Kopiuj, wklej. Mam zaszczyt zaprosić Pana i reprezentowane przez Pana Miasto… Usuń. Kto dalej? B-o-l-e-s-ł-a-w-i-e-c. Drukuj. Podpisz. Teraz koperta, adres, znaczek. Powtórz. Ile jeszcze?
Zaczęło się od 160 listów wysłanych do 160 miast w całej Polsce. Tyle wystarczyło Danielowi Janiakowi, by rozpętać burzę i narazić się na potępienie równie liczebnej grupy wsi. A raczej wójtów tychże.
Daniel Janiak od dwóch lat jest burmistrzem leżącego około 50 km na zachód od Warszawy Sochaczewa. Jego miasto niemal z każdej strony otoczone jest przez gminę wiejską Sochaczew z siedzibą w mieście Sochaczew. To tzw. wiejska gmina obwarzankowa. Takich par miasto – gmina wiejska jest w Polsce około 160, ten układ rodzi wiele konfliktów. Daniel Janiak jako pierwszy wyszedł z inicjatywą, by rozwiązać tę kwestię systemowo. Pierwszym krokiem były wspomniane listy.
Na odpowiedź nie musiał długo czekać, choć nie nadeszła od jednego z adresatów listu.
„Stanowczo i jednoznacznie sprzeciwiam się wszelkim koncepcjom, narracjom lub działaniom zmierzającym do włączenia Gminy w granice Miasta Sochaczew. Sprzeciw ten ma charakter absolutny i nie podlega negocjacjom” – czytamy w wystosowanej dość emocjonalnym tonem odpowiedzi Dariusza Krupy, wójta gminy wiejskiej Sochaczew.
Co takiego oburzyło wójta? Choć w liście Daniela Janiaka nie było o tym mowy, Krupa odczytał go jako zapowiedź rychłej aneksji gminy przez miasto.
List Daniela Janiaka był zaproszeniem do powołania Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Miast Wewnętrznych, którego celem ma być „wspólne wypracowanie stanowiska dla polskich władz, zachęcające do rozwiązania problemów, z którymi od ponad trzech dekad borykają się prezydenci i burmistrzowie 158 polskich miast otoczonych tzw. gminami obwarzankowymi”.
Choć Janiak odżegnuje się od likwidowania jakiejkolwiek gminy, lawina ruszyła. Na marcowej sesji radni gminy wiejskiej Sochaczew przez aklamację przyjęli stanowisko, zgodnie z którym „Gmina Sochaczew powinna zachować swoją dotychczasową integralność terytorialną oraz samodzielność jako jednostka samorządu terytorialnego”.
Stanowisko wraz z popierającymi je argumentami przesłano najważniejszym osobom w państwie, województwie oraz powiecie. No i rzecz jasna prowodyrowi sytuacji – burmistrzowi miasta Sochaczew.
Jak skrojono polskie gminy
Wiejskie gminy obwarzankowe są pozostałością reformy samorządowej z 1990 roku. Kolejne rządy przyzwalały na dzielenie gmin na wiejską i miejską. Powodów ku temu było kilka.
Pierwszym była perspektywa uzyskania środków przedakcesyjnych Unii Europejskiej na budowę infrastruktury technicznej, przede wszystkim wodociągów i kanalizacji. Środki te były przyznawane wyłącznie gminom wiejskim. Odłączenie się wsi od miasta, które otacza, w zamian za środki unijne? Brzmi jak rozsądny plan.
Kolejnym powodem były konflikty lokalnych społeczności. Również w tym przypadku rząd zgadzał się na dzielenie jednej gminy na dwie. Przez całe lata 90. doszło do kilkudziesięciu przypadków rozłączania gmin. Ostatnim był Stoczek Łukowski – gmina odłączona od miasta o tej samej nazwie w 1998 roku.
Obwarzanki nie są sobie równe – po pierwsze pod względem kształtu. Nie zawsze jest to pełnoprawna „oponka” otaczająca miasto z każdej strony. Czasem, jak w Żaganiu albo Terespolu, gmina jest „przytulona” do miasta z dwóch lub trzech stron. Czasem gmina i miasto tworzą coś w rodzaju kanapki (tak jest właśnie w Sochaczewie). Czasem obwarzanek jest poszatkowany, jak w Tarnowie, gdzie gmina wiejska składa się z trzech fragmentów.
Różne miasta centralne wykształcają różne obwarzanki. Choć dookólne gminy zawsze są wiejskie, niekoniecznie leżą na terenach wyłącznie rolniczych. Coraz częściej wiejska gmina obwarzankowa staje się typowym przedmieściem, a na jej dawnych polach wyrastają osiedla, magazyny lub zakłady przemysłowe.
