Kraj, Zdrowie

„Prezerwatywa? Po co? Przecież jestem zdrowy”

Fot. Dainis Graveris/Unsplash

„Okazuje się, że HIV jest jedną z ostatnich rzeczy, które moim ewentualnym partnerom przychodzą do głowy. Rzeżączka, syfilityczne wrzody, ewentualnie porządna grzybica, ale HIV?” Wysłuchała i spisała Olga Wróbel.


Niektóre szczegóły zostały zmienione.

Banalna historia. Po rozstaniu z chłopakiem potrzebuję podnieść sobie samoocenę. Nie chcę chodzić na randki, nie chcę poznawać mężczyzn, a już na pewno nie mam ochoty opowiadać nikomu o sobie. Chcę prostego, odprężającego seksu. Rejestruję się na portalu erotycznym. Znajoma, która korzysta z niego od pewnego czasu, instruuje mnie w kwestiach bezpieczeństwa: spotkania tylko we własnym domu, przed zaproszeniem mężczyzny należy poprosić o zdjęcie twarzy i numer telefonu. Najlepiej spotkać się przed blokiem, można wtedy zobaczyć delikwenta i ewentualnie nie zapraszać go do środka. Dobrze wysłać do kogoś jego dane, umówić się na sygnał alarmowy albo telefon o określonej godzinie i niezobowiązująco wspomnieć o tym kochankowi.

Wątpię, żeby mężczyźni stosowali symetryczne systemy bezpieczeństwa, ale wiadomo, w jakim świecie żyjemy. Nie mamy równych praw, kobiety są bardziej narażone na przemoc, szczególnie w sytuacji, kiedy chodzi o seks bez zobowiązań. Przecież same się rejestrowały na portalu, zaprosiły obcego do domu, logiczne więc, że godzą się na niebezpieczeństwo i jeśli coś złego im się przydarzy, mogą same sobie podziękować.

W opisie na profilu zaznaczam, że interesuje mnie tylko seks w prezerwatywie i nie ma od tej zasady odstępstw. Podkreślam to także w prywatnych wiadomościach, których dostaję sporo. Te rozmowy ujawniają ciekawą prawidłowość: większość mężczyzn jest przekonanych, że chodzi o zabezpieczenie przed ciążą, dlatego padają pytania o seks oralny i analny. Też w prezerwatywie? Ale po co? Piszę więc, że chodzi o zdrowie. Odpowiedź powtarza się, jakbym rozmawiała z jedną i tą samą osobą. „Jestem zdrowy”. Wiem, że z tymi osobami na pewno się nie spotkam, ale edukuję: „skąd wiesz, badałeś się pod kątem HIV?”.

Okazuje się, że HIV jest jedną z ostatnich rzeczy, które moim ewentualnym partnerom przychodzą do głowy. Rzeżączka, syfilityczne wrzody, ewentualnie porządna grzybica, ale HIV? Kiedy dociskam temat badań, żaden nie deklaruje, że kiedykolwiek je wykonał. Są to mężczyźni umawiający się na jednorazowy seks i gotowi uprawiać go bez prezerwatywy. Dziwna niefrasobliwość.

„Tinder staje się jak narkotyk. Czuję się dzięki niemu piękna i mądra”

Pierwsze dwa spotkania zaliczam do udanych. Są prezerwatywy, nie ma dyskusji. Trzeci partner nie bardzo pali się do użycia gumki, po kuriozalnej dyskusji w trakcie gry wstępnej zakłada ją, ale to już nie jest to.

Prawdziwą porażką okazuje się „randka” z partnerem numer cztery. Najpierw okazuje się, że prezerwatyw nie wziął, chociaż rozmawiałam z nim o tym pół godziny przed spotkaniem. Trudno, mam własne. Wszystko idzie dobrze, ale w pewnym momencie mężczyzna zdejmuje prezerwatywę. „Tylko na chwilę”. Jestem tak zdumiona i oszołomiona, że nie protestuję, a im dłużej ta chwila trwa, tym trudniej mi zebrać się do stanowczego zażądania, żeby to się natychmiast skończyło. Zresztą nie trwa długo, kończy się wytryskiem na moim ciele (przepraszam za plastyczne detale, ale są istotne). Skoro nie zaprotestowałam, to wszystko jest w porządku, prawda? Żegnamy się w pogodnych nastojach, mężczyzna mówi, że chętnie się ze mną jeszcze spotka.

