Kraj

„W czasie kryzysu wolny rynek nie działa”. Jak prywatna ochrona zdrowia (nie) walczy z koronawirusem

Fot. flickr.com/CC0, edycja KP

Chcesz sobie zrobić test na koronawirusa? Prywatna klinika umożliwi ci to za odpowiednią opłatą. Chorujesz na COVID-19? Prywatna klinika odeśle cię do publicznego szpitala.

Przyszedł koronawirus i wyrównał. Dziś zarówno posiadacze najdroższych luxmedowskich pakietów, jak i osoby korzystające z publicznej ochrony zdrowia muszą liczyć się z tym, że drzwi wielu specjalistycznych poradni i gabinetów będą w najbliższych tygodniach/miesiącach zamknięte.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się więc wydawać, że koronawirus ustawia pacjentów w jednym szeregu. Główny Inspektorat Sanitarny i minister zdrowia w zaleceniach apelują, by odłożyć w czasie wszystkie możliwe operacje i wizyty specjalistyczne, niezależnie od tego, czy są one opłacane z prywatnych kieszeni, czy z puli NFZ-u, oraz by wszyscy lekarze niezaangażowani bezpośrednio w walkę z COVID-19 ograniczyli swoją pracę do konsultacji online.


Dla prywatnych placówek zdrowotnych telemedycyna oznacza spadek dochodów za badania czy świadczenia wykonywane w gabinetach lekarskich i na salach operacyjnych. Ale w dobie kryzysu kreatywny biznes może próbować te straty nadrobić. Jak? Na przykład proponując klientom „testy na obecność koronawirusa”. Wykona je m.in. krakowski prywatny Szpital Dworska. Za jedyne 150 zł.

Z tym, że jeśli wynik testu okaże się pozytywny, nosiciel Sars-CoV-2 i tak trafi od razu do publicznego systemu opieki zdrowotnej, niezależnie od zasobności swojego portfela. Niepaństwowym placówkom leczniczym prowadzenie oddziałów zakaźnych i ratowanie zarażonych zwyczajnie się nie opłaca. Podobnie, jak mówienie prawdy.

Polski system ochrony zdrowia idzie na wojnę

czytaj także

Test testowi nierówny

Lęk wywołany doniesieniami o rosnącej liczbie zakażeń i zgonów wywołanych koronawirusem, a także problemami z dostępnością testów i aparatury ratującej życie pacjentów z trudnym przebiegiem choroby to podatny grunt na manipulację. Niedawne ogłoszenie zamieszczone przez krakowską placówkę medyczną na Facebooku nie tylko w opinii komentujących cynicznie to wykorzystuje, bowiem Szpital Dworska wbrew podanym w reklamie informacjom badań na obecność groźnego wirusa wcale nie przeprowadza.

Dowiadujemy się tego jednak dopiero po odwiedzeniu oficjalnej witryny placówki, gdzie widnieje opis szybkiego testu immunochromatograficznego do badań przesiewowych (serologicznych), czyli wykrywającego nie Sars-CoV-2, lecz przeciwciała w „zaledwie 10-20 minut”.

W naszym szpitalu jest możliwość wykonania testu na obecność koronawirusa COVID-19‼️💉Wszystkich zainteresowanych…

Opublikowany przez Szpital Dworska Wtorek, 24 marca 2020

Obecnie prowadzona na oddziałach zakaźnych diagnostyka koronawirusa opiera się na wynikach molekularnych testów PCR. Jest to – jak na razie – jedyna metoda spełniająca laboratoryjne kryterium potwierdzenia przypadku COVID-19, którą akceptuje Światowa Organizacja Zdrowia (WHO). To ją również rekomenduje prof. dr hab. n. med. Katarzyna Dzierżanowska-Fangrat, polska konsultant krajowa w dziedzinie mikrobiologii lekarskiej.

Metoda PCR polega na pobraniu wymazu z górnych dróg oddechowych, a następnie przeanalizowaniu go w laboratoriach, gdzie specjaliści sprawdzają, czy wirus jest obecny w organizmie. Jak poinformował na swoim Twitterze minister zdrowia Łukasz Szumowski, obecnie w Polsce funkcjonuje 46 miejsc, w których takie badania są przeprowadzane, co oznacza, że w bieżącym tygodniu „osiągniemy wydolność 5 tys. testów na dobę”.

W ocenie ekspertów i lekarzy to wciąż za mało, by uporać się z epidemią, zwłaszcza, że w kwietniu ma nastąpić apogeum zachorowań. Doświadczenia różnych krajów pokazują, że choć samo testowanie jest uważane za bezwzględnie konieczne (to samo powtarza WHO w słynnej już frazie „testy, testy i jeszcze raz testy”), to już w kwestii jego metodologii panuje konsternacja. A tę próbuje od czasu do czasu wykorzystać prywatny sektor usług zdrowotnych.

– Sprawa z punktu widzenia etycznego jest dosyć prosta. Podstawą do tego, żeby wykonać badanie diagnostyczne czy przeprowadzić leczenie, jest świadoma zgoda pacjenta. Oznacza to, że każda osoba decydująca się na skorzystanie ze świadczenia medycznego musi uzyskać na jego temat rzetelną i zrozumiałą informację. Jeżeli – tak, jak w tym przypadku – komunikat nie jest do końca zgodny z powyższymi wymaganiami, wówczas mamy do czynienia z wprowadzeniem pacjenta w błąd – mówi prof. Paweł Łuków, kierownik Zakładu Etyki Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego.

– Wprawdzie nie dostrzegam zasadniczego problemu w tym, że prywatne podmioty lecznicze udostępniają testy, które wykrywają przeciwciała wirusa, a nie jego obecność, ale potencjalni nabywcy tej usługi powinni wiedzieć, że tak właśnie jest. Tego typu informacje należy podawać w sposób niebudzący wątpliwości, bezpośredni, czyli – jak mówią obowiązujące przepisy – przystępny, a nie pisany drobnym druczkiem czy niezbyt klarowny – dodaje Łuków.

Testy instant 

W momencie, gdy precyzyjne, lecz drogie (od 400 do 500 zł) testy PCR pozostają trudno dostępne, pojawiają się propozycje, by na większą skalę wprowadzić prostszą w obsłudze diagnostykę przesiewową, której koszty zaczynają się od kilkudziesięciu złotych. W dodatku niektóre z nich można wykonać samodzielnie w domu lub w prywatnej placówce diagnostycznej.

Takie rozwiązanie w minioną sobotę zatwierdziła np. amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA), zezwalając „stosowanie w sytuacjach awaryjnych” testów diagnostycznych Xpert Xpress SARS-CoV-2 od firmy Cepheid. Będą one udostępniane w placówkach opieki zdrowotnej i wykonywane na miejscu – bez konieczności wysyłania ich do laboratorium i oczekiwania na wynik.

W Polsce zakup testów przesiewowych rozważa ministerstwo zdrowia, którego rzecznik Wojciech Andrusiewicz oznajmił niedawno, że resort wstrzymuje się z podjęciem ostatecznej decyzji do momentu, gdy badania otrzymają pozytywną opinię szpitali zakaźnych. Jednocześnie oferty przeprowadzania takiej diagnostyki zaczynają coraz liczniej oferować prywatne placówki ochrony zdrowia.

Prof. Katarzyna Dzierżanowska-Fangrat: „Z uwagi na niewystarczającą ilość danych dotyczących m.in. dynamiki odpowiedzi immunologicznej na zakażenia oraz wartości diagnostycznej dostępnych testów do wykrywania przeciwciał w klasie IgM/IgG [czyli rodzaju szybkich testów diagnostycznych – przyp. red.], aktualnie nie zaleca się stosowania testów serologicznych w celach diagnostycznych”. Krajowa konsultantka mikrobiologii lekarskiej nalega też, by dopuszczać wyłącznie testy genetyczne i metody molekularne.

Wojciech Konieczny, senator Lewicy i dyrektor Miejskiego Szpitala Zespolonego w Częstochowie. – Testy immunologiczne, które wykrywają dwa typy przeciwciał w grupach gG i gM, nie są złe. Mają jedynie pewne ograniczenia, które polegają na tym, że przeciwciała pojawiają się we krwi czy surowicy mniej więcej w trzeciej dobie od wystąpienia objawów. Test jest więc miarodajny dopiero w przypadku zbadania osoby, która ma trwające już jakiś czas objawy, np. gorączkę i kaszel, oraz była co najmniej kilkanaście dni wcześniej narażona na kontakt z zakażonym. Dopiero u takiego pacjenta można wykryć przeciwciała i stwierdzić obecność koronawirusa lub innych schorzeń – zaznacza Konieczny, wyjaśniając dodatkowo, że ta metoda pozwala po prostu sprawdzić, czy organizm wygenerował odporność na Sars-CoV-2.

Konieczny: Wprowadzenie stanu wyjątkowego jest wysoce prawdopodobne, a w polskich warunkach wydaje się wręcz konieczne

– Można więc powiedzieć, że pewny jest tylko wynik pozytywny, wskazujący na to, iż ktoś już choruje lub też chorował, a więc nabył odporność na wirusa, który nie stanowi już dla niego zagrożenia. Błędem jest niestety obarczony wynik negatywny. Jeśli przykładowo do oddziału zakaźnego zgłasza się osoba, która informuje, że miała kontakt z nosicielem wirusa wczoraj czy nawet parę dni temu i odnotowała u siebie pierwsze objawy, prawdopodobnie jej organizm nie zdążył jeszcze wytworzyć przeciwciał. W badaniu przesiewowym nie zostaną one tym samym wykryte, co nie oznacza jednak, że pacjent nie może już zarażać innych – wyjaśnia Konieczny.

Jego zdaniem testowanie serologiczne ma sens zwłaszcza wśród pracowników medycznych. Dzięki niemu można precyzyjniej monitorować stan zdrowia personelu i zarządzać personelem ratującym życie ludzie w szpitalach.

Exodus pielęgniarek gorszy od exodusu menadżerów

– Uważam, że te badania są potrzebne i podejrzewam, że będą one wkrótce wykonywane na większą skalę, ponieważ laboratoria już zaczynają to robić. Jestem daleki od krytyki jakości tej metody, ale uczulam placówki, które podejmują się takiego rodzaju diagnostyki, by jasno i precyzyjnie informowały pacjentów, jakie są ograniczenia i czułość testów. Każdy z nich jest pożyteczny, jeśli używa się go prawidłowo, w przypadku odpowiedniego pacjenta, w odpowiednim czasie i w ramach zaleceń lekarza oraz przesłanek, które są obiektywnie konieczne dla ochrony ludzkiego zdrowia i życia – zaznacza polityk.

Koronawirus: epidemia paniki vs. epidemia ignorancji

Test portfela

Konieczny jak wielu innych ekspertów podkreśla, że to lekarz powinien decydować poddaniu danego pacjenta testom na obecność wirusa. Tymczasem od momentu wybuchu epidemii w Polsce nawet w przypadku badań PCR personel medyczny napotykał ogromne ograniczenia ze strony resortu zdrowia, NFZ i Głównego Inspektora Sanitarnego, wydających rozporządzenia epidemiologiczne.

– Wokół diagnostyki COVID-19 krążyło i wciąż krąży sporo nieprawidłowości i sztucznych obostrzeń, których całkowicie nie rozumiem. Przykładowo warunki, jakie bezwzględnie musiał spełnić pacjent, by zostać przebadanym, to: pobyt we Włoszech czy Chinach, obecność gorączki i na pewno stwierdzony kontakt z zarażonym. To bardzo krępowało lekarzy i zabierało autonomię diagnostyce. Moim zdaniem od początku powinno być tak, że badania są zlecane przez lekarzy tym, którzy ich potrzebują. Zdaję sobie sprawę, że testów było za mało, a nasz system nie przygotował się odpowiednio na walkę z koronawirusem. Rząd i ministerstwo zdrowia powinni jednak jak najszybciej dążyć do sytuacji, w której każdy, kto wymaga skierowania na badanie, powinien mieć je wykonane. Nieważne, czy wykorzysta się przy tym metodę immunologiczną czy PCR – mówi Konieczny.

Czy testy powinny być przeprowadzane przez prywatne podmioty i szpitale? Gdy w przestrzeni publicznej pojawił się pomysł, by dostępność testów była powszechna, ale – przynajmniej częściowo – ograniczona opłatami, wielu reprezentantów środowiska medycznego gorąco przeciwko takim rozwiązaniom zaprotestowało. Komercjalizacja badań byłaby bowiem równoznaczna z żerowaniem na ludzkim strachu, a dodatkowo dzieliłaby i tak rozwarstwione dochodowo polskie społeczeństwo. Z testu skorzystaliby najbogatsi obywatele i obywatelki oraz hipochondrycy gotowi wydać ostatnie pieniądze na pozbycie się lęku przed chorobą.

– Nierówności w dostępie do usług medycznych w dobie pandemii mogą się pogłębiać, a na pewno – będą się uwidaczniać. Dostęp do ochrony zdrowia od kilku lat coraz bardziej różnicuje się ze względu na to, czy ktoś korzysta z usług publicznych, czy ma wykupione dodatkowe ubezpieczenia. Wiemy, że system wspierany przez państwo od dawna cierpi z powodu ogromnej niewydolności, ale w czasach „spokoju” cały czas wierzymy, że jakoś sobie mimo wszystko poradzi. Tymczasem osób leczących się poza NFZ-em przybywa. W obliczu kryzysu okazuje się, że tak naprawdę nikt nie jest wystarczająco chroniony – nawet pacjent z wykupionym abonamentem, choć na pewno nadal znajduje się on w lepszym położeniu niż osoba bez odpowiednich zasobów finansowych – zauważa prof. Paweł Łuków.

Robimy „rozpoznanie bojem”, bo na tę epidemię nie ma algorytmu

Wojciech Konieczny jest przekonany, że polski rząd musi położyć największy nacisk na zaopatrzenie w testy i narzędzia diagnostyczne pracowników publicznych placówek zdrowia, poddawać obowiązkowym i regularnym badaniom personel medyczny, najbardziej narażony na kontakt z koronawirusem.

– Polski sektor prywatny od zawsze był nastawiony na zyski i wykonywał głównie te świadczenia, które się opłacają. Jeśli więc testy na koronawirusa okażą się dochodowe, a zapewne tak będzie, placówki nieobjęte kontraktem NFZ chętnie włączą je do swojej oferty i uczynią z tego swój główny w trakcie epidemii biznes, co nie jest żadnym zaskoczeniem, bo diagnostyka uchodzi za najbardziej dochodowy obszar pracy medycznej. Gorzej z leczeniem pacjentów i ponoszeniem ogromnych, związanych z nim kosztów. Tu samodzielnego zaangażowania sektoru prywatnego nie uświadczymy. Prywatne placówki nie są przygotowane na epidemię, bo w przeszłości koncentrowały się wyłącznie na tych działaniach, które w medycynie wycenia się najwyżej. SOR-y czy oddziały zakaźne nie należą do tej grupy. Jednostki publiczne będą więc musiały ogromną część, a w zasadzie całość tej walki wziąć na siebie – wskazuje nasz rozmówca.

Nawet historyczny kryzys COVID-19 nie przyniósł opamiętania w PiS-ie

Ta straszna nacjonalizacja

Czy może się okazać, że koronawirus na tyle sparaliżuje polską ochronę zdrowia, że konieczne będzie przejęcie prywatnych szpitali i klinik przez państwo? O coraz bardziej realnej nacjonalizacji tych placówek od tygodni mówi m.in. poseł Razem Adrian Zandberg. W rozmowie z „Super Expressem” Zandberg stwierdził, że „mobilizacja środków znajdujących się pod kontrolą prywatną” to coś, co rząd musi wziąć pod uwagę przy opracowywaniu planów ratunku dla kraju. Na taki ruch zdecydowały się już inne państwa europejskie, m.in. Wielka Brytania, Irlandia czy Hiszpanii.

Socjaldemokratyczny rząd hiszpański zaraz po wprowadzeniu stanu zagrożenia epidemicznego zdecydował, by prywatne placówki i lekarze poddać kontroli centralnej, co wielu przeciwników uznało za zamach na wolny rynek i dowód, że „wicepremier Pablo Iglesias z partii Podemos zmierza do całkowitej nacjonalizacji i sieje strach wśród przedsiębiorców”.

Trudno się jednak dziwić tej decyzji, skoro tamtejszy publiczny system medyczny jest przeciążony i niedoinwestowany. Hiszpania w ochronę zdrowia inwestuje dziś niecałe 9 proc. PKB (dla porównania Niemcy blisko 12 proc.), z roku na rok drastycznie ubywa lekarzy, szpitali i łóżek, a jednocześnie rośnie liczba obywateli ubezpieczonych dodatkowo i prywatnie. Co trzeci Hiszpan lub Hiszpanka płaci dziś za leczenie, co nie rozwiązuje problemów z dostępem do świadczeń medycznych, a w dobie pandemii prowadzi do tragedii.

