Kraj

Spot kampanii fundacji Dzieci Niczyje mówi o realnym zagrożeniu [polemika]

Internet z drobnej sprawy prywatnej robi publiczną aferę.

Komentując spot kampanii fundacji Dzieci Niczyje, Katarzyna Paprota napisała:

Hasło kampanii to: „Myślę, więc nie ślę”. Nie. Myśleć ma ta osoba, która dostała ode mnie fotkę. Ma myśleć o mnie i o moim bezpieczeństwie. To, że wysłałam jej tę fotkę, nie oznacza, że nie myślę, tylko, że jej ufam, podoba mi się i chcę ją trochę pouwodzić. Co w tym złego?

Co w tym złego? Zasadniczo nic. Trudno też dziwić się komentarzom, stwierdzającymi, że spot kampanii zaadresowany jest do niewłaściwego odbiorcy, że propaguje myślenie kategoriami slut shaming. Na to samo zwróciła uwagę Joanna Filipczak-Zaród, stwierdzając, że spot przede wszystkim przekazuje komunikat: nie ufaj, jesteś bezradna/y, miej poczucie winy i wstydu, bo stało się i nic nie można zrobić (a można).

Są to komentarze bez wątpienia zasadnie, jednak sprawa wydaje mi się nieco bardziej skomplikowana. Katarzyna Paprota, postulując kształtowanie zaufania w relacji nastolatków (wysyłam, bo ufam, jeśli chcę trochę poświntuszyć, moje prawo), przywołuje tak naprawdę sytuację modelową. Młoda osoba wchodzi w jakąś relację i choć nie robi tego dojrzale (do czego ma prawo, w końcu dorosłym nikt się nie rodzi, a wszyscy uczymy się na błędach), to przynajmniej w pełni dobrowolnie. Świadomie podejmuje inicjatywę, nawet jeśli nie do końca zastanawia się nad możliwymi rezultatami. Ufa i oczekuje lojalności od drugiej strony, ponieważ ma pełne prawo jej oczekiwać. Tak jak mamy prawo do opieki medycznej i do tego, żeby nie naruszano naszej godności. I do wielu innych, z pozoru równie oczywistych rzeczy.

Tyle że w życiu tak naprawdę rzadko zdarzają się sytuacje modelowe. Nie żyjemy w doskonałym świecie.

Nastolatka, posyłając chłopakowi roznegliżowane zdjęcie, nie musi też kierować się wyłącznie chęcią wywołania erotycznego dreszczyku. Nastolatki, podobnie jak ludzie dorośli, nie żyją w próżni. Podlegają silnej presji rówieśniczej, która być może narzuca taki, a nie inny styl interakcji. Dziewczyna chce być „sexy”, bo koleżanki już coś przeżyły, a ona nie. Może zachować się tak niekoniecznie z własnej inicjatywy, ale pod wpływem zbiorowego wzorca postępowania bądź emocjonalnego szantażu równie jak ona niedojrzałego partnera. Nie chce przecież stracić popularności ani uchodzić za pełną zahamowań cnotkę. Ta sama presja rówieśnicza może pchnąć chłopaka do pochwalenia się „trofeum”.

W artykule Justyny Sucheckiej z „Gazety Wyborczej” pod spotem kampanii Fundacji Dzieci Niczyje zamieszczony został filmik nakręcony przez piętnastoletnią Amandę Todd na miesiąc przed popełnieniem przez nią samobójstwa. Prześladowania i depresja, które doprowadziły do odebrania sobie życia, rozpoczęły się dla Amandy od tego, że gdy miała 13 lat, ktoś namówił ją do pokazania piersi przed kamerą. Nie była to jej indywidualna decyzja – a w końcu Philip Zimbardo wykazał w słynnym eksperymencie więziennym, że to, co osądzamy jako złe, ma bardzo często podłoże sytuacyjne. Zachowania zbiorowe mogą na lucyferycznej skali wspiąć się znacznie wyżej niż indywidualne. Czy „myślenie” może chronić przed uleganiem tegotypu mechanizmom? Hannah Arendt uznałaby pewnie, że tak – podkreślała przecież, że zło bierze się z niemyślenia, z niepatrzenia w przód, na indywidualne, psychiczne konsekwencje czynów etycznie wątpliwych.