W ten sposób znaleźliśmy się w zastanej rzeczywistości: mamy w Polsce prawie 160 par gmin miejskich i wiejskich. Dwie gminy, dwóch włodarzy, dwie rady, dwa urzędy. Podwójny zestaw problemów.
Pan płaci, pani płaci?
Biorą ślub, dostają wspólny kredyt. Wyprowadzają się pod miasto. Bo mogą, bo ich stać, bo nie mają wyboru. Nazwa gminy, w której mieszkają, się nie zmienia, ale to już nie miasto, to wieś. Rano wsiadają w auto i jadą do miasta. Pierwszy przystanek – szkoła; następny – praca. W mieście. Po pracy basen, dziecko ma korepetycje – też w mieście. Potem szybkie zakupy. Muszę wspominać, gdzie?
Na koniec dnia wracają do siebie, na wieś. Choć przez cały dzień „zużywali” miasto, korzystali z niego, swój podatek zapłacą tam, gdzie mieszkają – w gminie wiejskiej. Tej „obwarzankowej”.
Zjawisko to nazywa się byciem „pasażerem na gapę”. Niektórzy samorządowcy, gdy są w gorszym humorze, mówią bez ogródek, że to „pasożytnictwo”.
Grawitacja miasta sięga daleko poza jego granice. W mieście znajdują się szkoły, urzędy, praca. Czasem wszystkie drogi prowadzą przez miasto. Jak czytamy w Strategii Rozwoju gminy Płońsk, układ drogowy „uniemożliwia skuteczne skomunikowanie wszystkich miejscowości Gminy z pominięciem miasta centralnego”.
Z tego względu mieszkańcy wsi zawsze będą „zużywać” miasto, choć do odbudowy jego tkanki się nie dołożą. „Gdy zaczynamy rozmawiać o pieniądzach, od razu pojawia się problem. I znowu – nie mam pretensji do wójtów, że nie chcą się dokładać. Bo skoro nie muszą, to często nie widzą powodu, żeby to robić. Ale jeśli obszar funkcjonalny ma realnie działać, to potrzebuje środków. A dziś wiele gmin obwarzankowych nie chce partycypować, bo prawo ich do tego nie obliguje” – powiedział w wywiadzie dla czasopisma Wspólnota Daniel Janiak.
Zjawisko potęguje postępujące rozlewanie się miast. Wyprowadzka mieszkańców pod miasto, bez względu na powód, kończy się tym samym – odpływem podatków z miasta do wsi, przy zachowaniu codziennego korzystania z miasta. Tego odpływu na przedmieścia miasto w żaden sposób zatrzymać nie może, ponieważ wyłączny wpływ na planowanie przestrzenne ma wiejska gmina obwarzankowa.
Miasto ograniczone z każdej strony przez gminę wiejską ma znacznie mniejszy wybór miejsc, w których może lokować swoje inwestycje. Czy kiedy chodzi o budowę oczyszczalni, nowej szkoły, hali sportowej czy osiedla mieszkaniowego – bez terenu nic z tego nie może powstać. Samemu miastu ciężej również osiągnąć efekt skali, chociażby przy organizowaniu odbioru odpadów komunalnych czy transportu publicznego.
Problemy generuje również wszystko to, co powinno być ponadgminne. Polska rzeczywistość to chodniki urywające się nagle w szczerym polu, dokładnie na niewidzialnej granicy między gminami, bo miasto zapłaciło za swój kawałek, a gmina wiejska jeszcze nie ma tego w planach. Przykładów może być tyle, ile granic między gminami.
Czy zgoda ma wartość?
Choć w ogólnopolskiej debacie zapoczątkowanej przez konflikt burmistrza i wójta Sochaczewa nie pada to wprost, w powietrzu wisi pytanie o możliwość połączenia gmin wewnętrznych z obwarzankowymi. Czy to łączenie jest uzasadnione? Jaka płynie z niego wartość?
Ta wartość to przede wszystkim oszczędności i zyski. Dublująca się rada gminy, włodarz, jego zastępca, skarbnik i sekretarz gminy, kierownicy wydziałów urzędu gminy, dyrektorzy innych jednostek samorządu – połączenie ich stołków przyniosłoby oszczędności liczone w milionach złotych. Do zysków można natomiast zaliczyć tzw. bonus ministerialny: gminy, które się połączą, przez pięć lat otrzymują dodatkowe pięć punktów procentowych udziału w PIT.
