Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

5 argumentów przeciwko zmianie konstytucji

Gdy za wschodnią granicą trwa wojna, a w kraju kipi polaryzacja, to najgorszy możliwy czas na próby „poprawiania” konstytucji.

ObserwujObserwujesz
Portret Piotra Wójcika
Kontekst

🏛️ W majówkę prezydent Karol Nawrocki powołał Radę Nowej Konstytucji, która ma przygotować grunt pod zmianę ustroju państwa.

🚨 W cyklu Jest inba! publikujemy dwugłos Piotra Wójcika i Jakuba Majmurka: jeden jest przeciwko zmianie konstytucji, a drugi – za.

Walka

W święto 3 Maja prezydent Karol Nawrocki powołał Radę Nowej Konstytucji, która miałaby przygotować grunt pod poważną debatę nad zmianą ustroju państwa. Nie chodzi więc o drobne korekty polskiej ustawy zasadniczej, ale o przebudowę fundamentów trójpodziału władzy.

Nawrocki nie sprecyzował, jaki model jest mu najbliższy, lecz przecież nie trzeba pytać, żeby to wiedzieć. Kiedy ktoś usiłuje wprowadzić model prezydencki kuchennymi drzwiami, a to wetując jedną ustawę po drugiej, a to odmawiając przyjmowania zaprzysiężeń, a następnie ogłasza potrzebę nowelizacji ustawy zasadniczej, to zagadka jest aż zbyt prosta. Zresztą niemal każdy polityk PiS zapytany, w jakim kierunku powinno się zmienić ustrój Polski, odpowiada bez ogródek, że należy oddać pełną władzę wykonawczą prezydentowi.

A dlaczego PiS domaga się wprowadzenia akurat modelu prezydenckiego? To też banalne pytanie.

Czytaj także Pół roku poszerzania pola walki. Nawrocki gra na wywrócenie rządowego stolika Jakub Majmurek

Są jednak w Polsce środowiska polityczne i znane osoby publiczne, które co prawda nie mają w Pałacu swojego człowieka, a jednak również wskazują na konieczność zmiany fundamentów ustroju Polski, gdyż obecny podział władzy wykonawczej między dwa ośrodki jest ich zdaniem dysfunkcjonalny. Prof. Antoni Dudek niemal co tydzień w swoim podcaście wskazuje napięcia, które ten podział wytwarza, i tłumaczy, że kohabitacja w warunkach skrajnej polaryzacji paraliżuje rząd, uniemożliwiając mu wdrażanie reform, a nawet zarządzanie państwem.

Na propozycję Nawrockiego umiarkowanie pozytywnie odpowiedzieli politycy PSL i Polski 2050, którzy jednak widzieliby zmianę konstytucyjną inaczej niż prezydent – te dwa środowiska w większości popierają raczej system kanclerski, czyli model, w którym dominuje silniejszy niż obecnie urząd premiera.

A co do powiedzenia o obecnym ustroju mają Koalicja Obywatelska i Nowa Lewica? Tego się niestety wprost nie dowiemy, bo politycy tych partii ubzdurali sobie, że argument „z ludźmi łamiącymi konstytucję o zmianie konstytucji się nie rozmawia” jeszcze kogoś w Polsce przekonuje.

Nie zmienia to faktu, że rozpoczynanie obecnie dyskusji o zmianie ustroju kraju to pomysł nieuzasadniony i niemądry. Po pierwsze, obecny polski model, który moglibyśmy nazwać ćwierć-prezydenckim, jest całkiem funkcjonalny. Po drugie, otwieranie dyskusji nad pozycją polityczną zwierzchnika sił zbrojnych, gdy wróg niemal u bram, jest dosyć ryzykowne. Poniżej pięć głównych argumentów przeciw zmianie modelu trójpodziału władzy w Polsce.

1. Niezacietrzewiony organ

Nie licząc Lecha Wałęsy, każdy kolejny prezydent był najmniej wplątanym w partyjną wojenkę organem władzy w Polsce. Fakt, że kandydat musi zdobyć poparcie ponad połowy wyborców, a po zwycięstwie oddać legitymację partyjną, po jakimś czasie łagodzi zapalczywość lokatorów dużego pałacu. Wbrew narracji KO i sprzyjających jej mediów, Andrzej Duda ani nie stawał na baczność na zawołanie prezesa, ani nie był hamulcowym obecnej koalicji. Jarosław Kaczyński wręcz obraził się na Dudę za rzekomą niesubordynację, o czym ten drugi wielokrotnie mówił publicznie.

Z premierem Donaldem Tuskiem Duda wcale nie chciał iść na zwarcie, wielokrotnie okazując wolę współpracy – problem w tym, że tej wojny chciał Tusk. Jej rezultatem jest nieporównanie bardziej radykalny prezydent Nawrocki. Kto polaryzacją wojuje, od polaryzacji może zginąć.

