„Trochę dyscypliny na nie zaszkodzi. I trochę musztry!”
„Zróbmy coś razem, do roboty!”
„Uczmy się ludzi ratować!”
„Ale strzelać do ludzi to nie chcę! Zawsze myślałabym o rodzinie zabitego.”
„Czy my w ogóle damy radę?”
„Gdzie indziej dostaniesz 2700 euro brutto w trakcie szkolenia? I studiować też w Bundeswehrze można!”
Takie zdania padają do publiczności ze „sceny obywatelskiej” we Frankfurcie nad Odrą, tuż przy granicy z Polską. Sześcioro nastolatków z największej szkoły w mieście – łączącej szkołę zawodową z gimnazjum – przygotowało razem z trzema młodymi reżyserami z Berlina spektakl teatralny poświęcony obowiązkowej służby wojskowej. Tytuł: Ausgemustert – „niezdolni do służby”. Sam temat żywo porusza młodych ludzi w Niemczech, ponieważ od tego roku znów muszą – przynajmniej chłopcy – stawiać się obowiązkowo na komisję wojskową. W roku 2011 roku obowiązkowa służba wojskowa została tu zawieszona i, w przeciwieństwie do Polski, dotyczyło to również tzw. ewidencji poborowej, a więc komisji wojskowych. Całe pokolenie mogło nie mieć już nic wspólnego z armią.
Nowy służba wojskowa i niemiecki strajk szkolny
Od stycznia wszyscy niemieccy 18-latkowie otrzymują pocztą kwestionariusz. Władze pytają o stan zdrowia i czy osoba gotowa byłaby służyć w wojsku. To element tzw. nowej służby wojskowej, uchwalonej w styczniu tego roku. Dziewczyny mogą odpowiedzieć na list lub nie, chłopcy już jednak muszą, inaczej grozi im grzywna do 1000 euro. Federalne Ministerstwo Obrony poinformowało na początku maja, że 86 procent młodych mężczyzn odpowiedziało w wyznaczonym terminie, a po przypomnieniu – ponad 90 procent. Spośród osób niebędących płci męskiej na pismo odpowiedziało trzy procent. Od 2027 roku wszystkie te osoby będą musiały przejść badanie lekarskie. Rząd próbuje w ten sposób zrekrutować więcej ochotników. Do wojska iść więc nikt nie musi – przynajmniej na razie.
Debata w Niemczech toczy się jednak tak, jakby obowiązkowy pobór już działał. Prędzej czy później może zresztą zostać wprowadzony, jeśli w najbliższych latach ochotników będzie zbyt mało. Wielkie oburzenie wybuchło w kwietniu, gdy ujawniono przepis, zgodnie z którym zdolni do służby wojskowej mężczyźni musieliby dostać od Bundeswehry zgodę na wyjazdy zagraniczne trwające ponad trzy miesiące – przynajmniej teoretycznie.
Nawet kilkadziesiąt tysięcy uczniów w grudniu 2025 i w marcu 2026 demonstrowało w około 80 niemieckich miastach podczas „strajku szkolnego przeciwko poborowi”. Moja 18-letnia siostrzenica ze swym, oboje mieszkający w turyńskim Weimarze, też w nim uczestniczyli. „Gadało się o tym w szkole, w szatni, w toalecie, stanowiska były bardzo różne” – opowiada mi z entuzjazmem. Sama, jak mówi, nie jest gotowa umierać za Niemcy: „Przede wszystkim nie rozumiem, dlaczego mają o tym decydować ludzie, którzy byliby bardzo daleko od działań wojennych. Jeśli już ktoś miałby mnie przekonać, to tylko ktoś, kto poszedłby razem ze mną”.
„Ogólnie rzecz biorąc, strzelanie do osobników swojego gatunku jest raczej bez sensu” – uważa jej chłopak. „To, że można zostać zaatakowanym, nie może być argumentem, by samemu się zbroić”. Złożył już na wszelki wypadek wniosek o odmowę odbycia służby wojskowej, jeden z 2656 wniosków w Niemczech w pierwszym kwartale 2026 roku. W całym 2025 roku było ich 3867. To wciąż bardzo daleko do liczb znanych w RFN z lat 80. w (gdy pobór jeszcze obowiązywał): wtedy co roku było ponad 50 000 takich wniosków, a w 1989 nawet 77 000.
