Kraj

PiS równa się drożyzna

PO celnie trafia ze swoim hasłem, którego podstawowym celem jest wtłoczenie do umysłów Polaków przekazu, że za wzrost cen odpowiada PiS. I nawet jeśli drożyzna nie zniknie po ewentualnym przejęciu władzy przez opozycję, to będą to już problemy wygranych.

Być może jeszcze za wcześnie na pochwały, bo przecież nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę pokaże dobrą godzinę, ale jednak wygląda na to, że Platforma Obywatelska powoli zaczyna coś z polityki rozumieć. A przede wszystkim rozumieć przyczyny własnej porażki. A dowodem tego hasło „PiS = drożyzna”.

Przez wiele poprzednich lat PO z jednej strony odżegnywała się od populizmu, jako partia rzekomych technokratycznych specjalistów od gospodarki, a z drugiej stosowała boomersko neoliberalny populizm, który non stop trafiał w próżnię.

Wolne sądy, druga Wenezuela, obrona demokracji, Kaczyński dyktator, a mury runą, runą – wszystkie te wzmożone hasła, które potrafiły wyprowadzać na ulice tłumy, nie miały jednak przełożenia na pokonanie Prawa i Sprawiedliwości. Obsługiwały bowiem emocje bliskie tylko elektoratowi opozycji i paradoksalnie nawet PiS wzmacniały, bo pozwalały budować ostre podziały. Bo co to za wyczyn pokazać PO jako libków, którzy coś tam brzęczą o sądach, w końcu są po prostu oderwaną od koryta elitą.

Kto tak naprawdę traci na wysokiej inflacji?

Tymczasem hasło „PiS = drożyzna” jest populizmem innego rodzaju. Jest populizmem w stylu stricte PiS-owskim – z Kaczyńskim stojącym z kanistrem i pokazującym ceny benzyny. Istotą populizmu, który dał PiS-owi władzę w roku 2015, było skupianie się na sprawach dotyczących życia przeciętnego obywatela, dla którego kluczowe są codzienne problemy, a nie 36. reforma sądownictwa. Cały pomysł 500+ jest przecież zbudowany na takiej podstawie – oto dajemy obywatelom ulgę w ciężarach życia codziennego. I oni są zachwyceni.

Platforma Obywatelska, sięgając więc po populistyczne hasło „PiS = drożyzna”, robi dokładnie to, co w tej sytuacji zrobiłby Kaczyński. Aż przypomina się słynna debata Tuska z Kaczyńskim w 2007 roku, gdy Tusk pytał Kaczyńskiego o wzrost cen jabłek i chleba, i kurczaków.

Ba, już samo słowo „drożyzna” brzmi bardziej ludowo niż uczona „inflacja”, wobec czego na poziomie samego języka hasło „PiS = drożyzna” to celny plan propagandowy.

Rzecz jasna to nie jest tak, że PiS odpowiada za inflację – przy tym, co się obecnie dzieje na świecie, sprawa jest po prostu bardziej złożona – acz nie jest też tak, że rządzący absolutnie nic nie mogli z inflacją zrobić. Mogli choćby powoli podnosić stopy procentowe. Oczywiście byłoby to rozwiązanie krótkotrwałe. Ponadto większość polskich kredytów złotówkowych jest oparta na zmiennej stopie procentowej, co oznacza, że raty kredytów będą rosły. A im bardziej będą rosły, tym bardziej kredytobiorcy złotówkowi zaczną się czuć jak kredytobiorcy frankowi. Przy czym ci drudzy mają szanse w sądach, podczas gdy złotówkowi raczej nie bardzo.

PiS jest więc w kropce. Z jednej strony szkodzi im niezależna od nich drożyzna. Z drugiej – podnoszenie stóp procentowych zwiększy wysokość rat kredytowych wyborcom. Dlatego to tak dla polityków niebezpieczne – wyborcy nienawidzą podwyżek.

Dla polityków niebezpieczne wydaje się także to, jak drożyzna jest postrzegana. Ekonomia co do zasady jest behawioralna, a inflacja jest tego najlepszym przykładem. Propaganda PiS może pokazywać, jak wygląda drożyzna w innych krajach, od czego inflacja jest zależna, oraz zasypywać nas wykresami wzrostu płac w Polsce. Tyle że za każdym razem, gdy idziesz do sklepu i widzisz wyższe ceny, działa to na twoje emocje bardziej niż kolorowe obrazki z TVP. Wykresem wzrostu płac się raczej nie najesz. Ten sam towar kupowany jeszcze niedawno taniej jakościowo jest przecież identyczny z tym kupionym dziś, ale już drożej. I nie wiesz, dlaczego masz teraz płacić więcej. Więc czujesz się po prostu okradany. I szukasz winnego.

Dochodzi do tego jeszcze pułapka, jaką PiS zastawił sam na siebie. Przez lata wmawiał ludziom, jak to cały świat nam zazdrości, jak to Polska, pod tymi świetnymi rządami, jest niemal uniezależniona od tego zgniłego Zachodu i dzikiego Wschodu. Jak to wreszcie wstaliśmy z kolan i nikt nam nie będzie mówił, co mamy robić i jak mamy żyć. Przestawienie więc teraz wajchy na opowieść, że ojojoj, jacy jesteśmy biedni i nic nie możemy, będzie trudne.

Flis: Kluczowych wyborców nie da się zmobilizować, strasząc polexitem

Popularność PiS-u budowana była na przekonaniu, że to nie jest partia imposybilizmu. Trybunał Konstytucyjny? Szast-prast i nie ma. Uchodźcy? Wypychamy do lasu kobiety i dzieci. Strajkujące kobiety? Pałki w ruch. Po części, chociaż przykro się to czyta, taki sanacyjny porządek odpowiada na potrzeby wielu wyborców. Tyle że inflacji spałować albo wypchnąć do lasu się nie da, a Przyłębska nie może uznać, że drożyzna jest niezgodna z konstytucją.

Dlatego PO celnie trafia ze swoim hasłem, którego podstawowym celem jest wtłoczenie do umysłów Polaków przekazu, że za wzrost cen odpowiada PiS. I nawet jeśli drożyzna nie zniknie po ewentualnym przejęciu władzy przez opozycję, to będą to już problemy wygranych.

Czy trafność propagandy Tuska oznacza zmianę władzy? Niekoniecznie. To tylko i aż dobry pomysł na krytykę władzy pogrążonej w mejzowym szlamie. Do wygrania wyborów to jeszcze za mało, ale do narzucenia narracji już dużo.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Galopujący Major
Galopujący Major
Komentator Krytyki Politycznej
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej. Autor książki „Pancerna brzoza. Słownik prawicowej polszczyzny”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Zamknij