Co można zrobić z tymi pieniędzmi? Wszystko. Uruchomić nową linię autobusową lub podnieść dodatki dla nauczycieli. Przeprowadzić inwestycje, w tym te niezbędne z perspektywy walki z kryzysem klimatycznym.
W tych okolicznościach nie sposób nie zadać pytania – czemu by nie łączyć gmin? Władza centralna tworzy zachęty, mówi o istniejących problemach, jednak zmian nikomu nie narzuca. Czy ktoś do tej pory się skusił? Tak: Zielona Góra.
Jeszcze przed 2015 rokiem Zielona Góra miała powierzchnię 58 km2 oraz populację wynoszącą 111 tysięcy osób. Miastu zaczynało brakować terenów pod nowe inwestycje i budownictwo mieszkaniowe. Chaotyczny rozrost przedmieść nastręczał problemów. Ponadto miastu zależało na włączeniu w swoje granice parku technologicznego w Nowym Kisielinie.
Z początku mieszkańcy gminy wiejskiej niechętnie podeszli do propozycji włączenia ich terenu do miasta. Powstał nawet komitet sprzeciwiający się połączeniu gmin. Rozpoczęły się długie, ale ostatecznie owocne negocjacje z lokalną społecznością. W przeprowadzonym referendum niewielka większość mieszkańców gminy wiejskiej Zielona Góra (53 proc.) opowiedziała się za przyłączeniem do miasta centralnego.
1 stycznia 2015 roku Zielona Góra zwiększyła swoją powierzchnię o 220 km2, przybyło jej też około 20 tysięcy mieszkańców. Choć nie wiadomo, ile miasto zaoszczędziło na zlikwidowaniu podwójnej administracji, wiadomo, ile pieniędzy otrzymało z bonusu ministerialnego: około 100 milionów złotych. Pieniądze te nie posłużyły wyłącznie do inwestycji w centrum miasta, ale zostały przeznaczone na inwestycje we wszystkich przyłączonych do miasta sołectwach. Kwota inwestycji zależała od liczby mieszkańców każdego z nich. Co więcej, to sami mieszkańcy decydowali, na co mają zostać przeznaczone środki.
Od tamtej pory minęło ponad 10 lat i to połączenie jest w dalszym ciągu oceniane pozytywnie. Z perspektywy czasu największym osiągnięciem jest zmniejszenie nierówności między miastem a otaczającymi wsiami, w tym spadek bezrobocia na dawnych terenach wiejskich. Choć jest to jedyny przypadek dobrowolnego połączenia się gmin, stanowi dobry przykład dla innych. Przykład, z którego nikt, jak na razie, nie chce skorzystać.
Bunt wsi. Czy uzasadniony?
Wiemy, że konsolidacja może przynieść wymierne korzyści. Wiemy również, że najczęstszym źródłem oporu przeciwko takim zmianom są właśnie gminy obwarzankowe. Ale właściwie dlaczego?
Choć nikt nie powie o tym wprost, jednym z czynników w grze są stanowiska samorządowców. Ci z gminy „wchłanianej” musieliby ustąpić i próbować odnaleźć się w nowej, niepewnej rzeczywistości. Dla tych, którzy zacementowali swój układ przed trzema dekadami, taka perspektywa może mrozić krew w żyłach nawet bardziej niż dwukadencyjność.
Wójtowie gmin obwarzankowych często określają łączenie się gmin jako „skok na kasę”. Gminy wiejskie, za sprawą budowania osiedli na dawnych polach oraz lokowania na swoich rozległych terenach magazynów czy zakładów przemysłowych, korzystają z dodatkowych wpływów z PIT i CIT. Nie mając tylu wydatków co miasto i nie partycypując w jego utrzymaniu, nie muszą martwić się o swoje budżety. Zdaniem wójtów gmin obwarzankowych połączenie gmin ma być wyłącznie sposobem na łatanie dziur budżetowych w miastach.
Mieszkańcy gmin obwarzankowych natomiast obawiają się podwyżek podatków oraz marginalizacji ich terenów i społeczności. Boją się, że staną się obywatelami drugiej kategorii, a ich dziurawa droga gruntowa na peryferiach zawsze przegra remontem ulicy w centrum miasta.
Obawy o marginalizację są o tyle uzasadnione, że w ostatnich latach miasta, zamiast wchłonąć cały swój obwarzanek, niejednokrotnie starały się „odgryźć” od niego co bardziej smakowite kąski. Szczególne zainteresowanie miast budzą istniejące lub planowane strefy przemysłowe lub mieszkaniowe, źródło wpływu z podatku PIT i CIT. W ten sposób kosztem gmin obwarzankowych wzbogaciły się Kołobrzeg czy Chełm. Próbowano również w Ełku, lecz przez falę protestów – w tym strajk głodowy wójta – rząd nie zdecydował się na powiększenie miasta.