Starsi z pokolenia ‘68 i dawni działacze niemieckiego ruchu pokojowego cieszą się dziś z młodzieży, która podąża za hasłem „Wyobraź sobie, że jest wojna, a nikt nie idzie”. Notabene, to popularne w Niemczech powiedzenie jest przywoływane w sposób, który wypacza jego sens. W 1981 pojawiło się bowiem jako graffiti w Hamburgu. Oryginał autorstwa amerykańskiego poety Carla Sandburga brzmi jednak: „Wyobraź sobie, że wybucha wojna, a nikt nie idzie – wtedy wojna przyjdzie do was”. Tym niemniej, często śpiewa się również pacyfistyczną, ale też paternalistyczną piosenkę Nein, meine Söhne geb’ ich nicht („Nie, nie oddam moich synów“) zachodnioniemieckiego pieśniarza Reinharda Meya z 1986 roku.
Ten opór jest w Niemczech od dawna wyćwiczony, a antywojskowy odruch jest dla wielu Niemców częścią ich DNA – zarówno na Zachodzie, jak i na Wschodzie. Co zresztą Polacy dziś Niemcom zarzucają.
Kwestia służby wojskowej na scenie pogranicza
Młody zespół na scenie w domu kultury we Frankfurcie postanawia odegrać sytuację kryzysową. „Chcę umieć się bronić!” – krzyczy dziewczyna. Wskakują w mundury, ćwiczą musztrę, trenują rozkazywanie i posłuch, mówią w formie „my”, wypowiadają pojęcia takie jak demokracja, wolność, solidarność. Wychodzą do widzów i zadają pytania: „Boisz się?” „Jesteś niepokorny czy raczej uległy?” Wplatają w to sceny wideo z ludźmi, których przepytali na ulicy, również po drugiej stronie Odry:
„Służba wojskowa tak. Ale czy człowiek ma iść na wojnę, to już chyba każdy powinien rozstrzygnąć sam ze sobą” – mówi młody Polak na Placu Bohaterów w Słubicach. „Uważam, że moje osobiste interesy stoją ponad interesami państwa” – mówi młody Niemiec.
Spektakl nie ma jednoznacznej wymowy, przede wszystkim odzwierciedla świat życia młodych: troskę o siebie, presję na sukces i kryzysy świata intensywności mediów społecznościowych. Po przedstawieniu jakiś stary, siwowłosy lewak rozdaje widzom czasopismo z nagłówkiem „Wojsko precz ze szkoły!”. Przyjechał specjalnie z Berlina. Ale równie dobrze mógłby być z Frankfurtu. Sojusz Sahry Wagenknecht ma tu wielu wyborców.
Ci głośni nawet w wschodnich Niemczech nie muszą być większością. W reprezentatywnym sondażu dla Brandenburgii, przeprowadzonym na zlecenie regionalnych gazet MOZ i MAZ, 47 procent opowiedziało się za tym, by Bundeswehra rekrutowała w szkołach do służby wojskowej, przeciw była jedna trzecia badanych.
Ale co na to ci, których to bezpośrednio dotyczy? Przez kilka tygodni rozmawiam o służbie wojskowej i wojnie z młodymi ludźmi po obu stronach polsko-niemieckiej granicy. W szkołach, wśród znajomych, w rodzinie. Wśród młodych Niemców potrzeba rozmowy jest dość duża. Zwłaszcza dziewczyny chcą dyskutować. A w Polsce? Wszyscy są pewni, że wojna wkrótce nadejdzie, że trzeba się zbroić – tak odbieram to w świecie polskich mediów. Postawy młodzieży są jednak słabo widoczne.
Słubiccy chłopcy
Słubice, sobota na placu Bohaterów. Zaczepiam grupkę 6-7 chłopaków, którzy zbierali się przy ławce w parku, mają może 16–17 lat. Młodzi i służba wojskowa? Wyraz twarzy robi im się kamienny. „Nie chcemy o tym rozmawiać” – mówi szybko jeden z nich. Dlaczego nie? Powtarza tylko to samo, pozostali milczą. Podjeżdża szczupły, ogolony na łyso chłopak na hulajnodze. Do wojska? „Nie chcę” – mówi stanowczo. Pędzi dalej, krzycząc: „Po co mi ta wojna?!”
Na wale mad Odrą stoją trzej chłopcy, trochę starsi i bardziej otwarci. Jak mówią, chodzą do technikum. Uczą się na mechanika, spedytora, stylistę. Komisję wojskową mają już za sobą. Jeden został uznany za niezdolnego do służby, bo „ma coś z psychiką”. Drugiemu lekarz najpierw powiedział, że się nie nadaje. „Ale potem i tak dostałem wysoką kategorię” – mówi bez entuzjazmu. Trzeci nie dostał wezwania, bo mieszka po drugiej stronie rzeki.
Natan, 20 lat: „Uciekłbym, gdyby była wojna. Najpierw do Niemiec”. Franek, 18: „Ja też”. Uzasadnia: „Bo ryzyko śmierci nie przekłada się chyba na korzyści dla wspólnego dobra”. Karol mówi: „Ja nie mam zdania.”
Zdanie Franka długo mi dźwięczy w głowie. Czy dziś jeszcze może istnieć wspólna idea, która miałaby większą wagę niż śmierć jednostki? Czy nie jesteśmy dumni z tego, że w naszych społeczeństwach, w razie wątpliwości, liczy się przede wszystkim jednostka? Zastanawiam się też, dlaczego nasze społeczeństwa zrzucają dziś tak wielkie pytania głównie na młodzież w wieku Natana i Franka. Nawet w Ukrainie rekrutów wysyła się na front dopiero od 25. roku życia.
Ci trzej na wale zastanawiają się krótko, kto mógłby zaatakować Polskę. Niemcy? „A nie, jesteśmy przyjaciółmi” – przypomina sobie jeden z nich. A może Rosja? Takie pytania, jak później wyjaśnią, nie padają u nich zbyt często. Ale w ich otoczeniu całkiem sporo osób chciałoby iść do wojska. No, jeszcze więcej do Straży Granicznej, dodają, ze względu na pensję i wcześniejszą emeryturę. Łącznie, jak szacują, może nawet połowa.
Franek podkreśla, że na pewno chciałby mieć „normalną pracę”. Na razie dorabia jako dostawca pizzy. „Ponad 6300 zł na start w wojsku, to was nie interesuje?” – pytam. „Przecież tyle się zarabia po drugiej stronie, w Niemczech, nawet na minimalnej” – odpowiadają dzieci pogranicza.
Rozmowa na ulicy pasuje do tego, co mówi Bartek Surdyk. „Młodzi nie garną się do wojska. Jeśli już, to traktują je jako dobrą pracę. Ale bez poczucia misji.” 24-latek jest działaczem Lewicy i radnym Młodzieżowego Sejmiku Województwa Lubuskiego oraz członkiem Rady Młodzieżowej przy Parlamentarnym Zespole ds. Młodzieży. Jak mówi, dotąd kwestia służby wojskowej w ogóle nie była w tych gremiach tematem. Pyta znajomych na grupie czatowej:
„Młodzież to pizdy, które nie mają testosteronu i nie pójdą do wojska. Pierwsi będą spierdalać.” – „No to idź. Młody jesteś.” – „Jakby były fajne warunki i dobrze płacili, to chętnie.”
Surdyk twierdzi, że to typowe: jakaś służba wojskowa musi być, ale kiedy chodzi o własną osobę, zaczyna się wahanie. On sam został uznany za niezdolnego do służby. Mówi, że angażowałby się na zapleczu w przypadku wojny.
Zespół teatralny za kulisami
Z częścią frankfurckiego zespołu teatralnego spotykam się jeszcze raz. Zwraca uwagę fakt, że spośród sześciu członków zespołu tylko jeden, Zayn, jest mężczyzną. Jeden z reżyserów tłumaczy, że chłopcy i tak muszą się zmierzyć z tym tematem. A potem jeszcze rozmawiać o tym na otwartej scenie – to niełatwe.
„Chłopaki z mojej klasy są tak niedorozwinięci! W ogóle nie widzą powagi sytuacji. Ostatnio byli w szkole politycy i mówili o służbie wojskowej. Tylko dziewczyny zadawały im pytania” – mówi Chiara, 17. Córka znajomych opowiada mi o tej samej dyskusji: politycy mieli zrugać uczniów, że nie doceniają swoich przywilejów.