Mimo to nawet Karol Nawrocki, zdecydowanie najgorzej rokujący ze wszystkich kandydatów wybranych po Wałęsie, po objęciu stanowiska nie stanął na samym czele pisowskiej barykady. Oczywiście w jego przypadku poprzeczka ustawiona jest bardzo nisko, jednak obecnie to najmniej zafiksowany na Tusku polityk PiS wyższego szczebla – proponuję porównać wypowiedzi Nawrockiego z hasłami z dowolnej manifestacji PiS i jego środowisk.

Tajemnicą poliszynela jest, że relacje między prezydentem a premierem poza kamerami są znacznie lepsze niż w telewizji. Na niedawnych „tajnych” ćwiczeniach dot. bezpieczeństwa najwyższych organów władzy Tusk z Nawrockim mieli dogadywać się bardzo dobrze, jak na dwóch kiboli Lechii przystało. Obok Kaczyńskiego ten pierwszy nawet by nie stanął – oczywiście z wzajemnością.

Gdyby Nawrocki dzierżył władzę rozległą jak Trump, jego otwarta dłoń szybko zacisnęłaby się w pięść. Gdyby zaś „nad” Tuskiem stał prezydent mający rolę głównie reprezentacyjną, jak w Niemczech, to do głowy by mu nie przyszło nawet rozmawiać z kimkolwiek z wrogiego obozu.

Czytaj także Dlaczego wstyd zamienia się w Polsce w nienawiść? Kaja Puto rozmawia z Przemysławem Sadurą i Julią Szostek

2. Dodatkowy szczebel

Tłumienie polaryzacji to niejedyna zaleta instytucji prezydenta RP w obecnej formie. Kolejną jest dekoncentracja władzy. W polskim modelu ustrojowym prezydent nie jest wyłącznie częścią władzy wykonawczej, bo stanowi także dodatkowy szczebel procesu podejmowania decyzji przez władze publiczne.

W modelach prezydenckim i kanclerskim nad szefami rządu realnie nie ma już nic – w tym pierwszym Trump i Macron pokazali już, jak zmieniać prawo z pominięciem parlamentu, a w tym drugim prezydent jest kwiatkiem do kożucha. W Polsce prezydent to raczej zwornik wszystkich trzech rodzajów władz – posiada przecież także kompetencje w obszarze legislacji (podpisywanie ustaw lub nie; kierowanie wątpliwych przepisów do TK) oraz sądownictwa (mianuje sędziów; używa prawa łaski). Dzięki temu większość rządowa musi brać pod uwagę zdanie kogoś dysponującego niezależnością, silnym mandatem i nieuwikłanego w codzienne utarczki polityczne. Wymusza to na politykach elementarną współpracę, częstsze spotkania gabinetowe, tworzenie kanałów komunikacji czy uczenie się zawierania kompromisów. A w warunkach kohabitacji pomaga im oswoić się z obecnością znienawidzonych rywali.

Czytaj także Nie potrzebujemy pojednania, tylko ucywilizowania konfliktu Jakub Majmurek

3. Ostatki powagi

Częściowe wyjęcie prezydenta RP poza bieżącą wojenką partyjną gwarantuje istnienie organu, który reprezentuje resztki powagi, jakie ostały się państwu polskiemu po dwóch dekadach wyniszczającej wojny Kaczyńskiego i Tuska. Dzięki otoczeniu urzędu prezydenta pewnym blichtrem i dzięki temu, że ma on mandat społeczny, z którego siłą nie może się równać żaden inny polski polityk, prezydent jest dość powszechnie traktowany ze znacznie większą estymą niż szef rządu. Tym bardziej że ten ostatni jest pokiereszowany codziennymi przepychankami i bieżącymi problemami. Nieprzypadkowo kolejni prezydenci niezmiennie mogą się pochwalić najwyższym zaufaniem społecznym, które zresztą momentalnie tracą po zakończeniu swojej misji. Obecnie Nawrocki jako jedyny wysokiej rangi polityk ma zaufanie ponad połowy Polek i Polaków. Nieprzypadkowo też na szarym końcu zestawienia mieszczą się czołowi liderzy partyjni, którzy we własnych obozach traktowani są jak wyrocznie.

W ostatnich latach zaufanie społeczne traciły kolejne instytucje – służby specjalne, urzędy skarbowe, sądy, TK, Straż Graniczna, policja. Z powszechnie szanowanych instytucji ostało się już właściwie tylko wojsko, którego zwierzchnikiem formalnie jest właśnie prezydent. Lepiej więc, by za zwierzchnictwo nad armią w czasie wojny odpowiadał człowiek, na którego głosowało ponad 50 proc. wyborców, niż ktoś z ostatnich miejsc w rankingu zaufania.