Spot kampanii Fundacji Dzieci Niczyje, przy wszystkich swoich wadach, ma więc przynajmniej jedną niewątpliwą zaletę: informuje o zagrożeniu i ostrzega. I tu pozwolę sobie nie zgodzić się z Katarzyną Paprotą, która wysuwa argument, że radosne świntuszenie w pisanych na starym dobrym papierze listach nie różniło się wiele od dzisiejszych rozmów na czacie.

To właśnie medium jest problemem, nie treść. Medium i jego obezwładniająca wszechwładność, która z drobnej sprawy prywatnej potrafi w mgnieniu oka zrobić publiczną aferę.

Nie znaczy to, że bronię spotu. Nie tylko brakuje w nim tego, by również odbiorcy prywatnego erotycznego komunikatu gorąco zalecić empatię i myślenie. Jest coś dużo, dużo gorszego, a mianowicie utrwalone wiekami patriarchatu „męskie spojrzenie”. I nie chodzi tylko o widok dziewczyny w bieliźnie, ale raczej o ustawienie widza w pozycji mimowolnego voyera, odgrywającego rolę patrzącego w ekran smartfona nieobecnego bohatera spotu. To, co widzi odbiorca/odbiorczyni, automatycznie go/ją pozycjonuje, stawiając w sytuacji patrzącego podmiotu. Poprzez kierunek tego spojrzenia widz nie zostaje utożsamiony z ofiarą, której się „to przytrafiło”, ale z tym, który ma nad nią władzę, kolekcjonerem erotycznego „trofeum”.  Warto być może przypomnieć, że Susan Sontag pisała o fotografii jako o akcie voyeryzmu per se, akcie rytualnym i narzędziu władzy.

W spocie fundacji Dzieci Niczyje widz zostaje wciągnięty w voyerystyczny spektakl, nie widząc ani przez chwilę twarzy chłopaka, który domaga się zdjęcia. Następuje potem płynne przejście od jednorazowego zdarzenia do jego dramatycznych konsekwencji, ze znaczącą elipsą pomiędzy jednym a drugim: nie wiadomo, jak i dlaczego zdjęcie „wyciekło”. Wiadomo tylko, że nastolatki robią sobie nagie zdjęcia, a potem „tracą nad nimi kontrolę”. Ta kontrola zaś to coś nieuchwytnego, bezcielesnego i bezpodmiotowego. I tu w pełni zgodzę się z Katarzyną Paprotą – odbiorcy wizualnego komunikatu również gorąco trzeba zalecić myślenie. Nauka tego myślenia zajmie pewnie jeszcze długie, długie lata. A na razie – nie żyjemy w idealnym świecie, w którym nasze prawo do bezpieczeństwa, intymności i prywatności będzie szanowane, ponieważ jest naszym prawem.

To, że druga strona powinna myśleć, szanować nas i nasze zaufanie, jest oczywistością, podobnie jak naganność cyberprzemocy.

Jednak ta teoretyczna oczywistość nie uchroni nikogo przed nadużyciem zaufania i cyberprzemocą w praktyce. Nad tym, by spoty takie jak ten nie miały białych plam i znaczących przemilczeń, by nie przechodziły do porządku nad działaniem sprawcy, ktoś będzie musiał jeszcze popracować. Ale jako punkt wyjścia i zdjęcie zasłony milczenia z seksualnych zachowań nastolatków i nastolatek spot – jak mi się wydaje – może spełnić swoją funkcję.

Dr Marta Kładź-Kocot (1977) – literaturoznawczyni, komparatystka, autorka książki „Dwa bieguny mitopoetyki. Archetypowe narracje w twórczości J.R.R. Tolkiena i Stanisława Lema”. Należy do Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza, wchodzącej w jego skład Komisji Komparatystycznej oraz Polskiego Towarzystwa Kulturoznawczego. Współtworzy redakcję czasopisma „Creatio Fantastica”. Feministka zaangażowana po stronie równości.

Czytaj także:
Katarzyna Paprota, Ufam, więc ślę
Jaonna Filipczak-Zaród, Znów ktoś nie pomyślał

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij