Kraj

Sadura: Niech MEN wreszcie zacznie słuchać!

Jeśli hasłem „Ratuj Maluchy” będzie przedszkole dla trzylatków zamiast szkoły dla sześciolatków, to ja się zapisuję! – mówi Przemysław Sadura.

Magdalena Błędowska: Najnowsze wieści z frontu walki o sześciolatków są takie, że w 2014, zamiast całego rocznika, do szkół pójdą tylko dzieci urodzone w pierwszej połowie roku. Reszta – dopiero w 2015. Jak odebrałeś tę decyzję rządu?

Przemysław Sadura: Ręce mi opadły. Ta reforma, jak mało która realizowana przez MEN, spotyka się z moim dużym zrozumieniem, bo miała zapewnić szerszy dostęp do publicznej edukacji. Ale od początku jest z nią problem. Ogłoszona właśnie przez Tuska decyzja to efekt słabej rekrutacji 6-latków na przyszły rok szkolny. To zarazem przyznanie się do PR-owej porażki – ruch „Ratujmy Maluchy” swoją kampanią medialną dosłownie zdewastował MEN i reformę.

Chodzi tylko o to, że nie przygotowano dobrej kampanii informacyjnej?

Nie tylko. Chodzi o to, że nie przekonsultowano tej reformy z wszystkimi zainteresowanymi. Nie zapytano rodziców, jakie są ich obawy i potrzeby. Nie rozmawiano z pracownikami systemu edukacji: z przedszkolankami, nauczycielami, dyrektorkami szkół i samorządowcami. Wszystko było ustalane w MEN-ie, ewentualnie w jakichś bliżej nieokreślonych gronach ekspertów i decydentów.

O tym, że tegoroczny nabór będzie klapą, przekonałem się, obserwując zmianę postawy rodziców w przedszkolu mojego synka. Na początku roku 90 procent rodziców szykowało swoje dzieci do szkoły. Ostatecznie pójdzie tylko jedno dziecko. Dlaczego? Między innymi dlatego, że nauczycielki przedszkolne nie zachęcają do tego rodziców. Boją się o swoje miejsca pracy. Mają zerówkę i to im zapewnia etaty. Nie wiedzą, co się stanie, gdy zerówki nie będzie; czy na pewno powstaną dodatkowe grupy dla trzylatków. Nikt z nimi o tym nie rozmawiał.

Reformę należało najpierw porządnie przygotować, konsultując ją i włączając w jej przygotowanie pracowników oświaty i rodziców. Potem informować z wyprzedzeniem, co się zamierza robić, i konsekwentnie to realizować, ewentualnie dokonując ewaluacji, jeżeli pojawiają się jakieś nowe informacje. A tu od samego początku jest chaos i taka chwiejna polityka: jak nas skrytykują, to my się cofniemy. Wszyscy – dzieciaki, rodzice, nauczyciele, a nawet eksperci zajmujący się tym problemem – stracili zaufanie do rządu.

Mówimy cały czas o komunikacji i partycypacji. Ale jak wejdziesz na stronę „Ratuj Maluchy”, to zobaczysz, że gros zarzutów dotyczy strony organizacyjnej: że szkoły nie są przygotowane, a klasy przeładowane; że źle pomyślano podstawę programową dla sześciolatków w szkole, a dla tych, które zostaną w przedszkolu, w ogóle niczego nie przygotowano. I w sumie nie wiadomo, czy to prawda, bo z prasy, NIK-u i MEN-u płyną albo sprzeczne, albo niejednoznaczne komunikaty.

Komunikaty są sprzeczne, bo każdy mówi o czym innym. Jak szkoły sprawdza NIK, to patrzy, czy są gotowe przyjąć dodatkową liczbę dzieci. Ale nie zadaje pytania, czy są przygotowane na przyjęcie konkretnie sześciolatków.

A według twojej wiedzy są?

Jest zasadnicza różnica między szkołą a przedszkolem. Szkoła wymaga od dziecka, żeby przez dłuższy czas się koncentrowało, siedziało w ławce. I tu się pojawia szersze pytanie, czy szkoła musi tak wyglądać, jak wygląda.