4. Zalety kohabitacji

Zbyt daleko idąca polaryzacja niszczy kulturę polityczną we wszystkich krajach Zachodu, podobnie jak i w stosunkach międzynarodowych. Państwa zaczynają uzależniać wzajemne relacje od tego, z którego obozu wywodzi się przeciwstawny lider – liberalnego czy prawicowego. Ekstremum tego podejścia reprezentuje oczywiście Donald Trump, który nie tylko faworyzuje jednych przywódców, poniżając przy tym drugich, ale też otwarcie ingeruje w politykę wewnętrzną innych państw. W takiej sytuacji posiadanie „dwugłowej egzekutywy”, na której czele stoi liberał i alt-prawicowiec, to układ najlepszy z możliwych. Dzięki niemu Polska może zapewnić sobie dobre relacje niemal ze wszystkimi na Zachodzie. Wystarczy tylko, by działający w kohabitacji prezydent z premierem rozdzielili między siebie poszczególne obszary zależnie od ideowej tożsamości lokalnego obozu władzy.

Oczywiście taka całkowicie skoordynowana polityka w warunkach kohabitacji to marzenie ściętej głowy. Nieformalny podział zadań, wynikający bardziej z praktyki i okoliczności, a nie z uzgodnień, to już jednak nie fikcja, tylko aktualna rzeczywistość. Kontakty z Brukselą są niemal wyłączną domeną rządu, a relacje z USA wzięli na siebie Nawrocki i konserwatywny szef MON. Owszem, za relacje z Amerykanami prezydent odpowiada już od dawna, ale Tusk w pewnym momencie umiejętnie się schował, by nie prowokować nieobliczalnego Białego Domu.

Ten podział ról widać także w innych relacjach międzynarodowych. Za kontakty z prezydentem Francji odpowiada obecnie premier, chociaż wcześniej zajmował się tym Andrzej Duda, natomiast premierkę Włoch odwiedził Karol Nawrocki. Kohabitacja otwiera więc przed Warszawą większość drzwi i daje możliwość posiadania świetnych relacji zarówno z Trumpem, jak i Merzem. Polskim politykom wystarczy tylko tego nie zepsuć.

Czytaj także Ludzie bezwstydni. Dynamika emocjonalna populizmu w Polsce Michał Sutowski, Przemysław Sadura, Julia Szostek

5. Narodowa awantura

Niemal wszystkie spory ustrojowe, które zatruwają polską politykę, można zakończyć przyjęciem odpowiednich ustaw. Żaden „reset konstytucyjny” nie jest potrzebny. Oczywiście, wszystko rozbija się o dobrą wolę i podpis prezydenta, ale politykom płacimy za to, że uprawiają politykę – czyli potrafią umiejętnie podejść także agresywnego i pewnego siebie przeciwnika. Nawrocki nie jest nawet w połowie tak doświadczony i przebiegły jak Tusk, więc premier mógłby go rozegrać, gdyby tylko wyszedł poza narzucony przez samego siebie schemat. Jeśli jednak polscy decydenci faktycznie nie są w stanie dogadać się w mniejszych sprawach, to dlaczego mieliby się nagle porozumieć w kwestii znacznie większej wagi – czyli fundamentalnej przebudowy ustroju państwa?

Lepiej więc, żeby polska klasa rządząca nie próbowała otworzyć tej puszki Pandory. Obecna konstytucja ma już niemal trzy dekady i ludzie zdążyli się z nią oswoić. Nawet gdyby jakimś cudem doszło do przyjęcia nowej lub gruntownie znowelizowanej Konstytucji, w rezultacie może powstać rów głębszy niż po tragedii w Smoleńsku. Już prace nad nowym dokumentem będą odbywać się w zupełnie nieznośnej atmosferze, gdyż w niedługim czasie przejdzie przez Polskę nawałnica dyskusji na wszystkie dzielące wyborców i komentariat kwestie. Przeróżne środowiska i grupy interesu będą chciały wykorzystać okazję, by na zawsze zacementować jakieś swoje roszczenia i przywileje czy ograniczyć zależność od władzy. Powstanie nieznośny harmider, a efekt tych przepychanek może być koszmarny – nowa konstytucja będzie wyglądać jak patchwork, a nie przemyślany i nowoczesny akt prawny.

Wszystko to będzie miało miejsce w czasie, gdy Polska w ekspresowym tempie musi się przygotować na ewentualną wojnę lub eskalację działań hybrydowych. Ochrona zdrowia dogorywa, służby porządkowe są paraliżowane przez nieobsadzone wakaty, samorządy muszą organizować schrony – do rozwiązania tych problemów nie trzeba nawet ustaw. Dla władz wszystkich szczebli jest tyle roboty, że nie wiadomo, gdzie ręce wsadzić. Na zastanawianie się nad tak fundamentalnymi kwestiami jak ustrój państwa spokojny czas był trzy dekady temu.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x