Wreszcie się (ponoć) udało: będzie transkrypcja aktów małżeńskich par jednopłciowych, które legalnie zawarły małżeństwo w innym kraju Unii Europejskiej. Wreszcie, po wielu bólach i upokarzających unikach, udało się polskiemu premierowi (ponoć) wykonać wyroki sądowe. Chciałoby się powiedzieć: przełom na miarę sukcesów obecnej władzy.
Owszem, trudno się nie zgodzić z tymi, którzy twierdzą, że pomogła tu sprawa Ziobry. Wobec wręcz koszmarnej wizerunkowej kompromitacji związanej z jego czmychnięciem – nie na żadną Białoruś, ale do naszego, hehe, sojusznika w USA – wśród wyborców Tuska zapanował szok, a i premier jakoś już nie pokazuje filmików z jedzeniem żurku, choć przecież obiecywał nam jeszcze deser. Chyba że na deser chce podać, jak to mówią boomerzy, figę z makiem.
Nawet jeśli do zmiany stanowiska Tuska w sprawie transkrypcji aktów małżeńskich rzeczywiście przyczyniła się wizerunkowa katastrofa związana z Ziobrą, to jednak protesty środowisk LGBT i ich sympatyków sprawiły, że Tusk, szukając sposobu na poprawę wizerunku u zawiedzionych wyborców, na moment znowu zaczął udawać progresywnego. Gdyby nie owe protesty, śmiem twierdzić, dalej nie byłoby żadnej transkrypcji. Władza znalazłaby sobie inny sposób zrekompensowania elektoratowi wtopy z rejteradą Ziobry.
Podobnie zresztą było ze sprawą bardziej lokalną, czyli ograniczeniem sprzedaży alkoholu nocą w Warszawie. Tutaj, podobnie jak przy transkrypcji, najpierw było równie absurdalne co stanowcze „nie”, by z czasem – właśnie na skutek protestów wyborców – warszawska Platforma zmieniła zdanie. Oczywiście doprawiając to znaną sobie dawką hipokryzji: że tak naprawdę zawsze byli za nocną prohibicją i słuchali wyborców.
Oba przykłady dowodzą tego, że prawdopodobnie jedyną drogą do zmuszenia Tuska i jego partnerów do działania są właśnie protesty społeczne. Nieustanny nacisk na władzę. Zwłaszcza wobec faktycznej kapitulacji Nowej Lewicy, która, choć ma mniejszość blokującą w Sejmie, zawsze zagłosuje tak, jak każe pan Tusk. I która chodzi wokół „Kierownika” na paluszkach, byleby zgadzały się frukta: dodatkowa pensja w KRS czy w ministerstwie, znajomi w spółkach Skarbu Państwa i inne dodatkowe fuchy dla dawnego SLD-owskiego aparatu.
Podstawowym błędem progresywnej opinii publicznej nie jest jednak liczenie na to, że Nowa Lewica cokolwiek progresywnego załatwi. Bo chyba każdy już widzi po losie dawnej ministry Kotuli, że nie da się załatwić niczego. Podstawowy błąd polega na tym, że w mniemaniu progresywnych wyborców postępowe zmiany blokuje co najwyżej PSL, a Tusk jest jednym z nich – ludzi o progresywnych (choć niekoniecznie lewicowych) poglądach. Otóż nie, Tusk nie jest jednym z nich. Gdy trzeba, to owszem, przyzna, że był głupi, przyjmie nagrodę od Kongresu Kobiet, a nawet przeprosi społeczność LGBT – ale to tylko puste gesty, które mają utrzymać iluzję zawiązanej przed wyborami wspólnoty z progresywnymi wyborcami.
Owa iluzja wspólnoty, wedle której Tusk to jeden z progresywnych polityków, jeden z tych dobrych carów otoczonych przez złych bojarów z PSL, jest jednym z bardziej szkodliwych czynników tłumiących jakiekolwiek protesty społeczne. Jeśli bowiem Tusk jest „nasz” – jak niestety myśli wiele osób z obozu progresywnego – to „naszym” wybacza się więcej. Racjonalizuje się i tłumaczy ich błędy, pomyłki czy – jak w przypadku tego, co dzieje się na granicy – ich oszustwa. Mało tego: bardzo często nakłada się samemu sobie kaganiec autocenzury i zaciska zęby. No bo ci drudzy są gorsi, więc już nie przesadzajmy. Skoro premier czegoś nie robi, to widocznie po prostu nie może.
Tymczasem zarówno transkrypcja aktów małżeńskich, jak i ograniczenie nocnej sprzedaży alkoholu pokazują, że należy robić dokładnie odwrotnie: protestować, naciskać i ani na chwilę nie odpuszczać. Ale tego się nie zrobi, jeśli uważa się Tuska za swojego – polityka kumpla, tego, któremu zależy.
Otóż nie, Tuskowi nie zależy. Nie zależy mu ani na radykalnej zmianie – bo cały jego umysłowy horyzont to ledwie sprawne zarządzanie krajem – ani na poprawie losu różnych grup pozbawianych praw. Jak pokazuje niedawnoe zestawienie jego poglądów na temat uchodźców na granicy: gdy wymaga tego chwila, współczuje zatrzymanym, a gdy już jest premierem, chełpi się tym, że kolejna matka z dzieckiem nie przeszła przez płot.
Dlatego koniecznym (acz oczywiście niewystarczającym) warunkiem jest zrozumienie, że obecna władza nie jest progresywna, a więc nie jest „nasza” – jak wmawiają sobie osoby o progresywnych poglądach. Jest obca i jak obca powinna być traktowana. A to oznacza, że ruchy progresywne dostaną jedynie to, co będą w stanie wyszarpać od tej władzy protestami i naciskiem na Tuska.




![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.