Kraj

Niech nikogo nie uspokaja spadek liczby samobójstw w pandemii

W ostatnim roku zanotowano mniej samobójstw. To zjawisko charakterystyczne dla przedłużających się sytuacji nadzwyczajnych. Ekspertka ostrzega jednak, że po tym, jak pandemia ustąpi i skończy się związany z nią stan wyjątkowy, liczba samobójstw może wzrosnąć.

Z danych opublikowanych przez Komendę Główną Policji wynika, że w 2020 roku samobójstwo popełniło 5165 osób. W roku poprzedzającym wybuch pandemii wskaźnik ten był o 90 osób wyższy, wyższe liczby notowano też przez poprzednich osiem lat. Spadek ten nie jest zaskoczeniem dla ekspertów.

− W okresie kryzysów, np. wojen, spada liczba samobójstw. To dlatego, że następuje zmiana wartości i jest większe poczucie wspólnotowości. A problemy całego społeczeństwa przesłaniają te własne. Pandemia jest przykładem takiej kryzysowej sytuacji – tłumaczy dr Halszka Witkowska, suicydolożka z Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.

Jednocześnie policyjne statystyki pokazują, że wzrosła liczba osób, które próbowały odebrać sobie życie. KGP donosi o ponad 12 tys. prób samobójczych. To najwyższy wskaźnik w 21-letniej historii danych prezentowanych przez policję, jednak liczba ta od tych notowanych przez kilka poprzednich lat różni się nieznacznie. W porównaniu z 2019 rokiem policjanci odnotowali około 60 takich prób więcej. Jak tłumaczy Jarosław Stukan, prezes Polskiego Towarzystwa Zapobiegania Samobójstwom, pandemia nie wpłynęła na statystyczny wzrost prób samobójczych w Polsce.

Porozmawiajmy o prawie do samobójstwa

czytaj także

W ostatnich latach wzrasta natomiast liczba samobójstw wśród seniorów. Jeszcze dziesięć lat temu w grupie wiekowej powyżej 60. roku życia było ich 904. W kolejnych latach było ich coraz więcej. W 2020 roku samobójstwo popełniło ponad 1,6 tys. seniorów.

− Przyczyn jest kilka. Osoby te zmagają się z przewlekłymi chorobami i bólem. Doskwiera im bieda. I w końcu gigantyczna samotność, bo w modelu rodziny nuklearnej jest mało miejsca na podtrzymywanie więzi z najstarszym pokoleniem. Starość jest coraz bardziej wyrzucana na margines naszej kultury. A pandemiczna izolacja tylko te problemy wzmogła − tłumaczy Witkowska.

Obawa przed stygmatyzacją

Witkowska zaznacza jednak, by mieć na uwadze, że dane policyjne nie są idealne i najprawdopodobniej są niedoszacowane.

− Tak naprawdę nie wiemy, jaka jest skala zjawiska w naszym kraju – tłumaczy dr Witkowska. Powodów jest wiele. Czasami nie da się ustalić, że przyczyną zgonu był zamach samobójczy. Kiedy indziej rodzina prosi lekarza, żeby nie wpisywać go do aktu zgonu.

Podobnie jest z próbami samobójczymi. Opublikowane dane to suma przypadków, do których wezwano policję.

− A przecież nie do każdej próby wzywana jest policja, czasami osoba trafia prosto do szpitala. Tak samo wiele prób nie ma żadnych świadków – wyjaśnia Witkowska. Niedoskonałości w badaniu zjawiska można by wyeliminować m.in. poprzez wprowadzenie systemu monitorowania prób samobójczych, który pozwoliłby na wydajniejszą pomoc i poprawiłby opiekę nad osobami, które mają już za sobą próby samobójcze. Ale takiego systemu nie ma.

Nie ma też jednak wątpliwości, że problem dotyczy o wiele większej liczby osób, niż przedstawia to Komenda Główna Policji.

− Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że na każde samobójstwo dorosłego człowieka przypada między 10 a 15 prób samobójczych. Natomiast wśród dzieci wskaźnik ten wynosi aż ponad 100 prób – tłumaczy dr Witkowska.

Sytuacja dzieci i młodzieży w ostatnich latach coraz bardziej przykuwa uwagę, bo właśnie w tej grupie wiekowej zdarza się coraz więcej prób samobójczych.

Żeby dzieci mogły być dziećmi

− Trudno jest uchwycić przyczyny takiego stanu, bo to zawsze jest bardzo złożona sytuacja. Podczas pandemii najmłodsi musieli odnaleźć się w zupełnie nowej sytuacji. Kolejne lockdowny i ograniczenie kontaktu z rówieśnikami przysporzyły im kolejnych problemów, z którymi nie wiedzą, jak sobie radzić – tłumaczy dr Przemysław Waszak, lekarz psychiatra związany z Wojewódzkim Szpitalem Psychiatrycznym im. Bilikiewicza w Gdańsku. Z policyjnych statystyk wynika, że na przestrzeni ostatniej dekady liczba prób samobójczych wśród dzieci i młodzieży (7–18 lat) prawie się potroiła. Jednocześnie liczba samych samobójstw utrzymuje się na podobnym poziomie. W ubiegłym roku samobójstwo popełniło 107 dzieci i nastolatków.

Witkowska mówi, że osoby, które zmagają się z myślami samobójczymi, najczęściej pozostają z tym problemem same. − Nie mówią o tym nikomu, ponieważ boją się stygmatyzacji. Moglibyśmy się spodziewać, że osoby te powiedzą o swoim bólu, ale boją się one odrzucenia, bo w Polsce nie wiemy, jak reagować na takie informacje. Wiemy, jak rozmawiać o uzależnieniu od alkoholu czy narkotyków, ale już nie o próbach samobójczych – tłumaczy.

Dlatego Polskie Towarzystwo Suicydologiczne oraz Instytut Psychiatrii i Neurologii prowadzą od 2018 roku kampanię społeczną „Życie warte jest rozmowy”. Jej celem jest podniesienie świadomości społecznej dotyczącej samobójstw oraz upowszechnienie prewencji i profilaktyki. Jednym z aspektów, na który zwracają uwagę autorzy projektu, jest sposób mówienia o samobójstwach m.in. w przestrzeni publicznej oraz w mediach.

− Mamy trzy sposoby mówienia o zjawisku. Sensacja, słownictwo naukowe albo ten straszny temat, o którym nie chcemy rozmawiać. Tymczasem o śmierci samobójczej nie można mówić jak o sensacji. Nie można też mówić o sposobach, bo mogą znaleźć się naśladowcy. No i należy pamiętać, że przyczyny samobójstwa są zawsze złożone i nie można ich sprowadzać do krótkiego komunikatu o jednym powodzie – mówi Witkowska.

Potrzebna mobilizacja państwa

W skali ogólnopolskiej osobom, które podejmują próby samobójcze, nie sprzyja stan opieki psychologicznej w Polsce. − Psychologów w ochronie zdrowia jest za mało, a ci pracujący mają za dużo obowiązków. Kończy się to np. tym, że w wielu oddziałach psychiatrycznych dziecięcych dziecko po próbie samobójczej podczas dwutygodniowego pobytu ma tylko dwie lub trzy rozmowy z psychologiem, a lekarza widzi tylko podczas przyjęcia – tłumaczy Jarosław Stukan.

Stukan dodaje, że na zwiększanie się liczby prób samobójczych ma także wpływ niedofinansowanie psychiatrii. − Rząd powinien dofinansowywać szkolenia z zakresu suicydologii. Specjaliści od zdrowia psychicznego mają niewystarczającą wiedzę na ten temat. Istotną rzeczą jest też zwiększenie puli pieniędzy na zatrudnianie psychologów – mówi prezes PTZS.

Witkowska obawia się, że po tym, jak pandemia ustąpi i skończy się związany z nią stan nadzwyczajny, liczba samobójstw może wzrosnąć. − Teraz problemem jest izolacja i wynikające z niej napięcia. Jak to się skończy, to może okazać się, że wiele osób nie będzie w stanie wrócić do normalnego funkcjonowania – tłumaczy ekspertka.

Dr Przemysław Waszak uważa, że za prognozowany kryzys odpowiedzialność powinno wziąć państwo. − Pandemia pokazuje, że jak jest potrzeba, to całą ochronę zdrowia i cały aparat państwowy można zorganizować wokół konkretnej jednostki chorobowej. Jakkolwiek byśmy oceniali skuteczność tych działań, to pokazują one, że jeśli trzeba, to państwo potrafi odpowiednio zmobilizować środki i zasoby − tłumaczy.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Mateusz Kowalik
Mateusz Kowalik
Dziennikarz Krytyki Politycznej
Dziennikarz, stały współpracownik Krytyki Politycznej. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i europeistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Były dziennikarz „Gazety Wyborczej”, publikował m.in. w „Dużym Formacie” i „Magazynie Świątecznym”.
Zamknij