Luise, lat 18, mówi, że ma chłopaka, który dobrowolnie odbył jedenaście miesięcy zasadniczej służby wojskowej. „Dzięki temu zobaczyłam, co tak naprawdę się za tym kryje. Zachęcają pieniędzmi i dobrą zabawą. Ale o tym, co będzie w razie poważnej sytuacji, się nie mówi. W ogóle się na to nie uwrażliwia” – mówi. Sama dostała do skrzynki list od Bundeswehry. Z osobistym zwrotem do niej samej: uznała, że „jakoś to niesamowite”.
Leann, 18 lat, kształci się na asystentkę socjalną. „W klubie młodzieżowym ludzie tylko się z tego wyśmiewali” – mówi. Bardzo ją to poruszyło. „Często myślę o tym, co by było, gdyby była wojna.” Jej rodzina – opowiada Leann – „codziennie wyciąga ten temat”. Ojciec maluje „najgorsze z najgorszych” scenariuszy. Leann sprawia wrażenie, że ją to irytuje i niepokoi.
Chiara chce najpierw podróżować, może do Australii. „A potem chcę iść do policji. Kryminalna albo do zwalczania narkotyków. Potrzebuję zastrzyku adrenaliny” – mówi. Od Bundeswehry odpycha ją wychowanie fizyczne. I to, że trzeba by jechać do innych krajów i być daleko od domu.
Luise: „Nigdy nie wzięłabym broni do ręki dla jakiegoś państwa. My od państwa dostajemy mało. Jest ogromne ubóstwo edukacyjne, w ogóle ubóstwo. Uchodźcom trzeba by pomagać znacznie bardziej.”
Chiara: „Przymusowa służba nic armii nie da, ludzie wtedy nie mają motywacji.”
Luise: „Gdybym musiała jechać na jakąś misję, to jako lekarka albo psychoterapeutka. Od małego uczą nas, że konflikty rozwiązuje się słowami. To wszystko jest takie sprzeczne!”
Chiara: „Właściwie to ten mądrzejszy ustępuje. Ale nikt nie działa mądrze.”
Luise: „Nie chciałabym nikogo pozbawiać życia, nieważne, co by mi zrobili. Może brzmi to tak, jakby nic mnie nie obchodziło. Wolność i demokracja są ważne i nie chcę żyć w dyktaturze. Ale uważam po prostu, że to trudne, kiedy w grę wchodzi ludzkie życie.”
Leann: „Mój ojciec mówi: walczyć tak, ale tylko za własny kraj, nie za inne. Myślę, że wolałabym rzucić broń i wybrać okupację. Ale jeśli coś zrobiliby moim siostrom i braciom, to bym zwariowała!”. Walczyć by mogła „za ludzkość”.
Uchodźca, który nie ufa RFN
Zayn dołącza na końcu, jedyny mężczyzna w zespole. Sojusze ocenia krytycznie, szczególnie ten ze Stanami Zjednoczonymi. Ma 21 lat, urodził się w Damaszku i dziesięć lat temu uciekł z rodziną do Niemiec. Teraz robi techniczną maturę zawodową. Już kiedyś uciekał: najpierw wewnątrz Syrii, potem przez kilka lat był w Arabii Saudyjskiej. Na scenie mówi: „Jest mi naprawdę smutno, bo widzę, że dzieje się tu tak wiele rzeczy, których kiedyś już doświadczyłem”. Jest ambitny, uprzejmy, chyba najlepiej ze wszystkich orientuje się w polityce.
„Podnieść ręce do góry i się chować?” – mówi Zayn. Oczywiście, tak nie można zareagować, jeśli Niemcy zostaną zaatakowane. „Ale niemieccy żołnierze zazwyczaj są za granicą, w Afganistanie, w Europie Wschodniej. A teraz Trump chce, żeby wysyłać okręty wojenne na Bliski Wschód.” Jego obawa: pójść na rozwałkę w cudzej wojnie. „Moje życie nie jest tak tanie, żebym miał umierać za innych!”