Przez jakąś godzinę jestem w dziwnie obojętnym nastroju. Przecież nic wielkiego się nie stało, nie łapie się HIV tak od razu, gdyby każdy, kto uprawia seks bez gumki, miał HIV, to wszyscy bylibyśmy chorzy. A potem zaczynam się czuć, jakby ktoś przekręcił w mojej głowie włącznik paniki. Co ja zrobiłam? Co pozwoliłam sobie zrobić? Przecież przysięgałam sobie, że będę dla siebie dobra, że będę się sobą opiekować. Całe lata bezpiecznego seksu z rozmaitymi chłopakami, partnerami stałymi i przelotnymi, a teraz robię coś takiego?! Czy ja zupełnie oszalałam? Oczywiście, że mogłam się zakazić. Nie ma już grup ryzyka, nosicielem może być każdy. Kurwa, kurwa, ja pierdolę, co ja zrobiłam! Dlaczego nie poszłam do kina, tak jak planowałam rano, dlaczego spotkałam się z tym facetem? Czy można cofnąć czas, tylko ten jeden raz, tylko o parę godzin?

Nie można, ale można się ratować. Przypomina mi się dość dawna rozmowa ze znajomym o cenie profilaktyki poekspozycyjnej. Znajomy narzekał, że jest to niezwykle droga impreza, dlatego zapamiętałam ten wątek. Wydać kilka tysięcy na pigułki, które ochronią mnie przed czymś, co niekoniecznie się wydarzyło? A jeżeli zachoruję? Jak będę wtedy myślała o tej kwocie?

Trzęsącymi się palcami stukam w ekran smartfona i czytam o PEP-ie, czyli profilaktyce poekspozycyjnej. Najważniejszy, podobnie jak w przypadku pigułki „po”, zapobiegającej zajściu w ciążę, jest czas. Liczy się każda chwila od czasu odbycia niezabezpieczonego kontaktu seksualnego (lub kontaktu z zakażonym materiałem, bo PEP podaje się też po ukłuciu igłą czy innych sytuacjach, w których transmisja była możliwa). Idealnie jest przyjąć pierwszą tabletkę w ciągu 12 godzin, po 24 godzinach skuteczność spada, ale nadal jest znacząca. Po 72 godzinach terapia uznawana jest za nieskuteczną.

Sprawdzam procenty. Szacuje się, że PEP ma 90 procent skuteczności. Terapia trwa 28 dni i polega na codziennym, sumiennym zażywaniu kombinacji trzech (najczęściej) leków, które hamują namnażanie się wirusa w organizmie. Ponieważ HIV nie da się z ciała usunąć ani go zabić, sztuczka polega na zatrzymaniu jego rozprzestrzeniania się. Po 28 dniach powinna nastąpić wymiana tkanek, a z nimi organizm pozbędzie się „zahibernowanego” wirusa. Internetowe strony poświęcone PEP ostrzegają, że przez te cztery tygodnie można doświadczyć mnóstwa nieprzyjemnych skutków ubocznych: biegunek, wymiotów, zawrotów głowy, senności. Niekiedy normalne funkcjonowanie jest do tego stopnia zakłócone, że konieczne jest wzięcie zwolnienia lekarskiego.

Janiszewski: Kto w Polsce ma HIV?

Nie jestem tym wszystkim zachwycona, więc po raz kolejny googluję, tym razem ryzyko zakażenia podczas niezabezpieczonego seksu z przypadkowym partnerem, o nieznanym statusie serologicznym, w Polsce, jeżeli kontakt trwał krótko i nie zakończył się kontaktem z nasieniem. Niestety, statystyki są boleśnie oczywiste. Ryzyko istnieje zawsze. Stosunkowo niewielkie w przypadku seksu oralnego, nadal niewielkie (co mnie dziwi) w przypadku seksu waginalnego, brak wytrysku działa na korzyść, natomiast seks analny niesie ze sobą znacznie większą szansę zakażenia ze względu na podatność odbytu na urazy oraz większą zdolność tkanek do absorpcji wirusa. Minus dla mnie.