Podejmując decyzję o obniżeniu wieku szkolnego, trzeba było też spróbować szkołę zmienić. Ona naprawdę nie musi być taka, jak my ją pamiętamy z dzieciństwa, jak nasi rodzice ją pamiętają, a nawet nasi dziadkowie.

Dlaczego dzieciaki nie mogą siedzieć na dywanie, dlaczego musi być podział na sztywną lekcję w ławkach i przerwę? A może jest to kontrproduktywne i bez sensu? Trzeba się było nad tym zastanowić i albo bardziej przygotować dzieci do szkoły takiej, jaka jest, albo przygotować lepiej szkoły na przyjęcie młodszych dzieci. Nie zrobiono ani jednego, ani drugiego. Nie wykorzystano potencjału tkwiącego w tej reformie – potencjału radykalnej zmiany tego, jaka jest polska szkoła. Ale to, jak ja sobie wyobrażam dobrą szkołę i jak bardzo ta wizja odbiega od szkoły obecnej, to jest trochę inna rozmowa.

Pomimo tych wszystkich zastrzeżeń wspierałeś tę reformę. Dlaczego właściwie?

Identyfikowałem się z jej celem, którym jest wzrost uprzedszkolnienia i zmniejszenie nierówności społecznych i edukacyjnych. Traktuję ją jednak jako pewien kompromis. Bo tak naprawdę, żeby zwiększyć dostęp do publicznej edukacji w Polsce, wcale nie trzeba było obniżać wieku szkolnego.

Można było zbudować więcej przedszkoli.

I dać im subwencję z budżetu. Zapewnić w ten sposób miejsca w przedszkolach dla wszystkich dzieciaków i właśnie tam prowadzić działania kompensacyjne, które by pozwalały dzieciom z deficytami nadrobić zaległości i dorównać do średniej. Bo to tu jest największa przepaść.

Dane Instytutu Badań Edukacyjnych na temat dostępu do przedszkoli są następujące: spośród trzylatków z rodzin z wyższym wykształceniem 60 procent idzie do przedszkola. W rodzinach z wykształceniem podstawowym – zaledwie 3 procent! Potem różnice między tymi dziećmi już tylko się pogłębiają. Ale rząd się nie zdecydował na taki ruch, żeby nie zwiększać nakładów na edukację. Jakimś kompromisem więc mogło być wysłanie sześciolatków do szkół i zwolnienie tych miejsc dla dzieci młodszych.

Co w sumie i tak nie do końca się do udało, bo obowiązek przedszkolny dla pięciolatków spowodował, że jeszcze bardziej brakuje miejsc dla trzy- i czterolatków.

To się niestety zdarza przy źle planowanych interwencjach publicznych, że skutki są odwrotne od zamierzonych.

Wiedząc to wszystko, warto jeszcze o tę reformę kruszyć kopie? Doradzałbyś rządowi mimo wszystko przeprowadzenie jej? No i jak to teraz zrobić, przy takim oporze społecznym?

Gdybym chciał tę reformę jeszcze ratować, to zacząłbym od zrobienia tego, czego nie zrobiono wcześniej – czyli przedyskutowania z rodzicami, nauczycielami i samorządowcami, na jakich warunkach gotowi byliby ją poprzeć. Wzorem, jak reagować na tego rodzaju kryzys, jest sprawa ACTA. Też próbowano przyjąć tę dyrektywę zupełnie bez rozmowy ze społeczeństwem i kluczowymi aktorami. Masowe protesty sprawiły, że postanowiono przyjrzeć się, jak do tej pory wyglądał proces konsultacji, uruchomiono go ponownie. To było już trochę późno, ale mimo wszystko dało czas do namysłu. Próbowano coś naprawić.

Przy sześciolatkach w ogóle nie było takiego momentu, w którym by pomyślano: „Zawaliliśmy to, nie włączając uczestników w proces decyzyjny”. To Tusk i Szumilas cały czas podejmują decyzje i je zmieniają – jak sondaże pokazały, że poparcie dla Platformy spadło, to powiedzieli, że do szkoły pójdą nie wszystkie dzieci, tylko połowa rocznika. Bo może chociaż rodziców tej drugiej połowy odzyskają. Ale nie odzyskają, bo rodzice są naprawdę sfrustrowani, już niezależnie od tego, czy ich dzieci pójdą do tej szkoły czy nie pójdą. Dzieci z kilku roczników żyją w chaosie. Pójdą do szkoły, czy zostaną w przedszkolu? Dla nich to jest absolutnie przełomowy moment w życiu.

A jaką decyzję podjęliście z żoną w sprawie waszego syna?

Zostanie w przedszkolu, tak jak niemal wszyscy jego koledzy z grupy. Najpierw się dowiedzieliśmy, że na pewno pójdzie do szkoły jako sześciolatek. I miał tam trafić z przyjaciółmi z grupy. Potem rodzice usłyszeli, że mają wybór. Większość nie była w stanie go dokonać, więc łatwiej było zostawiać wszystko tak, jak jest. A nam zależało, żeby nie przerywać za szybko relacji, jakie nawiązał w przedszkolu.

Ale nie wiem, czy to nazwać decyzją. To jest klasyczny przykład uszczęśliwiania rodziców na siłę. Prawo wyboru w takiej sprawie to czysta fikcja.

Dlaczego?

Bo zależy od dostępu do informacji, kapitału kulturowego i gotowości do tego, żeby wziąć na siebie odpowiedzialność. Świadomą decyzję mogą podjąć tylko ci rodzice, którzy potrafią dotrzeć do psychologa, który pogłębi diagnozę ich dziecka, nie opierają się tylko na tym, co powie pani w przedszkolu – a to nie jest większość. W tym przypadku musisz się oprzeć na wiedzy ekspertów, a oni mają różne zdania w sprawie sześciolatków. Jakbyś chciała naprawdę wysłuchać wszystkich i na tej podstawie podjąć decyzję, to życzę powodzenia – wtedy dopiero zaczyna się piekło wolnego wyboru.

Dlatego większość rodziców wcale nie chce go dokonywać. Część robi to w sposób przypadkowy albo kierując się kryteriami innymi niż gotowość szkolna dziecka czy gotowość konkretnej szkoły do przyjęcia maluchów. W przypadku mniej zamożnych rodzin o wcześniejszym wysłaniu dziecka do szkoły decyduje konieczność ekonomiczna – szkoła nie kosztuje nic, a za przedszkole trzeba płacić.

Ale takiemu dziecku to chyba wyjdzie na dobre? Jarosław Makowski i Aleksandra Kaniewska z Instytutu Obywatelskiego w swoim tekście w „Gazecie Wyborczej” stawiają sprawę następująco: „Ratuj Maluchy” to ruch rodziców zamożnych, którzy i tak mają możliwości, żeby zapewnić swoim dzieciom intensywny rozwój w domu i prywatne przedszkole z ambitnym programem. Dla dzieci z rodzin uboższych, z prowincji czy wykluczonych społecznie obowiązkowa wcześniejsza szkoła jest jedyną szansą na rozwój.

To nie jest takie proste. Pierwsze pytanie: do jakiej klasy takie uboższe dziecko trafi. Cały dramat z tą reformą polegał na tym, że dopuszczono powstawanie klas mieszanych, gdzie sześciolatki spotykają się z siedmiolatkami. Dziecko z uboższej rodziny w takiej klasie ma dużo mniejsze szanse na rozwój niż to, które zostanie w przedszkolu. Może się w pewnych obszarach rozwinie, ale jego umiejętności zaistnienia w grupie zostaną stłumione.

Z punktu widzenia wyrównywania możliwości edukacyjnych ważne jest to, żeby dzieci ze środowisk z mniejszym kapitałem czy z jakimiś deficytami jak najszybciej trafiły do publicznego systemu edukacji. Ale to nie szkoła ma znaczenie, tylko przedszkole!