Czy NFZ się zawali? 

Sytuacja w Hiszpanii przypomina realia w Polsce, gdzie mamy do czynienia z pogorszeniem usług publicznych i drugą falą tzw. cichej prywatyzacji. Historyczny rekord pod względem ucieczek z NFZ padł w 2018 roku, w którym liczba Polek i Polaków objętych dodatkowym ubezpieczeniem zdrowotnym wzrosła do 2,6 mln.

Dziś okazuje się, że w starciu z koronawirusem nawet najdrożej ubezpieczeni nie są bezpieczni.

Ochrona zdrowia pod rządami PiS-u. Druga fala prywatyzacji i jej skutki

– Polski system opieki zdrowotnej bez epidemii był wysoce niewydolny, więc oczywistym jest, że teraz znajdzie się w jeszcze bardziej dramatycznej sytuacji. Czy ów dramat będzie mieć zakres akceptowalny? Wszystko zależy od tego, jak rozwinie się epidemia. Obecnie wszelkie działania izolacyjne mają spowodować wolniejsze rozprzestrzenianie się choroby właśnie po to, żeby publiczna ochrona zdrowia była w stanie „jakoś” udźwignąć kryzys i po prostu nagle nie padła zupełnie – mówi Konieczny i dodaje, że włączenie do systemu pomocowego prywatnych szpitali wydaje się w takiej sytuacji nieuniknionym rozwiązaniem.

Póki co ministerstwo zdrowia o takich planach nie informuje. Prezes NFZ zaoferował jak dotąd, że prywatne firmy świadczące usługi transportu sanitarnego mogą dostać 720 zł za każdą dobę gotowości do pracy, zaś prywatne placówki medyczne dostaną dostaną 420 zł za każdy dzień hospitalizacji pacjenta z COVID-19.

– Tymczasowe przejmowanie prywatnych szpitali czy nawet hoteli do kwarantann to akt desperacki, ale usprawiedliwiony. Jeśli w pewnym momencie pojawią się ogromne deficyty lekarzy, sprzętu i łóżek, decyzje tego rodzaju powinny zapadać natychmiastowo, choć oczywiście w sposób przemyślany. W sytuacjach wyjątkowych sięga się po wyjątkowe środki zaradcze. Pytanie, czy my już teraz jesteśmy w tak dramatycznym położeniu – mówi prof. Paweł Łuków.  – Nie ulega wątpliwości, że władze publiczne powinny mieć plan na rozmaite scenariusze, także ten najgorszy. Jeśli rząd przewiduje rychłe załamanie i niewydolność publicznej ochrony zdrowia, a ta jest przecież w kryzysie od lat, to powinien już teraz uprzedzić wszystkich, od których może wymagać dodatkowego wysiłku i wsparcia, by byli gotowi do działania – kończy.

Wojciech Konieczny z kolei stawia na bardziej zdecydowane kroki. – Moim zdaniem należy już teraz przejmować wszystkie zasoby prywatnych szpitali i świadczeniodawców, jakie są dostępne w Polsce. Czekanie na to, aż powtórzymy scenariusz Włoch czy Hiszpanii jest złym posunięciem. Mamy przykłady pokazujące, jak rozprzestrzenia się Sars-CoV-2, możemy wyciągnąć z nich lekcję. Chodzi o to, żebyśmy wyprzedzili koronawirusa. Jeżeli już dzisiaj przygotujemy jak największą część szpitali prywatnych na to, że zostaną włączone do systemu walki z koronawirusem na poważnie, a nie tylko diagnostycznie, to strat w ludziach nie będziemy musieli liczyć w tysiącach – apeluje.

– Widać, jak na dłoni, że w kryzysie wolny rynek nie działa, a posiadanie sprawnych usług publicznych jest jedynym skutecznym planem ratunkowym dla społeczeństwa. To moment, w którym sektor prywatny powinien udowodnić swoją przydatność, skoro tak często słyszeliśmy ze strony jego zwolenników, że ma niepodważalną rację bytu i jest nieodzownym elementem systemu całej opieki zdrowotnej w Polsce – podsumowuje senator Lewicy.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Paulina Januszewska

| Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.