Kobiety są bardziej narażone na zakażenie niż mężczyźni (jeżeli mężczyzna uprawia seks z zakażoną kobietą, ma mniejsze szanse się od niej zakazić niż kobieta, która pójdzie do łóżka z zakażonym mężczyzną). Statystyki wskazują, że częściej zakażają się geje, ale każdy artykuł kończy się stwierdzeniem, że najniebezpieczniejsi są ludzie, którzy nie zdając sobie sprawy, że mają wirusa, uprawiają seks bez zabezpieczenia z nieświadomymi partnerami. Człowiek żyje z HIV i niczym się nie wyróżnia, jego ciała nie pokrywają ropiejące wrzody, które kojarzymy z filmami o umierających na AIDS. Może zakażać latami i nic o tym nie wiedzieć.

Dowiaduję się jeszcze, że świeżo zakażeni mają zazwyczaj największe stężenie wirusa we krwi i płynach ustrojowych, więc teoretycznie zakażają najbardziej – zanim będą mieli szansę zauważyć, że coś niepokojącego dzieje się z ich odpornością.

Polska – kraj, w którym rzetelnej edukacji odmawia dzieciom rzecznik ich praw

Sprawdzam stan konta, następnie googluję „PEP Warszawa”. Ustalam adresy, nastawiam budzik na siódmą, żeby zapisać się na wizytę, i jakimś cudem zasypiam. Płyną cenne godziny. Rano, zlana zimnym potem, dzwonię do pierwszej z wybranych przychodni. Proponują mi wizytę o 18.40. Wtedy będę miała za sobą krytyczne 24 godziny. Niedobrze. Postanawiam pojechać do szpitala zakaźnego na Wolskiej, który prowadzi poradnię wykonującą testy i udzielającą porad Osobom Takim Jak Ja. Piszę o „Osobach Takich Jak Ja”, ponieważ rano do paniki dołącza powalające uczucie wstydu. Można czytać sto razy o tym, że HIV to nie stygmat, można to ze swadą powtarzać w kawiarnianych dyskusjach, ale zupełnie inaczej myśli się o sobie jako o potencjalnej zakażonej. Dygocząc ze strachu, jadę na Wolską, szykując się mentalnie na zderzenie z polskim systemem ochrony zdrowia.

Można czytać sto razy o tym, że HIV to nie stygmat, można to ze swadą powtarzać w kawiarnianych dyskusjach, ale zupełnie inaczej myśli się o sobie jako o potencjalnej zakażonej.

Najpierw trafiam do niewłaściwego budynku, muszę więc zapytać w rejestracji, pełnej ludzi, o poradnię HIV. Zostaję skierowana do sąsiedniego pawilonu. Rejestracja numer dwa, miła pani o wyglądzie mojej mamy. Staram się nie szeptać i być dzielna. „Odbyłam ryzykowny kontakt seksualny i chciałabym receptę na PEP”. Pani nie wygląda na obrzydzoną ani zszokowaną, informuje mnie natomiast, że wizyta jest w takiej sytuacji pełnopłatna, 150 złotych. Kolejne 110 będą kosztowały obowiązkowe badania krwi. Płacę, na szczęście lekarz przyjmie mnie od razu.

Pan doktor jest miły i profesjonalny, ale nie chroni mnie to przed oczywistą serią krępujących pytań. Jaki rodzaj seksu, ile trwał, gdzie nastąpił wytrysk, czy zauważyłam krwawienia, otarcia lub uszkodzenia naskórka, ilu miałam partnerów, czy wcześniej badałam się na obecność HIV, czy mam stwierdzone choroby przenoszone drogą płciową. Skoro uprawiam seks z obcymi mężczyznami, może powinnam rozważyć stosowanie PrEP-u, czyli tabletek zabezpieczających przed zakażeniem, branych ciągle?

Jestem głęboko zażenowana, mam ochotę rzucić się z płaczem na podłogę, przeprosić dobrego pana doktora (który przecież nie moralizuje ani mnie nie poucza) i powiedzieć, że to przypadkiem, że ja nigdy, że jestem porządną dziewczyną, miałam stałego chłopaka i tylko jakoś wyszło nie tak.

Rozmawiajmy z dziećmi o seksie od najmłodszych lat

Lekarz mówi, że wypisze receptę, ale musi też skierować mnie na badania krwi, bo być może jestem już zakażona i wtedy nie ma sensu brać przez miesiąc pigułek. Mówi, że zapłacę za leki około tysiąca złotych, ale to i tak dobrze, bo jeszcze niedawno musiałabym wyłożyć cztery razy tyle. Natomiast jest to cena nadal zaporowa i on szalenie ubolewa nad tym faktem, jak również nad tym, że każda wystawiona na PEP recepta pociąga za sobą kontrolę – czy odbyła się wizyta, czy odbyły się badania krwi, nawet w przypadku usługi pełnopłatnej. Tak jakby osoby chcące zmniejszyć ryzyko zakażenia były szczególnie podejrzanymi jednostkami – trudno nawet powiedzieć, że naciągaczami, bo przecież szaloną kwotę wykładają z własnej kieszeni.

Na miękkich nogach wysuwam się z gabinetu. „Proszę się aż tak nie martwić. Nie notujemy w Warszawie dużo świeżych zakażeń”. Pobranie krwi, idę do pobliskiej apteki, kupuję leki, już nawet nie obchodzi mnie, co pomyśli o mnie farmaceutka. Kupuję chałkę i wodę mineralną, połykam trzy ogromne tabletki. Minęło 17 godzin, zdążyłam trafić w okno 24-godzinne. Mam absurdalne poczucie ulgi, które trwa tylko chwilę, podobnie jak to z kolejnego dnia, kiedy odbieram wyniki badań. Do rozpoczęcia terapii nie miałam HIV. Teraz muszę nastawić się na 28 dni połykania pigułek, skutki uboczne, a potem testy: dwa tygodnie po zakończeniu terapii, kolejny po trzech miesiącach i kolejny po sześciu.

Jest piątek. O 17 kończę pracę, jadę do domu, wyłączam telefon i następne dwa dni śpię i płaczę, bo nie umiem poradzić sobie z lękiem.

Tak wygląda sytuacja dziewczyn i młodych kobiet w świecie bez edukacji seksualnej

W poniedziałek kontaktuję się z mężczyzną, który zdjął prezerwatywę. Piszę, że się boję. Nie ma pojęcia, o co mi chodzi. Pytam, czy badał się kiedyś na HIV, w odpowiedzi dostaję rytualne zapewnienie „Jestem zdrowy”. „Tak, ale czy się BADAŁEŚ?” „Luz, tak, badałem się, robiłem książeczkę sanepidu”.

Pierwsze słyszę, żeby w skład tych badań wchodziły testy na HIV. Czyli ściemnia. Dopytuję więc dalej: dlaczego nie chcesz używać prezerwatyw? Przecież to ja mogłam cię zakazić. „Coś ty, wyczuwam takie rzeczy. Nie wyglądasz na taką osobę”. Kiedy w milczeniu trawię tę informację, wyskakuje kolejna wiadomość. „Masz czas się spotkać w tym tygodniu?”. Nie odpisuję. Blokuję numer. Kasuję konto na profilu seksrandkowym. Nie piszę natomiast tego, co powinnam: „Jesteś nieodpowiedzialnym człowiekiem, który naraża siebie i innych na niebezpieczeństwo”. Nie mam siły.

Ludzie, którzy gwałcą

czytaj także

Mam za to siłę obsesyjnie przeczesywać internet w poszukiwaniu statystyk, wyników badań, notatek blogowych osób, które stosowały PEP. Są to głównie teksty angielskojęzyczne, w polskiej sieci nie ma zbyt wielu relacji. Po dwóch dniach nie ma linka, w który bym nie kliknęła.