Wspierać kraje takie jak Litwa – tam stacjonuje brygada Bundeswehry – to, jego zdaniem, w porządku. „Ale jeśli jakiś kraj zaatakuje Rosję, to już nie.” Zayn bierze pod uwagę i taki scenariusz, bo jego zdaniem po Stanach Zjednoczonych spodziewać się można wszystkiego. Starannie dobiera słowa, ale w pewnym momencie pada z jego ust określenie: „Oni są jak uliczny gang! Jeśli mają z kimś problem, biorą swoją bandę” – ma na myśli sojuszników – „i atakują, za ropę i surowce.”
Zayn porzucił pomysł uzyskania niemieckiego paszportu, które chroniłby go przed ewentualną deportacją do Syrii. Nie bardzo ufa Niemcom ani Europie, jeśli chodzi o uniezależnienie się od USA. W jego klasie podczas zajęć głosowano nad poborem do wojska: z 26 uczniów za było tylko dwóch.
Słyszałam, że podczas dni informacji zawodowej w niektórych szkołach słabo zaludnionej Brandenburgii Bundeswehra jest podobno popularnym pracodawcą. Wśród dorastających synów i córek znajomych we Frankfurcie – już nie: z bronią nikt nie chce mieć nic wspólnego, a pobór odrzucają. Bardziej odpowiadałaby im powszechna służba obowiązkowa, która mogłaby być cywilna albo wojskowa, jak proponuje prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier.
To, że jakoś trzeba się bronić przed napaścią i chronić demokrację – z tym wielu racjonalnie się zgadza. Ale nie czują zagrożenia. Także ci, którzy mają polskich rodziców. Tylko kiedy pytam ich wprost o Rosję, na chwilę zapala się u nich alarmowa lampka. Janka, 17, która w razie wojny zamierza uciekać: „Rosyjska okupacja? To byłoby złe. Trzeba się przed tym bronić.”
Zasadniczych debat etycznych w Polsce nie ma
W Polsce nikt mi wprost nie formułuje moralnych zastrzeżeń wobec służby z bronią w ręku. Nikt też nie mówi o odmowie służby. Gdy o to pytam, słyszę: „tak, z powodów religijnych można”. Brzmi to tak, jakby się tego po prostu nie robiło, no chyba że jest się mnichem albo kwakrem. Odnoszę wrażenie, że aktywna odmowa to w Polsce temat tabu. Raczej prosi się kogoś o diagnozę lekarską. Cytowany już Bartek Surdyk zwraca mi uwagę, że ustawa o obronie ojczyzny może w razie wojny zobowiązać każdego obywatela Polski do pozostania w kraju.
„Mamy wielopokoleniową traumę. Stąd to poczucie: trzeba iść do wojska, trzeba bronić Polski, bo nasi przodkowie tak wiele dla naszego kraju wycierpieli” – wyjaśnia mi Filip (imię zmienione), dwudziestokilkuletni żołnierz, dziś w jednostce WOT na obrzeżach Mazowsza. To, że w wieku 19 lat zdecydował się na wojsko, miało związek z rozwojem sytuacji w Ukrainie i z tym, co opowiadali mu Ukraińcy, których poznał w rodzinnym mieście. To było jeszcze długo przed inwazją.
Gdy sytuacja zrobi się poważna, także polscy żołnierze zaczynają mieć wątpliwości co do swej roli. Filip w 2022 roku widział wielu kolegów odchodzących ze służby, z powodu Ukrainy, ale też z powodu działań na granicy z Białorusią. W ostatnich latach sam szkolił wielu młodych rekrutów. Każdy rocznik staje się bardziej wrażliwy – mówi. Wielu przychodzi z ciekawości i dla pieniędzy, a po miesiącu czy dwóch część odchodzi, bo nie radzi sobie z presją i brakiem snu.
Za wartości czy za ludzi
Jeszcze jedna różnica rzuca mi się w oczy: Niemcy na pytanie, o co warto walczyć, odpowiadają: za nasze wartości, za system demokratyczny, za wolność.
A Polacy? Weronika, 20 lat, studentka prawa z Żagania w Lubuskiem, w razie wojny chce na pewno zostać w kraju i się angażować: „Nie, żebym walczyła za system. Chodzi mi o Polaków, czyli o ludzi w Polsce. Jestem harcerką, lubię polskie góry i morze. Po prostu mam potrzebę pomagania”.
Jej 17-letnia siostra Gosia nie jest harcerką. Uciekłaby do ciotki w Niemczech – mówi.