Na sochaczewskim froncie bez zmian
Wracamy do Sochaczewa. Od kilku miesięcy burmistrz Daniel Janiak objeżdża Polskę, opowiadając o swojej idei i powstającym stowarzyszeniu. Jak twierdzi, wiele miast wyraziło zainteresowanie.
Co słychać w gminie obwarzankowej? Wójt Dariusz Krupa nosi się z zamiarem stworzenia konkurencyjnego stowarzyszenia, które zrzeszałoby wiejskie gminy obwarzankowe otaczające miasta. Cele nowego stowarzyszenia? Można domyślić się, że zabetonowanie zastanego, sprawdzonego układu.
W międzyczasie w konflikcie między miastem i gminą obwarzankową pojawił się niespodziewany aktor. Do okopów po stronie gminy wiejskiej wskoczyło lokalne stowarzyszenie Kultura Działania, w ramach którego działa ruch Otwarty Sochaczew. W tekście Imperializm chodnikowy, czyli dlaczego „Wielki Sochaczew” to fatalny pomysł działania Daniela Janiaka określone są „klasycznym skokiem na kasę”.
Powraca tam również kwestia marginalizacji mieszkańców wsi: „W »Wielkim Sochaczewie« mieszkaniec wywłaszczonej gminy stanie się petentem w odległym urzędzie, a jego podatki zamiast na lokalną drogę gruntową, zostaną wrzucone do wspólnego worka na »rewitalizację miejskiego skweru«, z którego on sam skorzysta raz w roku”.
Według Otwartego Sochaczewa prawdziwej samorządności i demokracji powinno upatrywać się nie w konsolidacji gmin, ale we współpracy ponad podziałami administracyjnymi.
Stowarzyszenie podbija stawkę, stając na stanowisku, że konsolidacja gminy ma doprowadzić do powrotu komunizmu w Polsce. W jaki sposób? „Gdybyśmy ją [wizję burmistrza Sochaczewa – przyp. aut.] zaakceptowali, musielibyśmy zgodzić się na to, by państwo wchłonęło województwa, a województwa – miasta, bo przecież »wszyscy korzystamy ze wspólnej infrastruktury«. To prosta droga do powrotu do centralizmu, od którego Polska z takim trudem uciekła po 1989 roku”.
Obwarzanki nie są sobie równe
Samorządowcy powtarzają jak mantrę, że polski samorząd to nasz największy sukces po 1989 roku. Może i tak, ale ten sukces w wielu miejscach rdzewieje i domaga się gruntownej przebudowy, a może nawet zbudowania od nowa. Kiedy w debacie publicznej toczą się głośne dyskusje o tym, czy ciąć liczbę województw albo likwidować powiaty, nikt nie ma odwagi ruszyć fundamentów, czyli prawie dwóch i pół tysiąca gmin.
Czy odgórne i przymusowe wchłonięcie wszystkich wiejskich „obwarzanków” przez miasta to dobre rozwiązanie? W wielu przypadkach być może tak. Ale reformy rysowane od linijki nie mogą opierać się na ryzyku, że na końcu zrobimy krzywdę lokalnej społeczności i skompromitujemy samą ideę samorządności.
Obwarzanki mają przecież najróżniejsze kształty i skomplikowaną strukturę wewnętrzną. Burmistrz Daniel Janiak, pracując nad systemowym rozwiązaniem, musi wziąć to wszystko pod uwagę. Wyjść ze swojej oblężonej twierdzy powinni też wójtowie, w tym Dariusz Krupa.
W tym sensie Otwarty Sochaczew ma rację – przede wszystkim potrzebna jest współpraca. Nawet jeżeli finałem byłaby likwidacja stanowiska. Jak stwierdził w rozmowie dla Wspólnoty burmistrz Sochaczewa: „Nie muszę być burmistrzem. Jeśli dla dobra całego regionu takie połączenia okażą się potrzebne, to trzeba na to spojrzeć szerzej niż tylko przez pryzmat kadencji czy stanowisk”.
**
Jan Ochnio – geograf, klimatolog, dziennikarz, współzałożyciel i zastępca redaktora naczelnego niezależnego lokalnego portalu zpruszkowa.pl
*
Dofinansowano ze środków Fundacji im. Róży Luksemburg.







![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)


Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.