Potem czytam o HIV i AIDS. Dowiaduję się tego, co wiedziałam już wcześniej: współczesna terapia jest bardzo skuteczna. Osoby zakażone wirusem, wcześnie zdiagnozowane i odpowiednio leczone, mogą prowadzić normalne życie, urodzić zdrowe dziecko, uprawiać seks. Wirus zostanie z nimi do końca życia, natomiast dzięki lekom nigdy nie zamieni się w AIDS, a zakażona osoba ma znakomitą szansę umrzeć na jakąkolwiek inną chorobę. Jeden z artykułów anglojęzycznych przytacza kontrowersyjne stwierdzenie doktora Maxa Pembertona, który w 2014 roku powiedział, że wolałby mieć HIV niż cukrzycę typu 2, bo w przypadku wirusa ryzyko śmierci jest o wiele mniejsze, a leczenie doskonalsze. Co ciekawe, jeżeli zachoruję, państwo polskie będzie mnie leczyło za darmo praktycznie tymi samymi lekami, za które obecnie musiałam słono zapłacić. Najcięższa do wyleczenia jest natomiast niezmienna stygmatyzacja chorych, powodująca lęk przed badaniami i diagnozą.

Vito Russo w 1988 roku: Umieram przez rasizm, homofobię i politykę, nie przez AIDS

Znakomicie to rozumiem, ponieważ mam obecnie HIV Schrödingera: dopóki nie wykluczy go test, tak bardzo odległy w czasie, mogę uznawać, że jestem zakażona. Tracę ochotę na wszelkie międzyludzkie interakcje, odwołuję spotkania, popołudnia spędzam w domu, wymęczona zachowywaniem się przyzwoicie w pracy. Z osoby towarzyskiej ekspresowo staję się jednostką ponurą i mizantropiczną, co budzi zaniepokojenie przyjaciółek.

W końcu przełamuję wstyd, opowiadam trzem osobom, co się wydarzyło. Oprócz czułych pocieszeń przeważa zdumienie stopniem rozpaczy, w którą popadłam. „Coś ty, nic ci nie jest”. „Ryzyko jest minimalne”. „Przecież HIV nie jest już dziś groźny”.

Wiem, wiem, przeczytałam cały internet. I wcale nie czuję się pocieszona, bo nie powiedziałam koleżankom prawdy. Powiedziałam, że prezerwatywa pękła. Stworzyłam przypadkową sytuację, która zdejmuje odpowiedzialność z partnera, który złamał umowę, ze mnie, która nie umiałam się obronić. Dlatego pociechy nie docierają do sedna problemu. Jestem dorosłą, wykształconą, wyzwoloną kobietą z dużego miasta, ale absolutnie nie umiem sobie poradzić z kulturowym balastem, który zrzuca na mnie ta sytuacja. Gdybym się nie puszczała, wszystko byłoby dobrze. Byłabym czysta, zdrowa i produktywna, mogłabym spędzać grudzień, pijąc grzane wino ze znajomymi i kupując prezenty gwiazdkowe. Zamiast tego co rano pokonuję potężny odruch wymiotny, połykając trzy wstydliwe tabletki PEP-u. I tak myślę o sobie ja, wyszkolona na wszystkich mentalnych frontach feministka, która teoretycznie wie, jak powiedzieć „NIE”.

Muszę natomiast przyznać, że mam szczęście w nieszczęściu: zero skutków ubocznych. Przez dwa dni bolała mnie głowa, ale też mało piłam, mało jadłam i dużo się stresowałam, więc nawet ten niezbyt uciążliwy objaw nie musiał być skutkiem zażywania leków.

Po pierwszym okresie paniki cała sprawa osiada we mnie ciężkim nalotem. Funkcjonuję normalnie, udaje mi się nawet całkiem racjonalnie tłumaczyć sobie, że szanse na zakażenie były minimalne, zadziałałam szybko, partner nie musiał być nosicielem, a nawet jeśli, to biorę skuteczne leki. Jednak cały czas z tyłu głowy czai się myśl: „A jeżeli…?”.

Na początku stycznia kończę 28-dniową kurację, mijają dwa tygodnie i czas na pierwszy test. Nie robię go.

Postępuję dokładnie tak, jak nie powinnam, czyli udaję, że nic się nie dzieje. Może mam HIV, może nie mam, dopóki nie pójdę na badania, mogę udawać, że wszystko jest normalnie. Przyzwyczaiłam się już do permanentnego niepokoju, da się z nim znakomicie żyć. No, może nie tak znakomicie. W zasadzie to całkiem kiepsko. Każde kichnięcie, każdy ból gardła kończy się paniczną myślą: „Czy to już? Niewinna, grypopodobna infekcja, pierwszy znak, że wirus rozprzestrzenia się w organizmie?”.

Postępuję dokładnie tak, jak nie powinnam, czyli udaję, że nic się nie dzieje. Może mam HIV, może nie mam, dopóki nie pójdę na badania, mogę udawać, że wszystko jest normalnie.

Nadchodzi ósmy marca. Manifa i wydarzenia towarzyszące, maszeruję z przekonaniem w tłumie skandującym feministyczne hasła. A potem idę na wydarzenie organizowane przez Niezapominajki – stowarzyszenie kobiet, które doświadczyły przemocy seksualnej. W warszawskim Barze Studio odbywa się pokaz mody: kobiety wychodzą na wybieg w strojach, które miały na sobie w dniu gwałtu. Po dwóch minutach zaczynam płakać i płaczę do końca. Nie umiem nawet wyrazić, jak dzielne są te osoby, pokazujące twarze, mówiące otwarcie, że już się nie wstydzą, że wstyd od początku nie powinien być doświadczeniem ich, tylko gwałciciela. „Nie jesteście same” – mówi do mikrofonu organizatorka. „Już nigdy nie będziecie”. Jest niedziela.

Jak powinna się zachowywać ofiara gwałtu, żeby jej uwierzono?

czytaj także

W środę idę do przychodni na Chmielnej, specjalizującej się w testach na obecność HIV i w profilaktyce. Badanie jest bezpłatne. Wyniki przesiewowego testu można odebrać już po dwudziestu minutach – ukłucie w palec, chwila czekania i wszystko jasne. Ale ja nie jestem tu na przesiewie, jestem potencjalną nosicielką. Dlatego lekarka zaleca pełen test z krwi. Na wyniki muszę czekać 24 godziny. W czwartek odbieram w rąk konsultantki kopertę z wynikami testu. Jestem zdrowa. Niewyobrażalny ciężar spada mi z barków, w poczekalni czeka przyjaciółka, której rzucam się na szyję. Jestem tak szczęśliwa, że trudno to opisać. Idziemy na lody. Świeci słońce. Zaczyna się właśnie pandemiczny lockdown, ale mnie to nie obchodzi, bo JESTEM ZDROWA. Wprawdzie za pół roku powinnam wykonać jeszcze jeden, ostatni test, ale jest to już kosmetyczne potwierdzenie faktu, że HIV mnie nie dotyczy.

Seks w czasie pandemii? Może nam pomóc przetrwać izolację

Z tego doświadczania płyną jednak same niewesołe wnioski. Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono, jak pisała poetka. Po pierwsze, bardzo boleśnie przekonuję się, że wstyd dotyczy wszystkich i że jest absolutnie przytłaczający. Nie wiem do tej pory, na ile bałam się zakażenia stosunkowo niegroźnym obecnie wirusem, a na ile każdy mój dzień rozwalało poczucie, że mam go na własne życzenie i z powodu rozpustnego trybu życia. Gdybym miała żyć z HIV, który pojawił się u mnie na skutek przypadkowego ukłucia igłą w salonie kosmetycznym (improwizuję), zniosłabym to z godnością. Ale potencjalnie śmiertelny wirus, którego złapałam, ponieważ uprawiałam seks analny bez prezerwatywy z nieznajomym mężczyzną? Nie do przejścia, jeżeli jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia w kategorii winy, kary, czystości i brudu.