Ważniejsze jest, czy one trafią do przedszkola w wieku lat trzech, niż czy do szkoły w wieku lat sześciu. Gdyby wybór był taki, że te dzieci zostaną w domu albo pójdą do szkoły, to jasne, lepiej, żeby poszły do szkoły. Ale alternatywą jest przedszkole.

A według ciebie „Ratuj Maluchy” to rzeczywiście ruch rodziców z klasy średniej czy wyższej średniej?

Na początku tak to wyglądało. A potem ten ruch zaczął poszukiwać własnej tożsamości. Pojawiają się w nim postulaty socjalne, związane z rozumieniem, czym jest polityka społeczna na poziomie samorządu. Pewnie jak w każdym ruchu społecznym jest tam wiele różnych środowisk. Niektórzy będą bliżsi konserwatywnej wizji wychowania, zostawienia dzieci w domach, ale na pewno nie wszyscy. Tak jak nie cały ruch ciągnie do Platformy Oburzonych.

Pytam o to, bo moje wyobrażenie było właśnie takie: raczej konserwatywni rodzice, w ogóle niechętni publicznej oświacie i „wtrącaniu się” państwa w wychowanie ich dzieci. Ale obejrzałam ich stronę internetową i to nie jest takie proste. Elbanowscy wzywają na przykład do protestu przeciwko likwidacji publicznych przedszkoli i szkół. Jeśli chcą zniesienia obowiązku przedszkolnego dla pięciolatków, to dlatego, że bez publicznych, dostępnych przedszkoli on jest trochę fikcją.

Jeśli hasłem „Ratuj Maluchy” będzie przedszkole dla wszystkich trzylatków zamiast szkoły dla sześciolatków, to ja się do nich od razu zapiszę! Natomiast Elbanowscy przeciwstawili się samym celom tej reformy. Ich początkowa narracja nie brzmiała: „Zróbmy to inaczej”, tylko: „Nie róbmy tego, bo to głupie”. I to było fatalne, bo uruchomiło dynamikę, w której ministerstwo uznało, że ma przeciwnika, który stawia sobie zupełnie inne cele, i było jeszcze mniej chętne do jakiekolwiek dialogu.

Ale oczywiście – kto ma kogo zapraszać do dialogu? Ruch społeczny ministerstwo czy ministerstwo ruch społeczny? Wracamy do problemu, że to decydenci powinni zadbać o to, żeby z tymi ludźmi rozmawiać.

A ty jak byś z nimi rozmawiał? Jak byś ich przekonywał mimo wszystko do tej reformy?

Zacząłbym od opowiedzenia, po co w ogóle ją robimy. Pokazałbym, że system edukacyjny nigdy nie jest neutralny wobec nierówności społecznych. Albo je zmniejsza, albo zwiększa, a nawet jeśli ich nie zmienia, to odpowiada za ich reprodukcję, czyli odtwarzanie. My chcemy, żeby je zmniejszał, bo to jest korzystne i dla tych bardziej uprzywilejowanych, i dla tych mniej. Bo nierówność jest czymś takim jak przemoc – zmienia zarówno osobę, która ją stosuje, jak i tę, która jest jej poddawana. Wpuszczenie nierówności do szkół to wpuszczenie do nich rywalizacji, takiej bezwzględnej, totalnej: o oceny, o uwagę nauczyciela, o bycie w „lepszej” albo „gorszej” klasie. A zmniejszanie nierówności, oprócz tego, że jest korzystne, nie odbywa się niczyim kosztem – wszystkie badania pokazują, że jeśli mieszamy dzieci z różnymi zasobami, to te z większymi na tym nie tracą, a te z mniejszymi zyskują.

Powiedziałbym też uczciwie, że robimy tę reformę po to, żeby zwiększyć w Polsce uprzedszkolnienie. A później zapytałbym rodziców, nauczycieli, związkowców, samorządowców o ich obawy, potrzeby i zaprosił do wspólnego planowania tej reformy. MEN wykazał się brakiem podstawowych umiejętności komunikacyjnych: zadawania otartych pytań i słuchania ze zrozumieniem.

 dr Przemysław Sadura – socjolog (Instytut Socjologii UW), członek zespołu Krytyki Politycznej.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij