bardzo nie ostygły. Ale jest jeszcze cały szereg zmiennych, które sprawiają, że prognozowanie wyniku wyborów, które odbędą się za trzy miesiące, można równie dobrze zastąpić losowaniem. Inne będzie zainteresowanie mediów ogólnopolskich, skoro wybierany będzie prezydent w tylko jednym, za to dużym mieście. No i mnóstwo będzie zależało od układu kandydatów. Przypomnijmy sobie przedterminowe wybory w Rzeszowie: one były zapowiedzią fali, która później pogrążyła PiS. Ale tam kandydatów z PiS-u była co najmniej dwójka, natomiast Konrad Fijołek potrafił zagospodarować pod swym szyldem nie tylko ekipę od poprzednika, ale też zapewnić poparcie wszystkich partii opozycyjnych.
Może tu się wydarzyć coś analogicznego?
Na razie na to nie wygląda, bo może się powtórzyć sytuacja z Zabrza, gdzie zapowiadano, że po odwołaniu prezydenta z KO nastąpi wielka antyrządowa fala, po czym ani PiS, ani Konfederacja nie wprowadziły kandydata do II tury. Teraz opozycja ma swoje 5 minut, ale pamiętajmy, że notowania PiS są niższe niż w 2024 roku, gdy ich kandydat dostał 20 procent, a Konfederacja ma z grubsza tyle, ile miała, za to w Krakowie jest poniżej średniej. Do tego start zapowiada Grzegorz Braun, a te partie raczej nie będą tego beneficjentami.
Opozycja może się podłączyć pod Gibałę. A jak dostanie dobry wynik, to powie, że to czerwona kartka dla Tuska.
Ale w przypadku PiS to bardzo mocno naciągane. Przecież to były poseł Ruchu Palikota i były szef Platformy w Krakowie. Sam pamiętam, jak oni 1,5 roku temu trzymali kciuki za Gibałę, ale trochę na zasadzie odmrożenia sobie uszu na złość mamie. Konfederacji oczywiście byłoby łatwiej. Ale pamiętajmy, że nie wiemy dziś, jaki będzie kandydat i w ogóle nastroje w samej Koalicji Obywatelskiej. Dokładnie 20 lat temu udzielałem wywiadu na temat sukcesu Jacka Majchrowskiego, który dokonał się w poprzek podziału PO-PiS. I mój argument był taki, że relacje w obydwu krakowskich partiach, PO i PiS, są modelowo patologiczne. Wtedy w Radzie Miejskiej był podział na ziobrystów i wassermanowców z jednej strony, a na młodych i starych z drugiej. Oni wzajemnie się wycinali ze stanowisk w komisjach, a obydwie grupy mniejszościowe radnych groziły tym silniejszym, że jak nas będziecie tak wycinać, to przejdziemy do tej drugiej partii. Inaczej mówiąc, układ sił w lokalnych strukturach partii to też będzie niebagatelny czynnik w tych wyborach. Przed referendum wiele osób wstrzymało oddech i się nie wypowiadało, bo nie wiadomo było, czy Rada Miejska przetrwa.
Przetrwała.
Dlatego teraz dopiero ujawni się, jakie będą strategie poszczególnych sił. Ale chyba najważniejszy czynnik to wakacje: bo jak prowadzić kampanię w sierpniu w Krakowie, gdzie w wielu miejscach łatwiej spotkać turystę, niż wyborcę? Oczywiście są sklepy osiedlowe, ale ciężar agitacji wyborczej zapewne przeniesie się do internetu.
Na początku rozmowy mówił pan, że założenia tego typu referendum są dość absurdalne, ale sama instytucja ma chyba zalety?
Ma, choć ja uważam, że w praktyce to jest syreni śpiew demokracji. Widać, że ludzie częściej się nakręcają, że to się uda, niż się udaje naprawdę. Wbrew pozorom większą skuteczność w odwoływaniu burmistrzów mają regularne wybory niż referenda. Do zbadania jest, czy nieudane referenda odwoławcze zwiększają, czy zmniejszają potem szanse porażki burmistrza w wyborach.
A da się tę instytucję ulepszyć?
Ja byłbym za tym, żeby po odwołaniu prezydenta w referendum wybierała go Rada Gminy, to jedna rzecz. Jeśli nie,+ to zmieńmy chociaż regułę wyznaczania terminów, żeby ze względu na sztywny schemat nie wypadały np. w Boże Narodzenie czy majówkę, bo to wypacza wyniki. Ustalmy, że np. nie głosujemy zimą ani w wakacje: wrzesień-listopad, marzec-czerwiec. Albo zróbmy święto demokracji i wszystkie głosowania danego roku w tym samym dniu, niechby i 4 czerwca. Trzecia zmiana, może najważniejsza: jak już robimy referendum odwoławcze, to róbmy z sensem, tzn. nie twórzmy negatywnej siły głosu.
Co to znaczy?
Bo teraz zdarza się, że wyborca – tak jak w Bytomiu w 2012 roku – idący do referendum i głosujący za tym, żeby nie doszło do odwołania rady gminy… doprowadza do jej odwołania. A gdyby został w domu, to by wszystko było ok, bo 865 osób było przeciw odwołaniu, a próg frekwencji został przekroczony o ledwie 248.
To jak być powinno?
Da się to zrobić na dwa sposoby. Najprostszy jest taki, że wymóg frekwencji dotyczy tylko i wyłącznie głosów przeciw – wtedy to, czy ktoś ze zwolenników idzie, czy nie idzie, nie ma żadnego znaczenia, oczywiście jeśli są w mniejszości. I to już usuwa kilka obecnych problemów. Po pierwsze fakt, że się idzie głosować, nie jest faktem tajnym, zwłaszcza w małych gminach. I teraz, gdy mamy referendum za odwołaniem władz gminy, przychodzi głosować pracownik gminy, a w komisji siedzi urzędnik tej gminy, co jest dość skandaliczne. Po drugie nie ma żadnych ograniczeń w agitacji co do frekwencji, a ona ma bezpośrednie znaczenie dla wyniku. Po trzecie uruchamia się kompletnie dwuznaczna gra: stawia się wyborcę w sytuacji, jaką kiedyś śp. ojciec Kłoczowski opowiadał na przykładzie osób żebrzących: nie dam, to czuję się jak bydlak, a dam, to czuję się jak idiota. Jestem zwolennikiem utrzymania się wójta i nie pójdę, to czuję się jak bydlak, a pójdę, to czuję się jak idiota. Demokracja nie powinna stawiać wyborców przed takim dylematem.
A jaki jest ten drugi sposób?
To jest ruchomy próg frekwencji, oparty na złotym podziale. Odsetek zwolenników odwołania burmistrza czy prezydenta musi być większy, niż połowa proporcji między przeciwnikami a zwolennikami jego odwołania. Daje to taki efekt, że np. jeśli do referendum poszło tylko 5 procent zwolenników burmistrza, to do jego odwołania wystarczy 16 procent przeciwników. Jak 10 procent zwolenników się pofatyguje, to przeciwników potrzeba już 22 procent, i tak to sobie przyrasta logarytmicznie. Brzmi skomplikowanie, ale sprawia, że burmistrzowi opłaca się zachęcać, by ludzie poszli głosować za nim. Nie chcecie, żeby mnie odwołali, to idźcie – każdy głos się liczy i podwyższa poprzeczkę. Dziś reguła jest dużo prostsza i jakoś intuicyjna, ale prowadzi do sytuacji, kiedy burmistrz musi wyborcom powiedzieć: jak was będzie więcej niż tamtych, to idźcie koniecznie, bo mi pomożecie, ale jak mniej – to w żadnym razie nie idźcie, bo mi tylko zaszkodzicie.
A próg frekwencji jest w ogóle konieczny?
Chodzi o to, żeby naruszenie status quo nie było za łatwe, bo wiemy, że łatwiej status quo zburzyć, niż je zbudować. Gdybyśmy w ogóle znieśli wymóg frekwencyjny, to byłby wysyp referendów odwoławczych. A po to chyba wymyśliliśmy kadencyjność, żeby wybory nie były co tydzień.
Mówi pan, że wynik wyborów w Krakowie na dziś jest nie do przewidzenia. Skutki dla polityki ogólnopolskiej też?
Na razie obóz rządzący dostał kubeł zimnej wody na głowę – a ta może go otrzeźwić lub po nim spłynąć. Ważniejsze będzie jednak to, co wydarzy się w sierpniu. To jasne, że jeśli kandydat KO przegra, opozycja się ostentacyjnie ucieszy i spróbuje podpiąć pod zwycięzcę. A gdyby wygrał kandydat PiS albo Konfederacji, na co się nie zanosi, to oczywiście byłby dla nich wiatr w żagle. Jednak sama wiara, że przeciwnicy sobie nie radzą, że gryzą się między sobą, bywa rozleniwiająca i demotywująca. Największym wrogiem zwycięstwa jest przekonanie o jego nieuchronności.
**
Jarosław Flis – socjolog, dr hab., profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego w Katedrze Badań nad Mediatyzacją na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej UJ, ekspert ds. public relations, socjologii polityki i zarządzania instytucjami publicznymi, autor m. in. książki Złudzenia wyboru. Społeczne wyobrażenia i instytucjonalne ramy w wyborach do sejmu i senatu (2014).






![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)


!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)
Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.