Po drugie: rozmawiając przez te miesiące z wieloma osobami, natknęłam się na jedną, która wiedziała, czym jest PEP i jak działa. Dlaczego nikt nie wie, że istnieje terapia zapobiegająca zakażeniu po ekspozycji na wirusa? Moi znajomi i znajome to ludzie w wieku reprodukcyjnym, aktywni seksualnie. Odpowiedzialni, jasne, ale nie wierzę, że sto procent z nich uprawia zawsze, tylko i wyłącznie, bezpieczny seks. Wręcz przeciwnie, słyszę przecież „Zdarzyło mi się bez gumy, ale nie ma się czym przejmować, nie zaszłam w ciążę”.

Rozmawiając przez te miesiące z wieloma osobami, natknęłam się na jedną, która wiedziała, czym jest PEP i jak działa. Dlaczego nikt nie wie, że istnieje terapia zapobiegająca zakażeniu po ekspozycji na wirusa?

Nie mówię, że każdy jest tak panicznie przerażony HIV jak ja. Ale i tak świadomość istnienia PEP-u wydaje się porażająco niska. Dlaczego się o nim nie mówi, dlaczego nie ma kampanii uświadamiających? Nietrudno zgadnąć, jaka logika temu przyświeca. Żyjemy w Polsce, lepiej trzymać ludzi w strachu. Nie będzie edukacji seksualnej, bo dzieci zaczną uprawiać seks. Nie będzie refundowanej szczepionki zapobiegającej rakowi szyjki macicy, bo kobiety zaczną się puszczać na prawo i lewo. Nie będzie pigułki „po” bez recepty, bo dziewczyny będą ją łykać jak cukierki. Nie powiemy ludziom, że jest PEP, bo przestaną się bać HIV, a ulice zamienią się w Sodomę i Gomorę. A jeżeli już wiedzą, że jest? To niech znajdą przychodnię z odpowiednio wyedukowanym personelem, zdobędą receptę i zapłacą. I to szybko, bo liczy się każda godzina. Jeżeli się nie uda, no cóż, wtedy będziemy ich leczyć. Skutecznie i na koszt państwa.

W Kalifornii PEP ma być wkrótce dostępny bez recepty. W Wielkiej Brytanii terapia jest refundowana. Ale my jesteśmy w Polsce. Nie badamy się, nie stosujemy profilaktyki, bo przecież, jak napisał mój niezapomniany partner z portalu do seksrandek, wystarczy spojrzeć na osobę, żeby ocenić, czy jest porządna, czyli zdrowa.

W ponure dni połykania tabletek obiecałam sobie, że jeżeli będę zdrowa, opowiem tę banalną, przerażającą historię o lęku przed chorobą, ale przede wszystkim o lęku przed stygmatyzacją. Wytworzyło go społeczeństwo, i to tak skutecznie, że nie trzeba nawet konfrontacji z kimkolwiek, żeby go czuć. Działa natychmiast, moralna policja siedzi w naszych głowach i jest niesamowicie sprawna. Jedynym sposobem na przełamanie tej sytuacji jest otwarte mówienie o tym, że nie ma ludzi idealnie odpowiedzialnych i rozsądnych, że wszystkim przydarzają się wpadki – a wtedy najważniejsze, żeby bez wstydu zgłaszać się po pomoc, żeby ta pomoc była dostępna na poziomie logistyki i portfela, żeby lęk przed wygłoszeniem zdania: „uprawiałam/uprawiałem ryzykowny seks” nie blokował woli działania. Nie wiem, kiedy osiągniemy ten poziom otwartości i czy to w ogóle jest możliwe. Dlatego opowiadam tę historię, ale nie podpiszę jej własnym nazwiskiem.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Olga Wróbel

| Kulturoznawczyni, autorka komiksów
Kulturoznawczyni, autorka komiksów, pracownica muzeum. Prowadzi bloga książkowego Kurzojady.