Obie zdają sobie sprawę, że ich rodzinne miasto odczułoby wojnę bezpośrednio. To tutaj kręcono nie tylko serial „Czterej pancerni i pies”, ale stacjonują też 34. Brygada Pancerna, 11. Dywizja Pancerna, a przede wszystkim: rotacyjne jednostki pancerne US Army. Są przekonane, że byłyby celem odwetu.
„Czasem mam koszmary o wojnie w Żaganiu” – mówi Weronika.
Przez doświadczenia survivalowe ma poczucie, że poradziłaby sobie w sytuacji ekstremalnej. Martwi się jednak o swoje otoczenie. „Wielu znajomych odcina się od świata”, mówi. Jej zdaniem trzeba przekazywać więcej wiedzy o wojnie. Klasy mundurowe i poradnik bezpieczeństwa, który rząd wrzucał do skrzynek, nie wystarczą.
„Jasne, byłaby to wolność, gdyby każdy sam decydował, co robi w razie zagrożenia. Ale obawiam się, że nikt by nie został. Widzę niewielu dojrzałych mężczyzn. Tylko tych, co mówią o patriotyzmie, ale go nie rozumieją.”
Joe zostaje żołnierzem
W końcu znajduję Niemca, który po maturze pójdzie do Bundeswehry. Joe, sąsiad mojej siostrzenicy z ławki w weimarskim gimnazjum, zgłasza się dobrowolnie do służby zasadniczej. Rozmawiamy przez telefon.
„Nie rozumiem tej niechęci w mojej szkole. Co najmniej 85 procent jest przeciwko służbie wojskowej. Uważam, że to niesolidarne, kiedy mówią: nie ja. Mamy obowiązek rozwijać nasze zdolności w NATO. Dotąd wszystko robiła za nas Ameryka”.
Joe przyznaje, że na jego decyzję z pewnością wpływ mają przyjaciele, którzy są w Bundeswehrze. Ważne jest dla niego również, żeby zarabiać pieniądze.
Ale o co walczyć? Polskiego czytelnika ucieszy zapewne, że Joe nie mówi tylko: „za mój kraj”, za demokrację czy wolność, lecz także: „za naszych sojuszników”.
„Jeśli ktoś zostanie zaatakowany, to musimy konsekwentnie działać, także militarnie. Nie mam oporów, żeby w razie potrzeby pociągnąć za spust” – mówi, gdy go o to pytam.
Joe wie nawet, o ile wzrosły akcje Rheinmetallu. Ale żeby nie zbroić się z powodu beneficjentów wojen? Argument kolegów z klasy go irytuje. „Przecież wojny nie prowadzi się z powodu Rheinmetallu! Chodzi o konflikty interesów, także o ego polityków”.
W NATO nie obawia się, że zostanie wciągnięty w niewłaściwą wojnę. „Duże partie polityczne w Europie nie są przecież prowojenne”. Tylko matce Joego w ogóle nie podobają się te plany, ale to bagatelizuje: „Boi się, że umrę”.
Całe pokolenie niezdolne do służby wojskowej?
Jeszcze raz wracam na frankfurcką Scenę Obywatelską do spektaklu Ausgemustert. Chór krzyczy: „Nie chcemy być przeciwko czemuś, lecz za czymś. Ale za czym?”. Aktorzy zastanawiają się, co dla każdego z nich znaczy wolność: „Przysięgam, że dzielnie będę bronić prawa do różowych włosów, tak mi dopomóż Lady Gaga” – ogłasza Leann.
W ostatniej scenie wspólnie patrzą w niebo. „Też chciałabym być ptakiem. I gdy jakaś sytuacja mi nie odpowiada, po prostu odlecieć” – mówi jedna z nich.
Spektakl trwa 65 minut. Zostaje mi w pamięci zdanie streszczające dylemat tego pokolenia: „Wir sind ausgemustert, denn unsere Zukunft ist Krieg.” – „Zostaliśmy odrzuceni, bo nasza przyszłość to wojna.”
*
Nancy Waldmann – dziennikarka „Märkische Oderzeitung” we Frankfurcie nad Odrą. Pisze o Polsce, pograniczu polsko-niemieckim i Europie Wschodniej.
**
Dofinansowano ze środków Fundacji im. Róży Luksemburg.




![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.