Gospodarka, Wyjaśniamy

Kto tak naprawdę traci na wysokiej inflacji?

I czy aby na pewno najzamożniejsi? Sprawdzamy.

Inflacja jest jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym gospodarczym tematem ostatnich miesięcy. A jednym z najciekawszych wątków w tej dyskusji jest to, kto na inflacji najbardziej traci.

Kilka dni temu na Twitterze departamentu analiz banku Pekao ukazała się grafika, która pokazywała, jak wygląda realna inflacja w poszczególnych grupach kwintylowych.

Wykres pokazuje: najbogatsi tracą najwięcej!

Czyżby? Najpierw kilka słów wyjaśnienia.

Na początku powiedzmy sobie, czym są grupy kwintylowe. Jeżeli weźmiemy ogół gospodarstw domowych i podzielimy je na pięć równolicznych grup, z których każda osiąga dochód większy niż poprzednia, to właśnie będą grupy kwintylowe. I tak, pierwszą grupą kwintylową będzie najbiedniejsze 20 proc. gospodarstw domowych, a piątą – najzamożniejsze 20 proc. gospodarstw domowych.

Druga sprawa to inflacja. GUS wylicza ją na podstawie informacji o ponad 230 tysiącach cen produktów i usług konsumpcyjnych na rynku. Sprawdza, które z nich wzrosły, a które spadły. I na tej podstawie wylicza wartość wskaźnika.

Ale żeby informacja była adekwatna, potrzebne jest nadanie odpowiednich wag poszczególnym grupom przedmiotów i usług. GUS takich grup wyróżnia 12, w tym między innymi: wydatki na mieszkanie, wydatki na żywność, wydatki na odzież, transport, rekreację czy kulturę. A wyróżnia je dlatego, że miesięcznie statystycznie na jedzenie wydajemy więcej niż, na przykład, na transport. To wszystko składa się na tak zwany koszyk inflacyjny.

Koszyk inflacyjny to pewien statystyczny, uśredniony konstrukt. To inflacja „statystycznego gospodarstwa domowego”. W październiku, jak zapewne duża część z was wie, inflacja była wysoka i wyniosła ona 6,8 proc.

W rzeczywistości jednak każdy z nas ma nieco inny koszyk inflacyjny, a co za tym idzie – prywatną inflację. Wynika ona z naszych przyzwyczajeń zakupowych, preferencji, aspiracji i zasobności portfela. Niektórzy jedzą więcej mięsa, a inni nie jedzą go wcale. Niektórzy kupują ubrania drogich marek, inni kupują w second-handach. Niektórzy lubią podróżować, inni wolą spędzać czas z Netflixem lub z książką.

Ale patrzenie tylko na jednostkowe przyzwyczajenia konsumpcyjne niewiele nam daje. Dopiero rzut oka z pewnego oddalenia ukazuje nam struktury konsumpcji. Dlatego właśnie możemy postarać się opisać koszyki inflacyjne, przyporządkowując je wspomnianym grupom kwintylowym. I to właśnie pokazuje nam obrazek z Twittera Pekao.

A co konkretnie pokazuje? Że… najwyższą inflację ma piąta grupa kwintylowa, czyli najzamożniejsze 20 proc. społeczeństwa. O ile wśród najbiedniejszych 20 proc. inflacja wynosi tyle, ile średnio dla całego społeczeństwa (czyli 6,8 proc.), tak wśród najzamożniejszych 20 proc. jest to 7 proc.

Inflacja inflacji nierówna

Dlaczego tak się dzieje? Wróćmy na chwilę do tego, co znajduje się w koszykach inflacyjnych. Osoby zamożniejsze na przykład średnio więcej wydają na usługi i podróże, w tym na benzynę i ropę (bo ich na to po prostu stać). Kategoria „transport” w przypadku bogatszych stanowi większą część koszyka inflacyjnego niż w przypadku biedniejszych.

A co jest jednym z głównych motorów obecnej inflacji? Otóż najszybciej drożeją ceny paliw. Od kilku miesięcy jest to wzrost zbliżony do 30 proc. rok do roku. Tutaj jednak warto pamiętać, że mamy do czynienia z czymś, co ekonomiści nazywają efektem bazy – paliwa rzeczywiście mocno drożeją, ale dzieje się to po spowodowanym pandemią bardzo mocnym spadku cen paliw z połowy zeszłego roku.

W ramach popandemicznego odbicia drożeją również usługi. Hotelarze i restauratorzy odbijają sobie po prostu fatalny zeszły sezon. I tu znowu: osoby zamożniejsze częściej korzystają z hoteli i jedzą na mieście. Według badań prof. Henryka Domańskiego w roku poprzedzającym badanie niemal 80 proc. specjalistów i kierowników wyższego szczebla było choć raz w restauracji. W przypadku robotników niewykwalifikowanych odsetek ten wynosił niecałe 40 proc.

Czy więc sprawa jest rozstrzygnięta? Czy zamożniejsi bardziej odczuwają wysoką inflację? Nie tak prędko.

Żeby skomplikować obraz, dołóżmy do tego dochody. A precyzując: dynamikę wzrostu wynagrodzeń oraz świadczeń społecznych. Na ten argument zresztą od kilku miesięcy powołuje się rząd Zjednoczonej Prawicy. Jego stanowisko można oddać następująco: wynagrodzenia rosną szybciej niż inflacja, a więc realnie i tak możemy sobie na więcej pozwolić i więcej kupić. I jest to… prawda.

Istnieje jednak kilka „ale”.

Po pierwsze, tak zwany wskaźnik waloryzacji rent i emerytur w 2021 roku wyniósł 4,2 proc. Tymczasem Komisja Europejska prognozuje ogólnoroczną inflację dla Polski na poziomie 5 proc. W gospodarstwach domowych z najniższego kwintyla dochodowego jest nadreprezentacja gospodarstw domowych rencistów i emerytów.

Płaca minimalna w 2021 roku wzrosła względem 2020 roku o 7,7 proc. To więcej niż w tym roku wyniesie inflacja. Minimalne wynagrodzenie w Polsce otrzymuje nieco ponad 9 proc. pracowników. Tymczasem nie wiemy, jak urosły pensje (i inne dochody, na przykład te z wynajmu) w grupie osób najzamożniejszych. Wiemy za to, że rosną one szybciej niż średnie pensje w gospodarce. Zwłaszcza osób z czubka drabiny dochodowej.

Rosnąca średnia pensja nie oznacza przecież, że wypłata wzrasta każdemu i o tyle samo. Zobaczymy to, kiedy zapytamy, ile osób realnie otrzymało danego roku podwyżki. Według portalu ciekaweliczby.pl było to jedynie 36 proc. Polaków. Co oznacza, że 64 proc. ich nie dostało, czyli dużej części z nas pensje wcale nie rosną.

Zastanówmy się teraz nad jeszcze jedną kwestią. Co w zasadzie oznacza „odczuwać inflację”? Zróbmy pewien eksperyment myślowy. Otóż wyobraźmy sobie, że jesteśmy milionerami. W takim wypadku dla naszego codziennego funkcjonowania nieszczególne znaczenie ma inflacja nawet 20-procentowa. Wciąż stać nas na konsumpcję (i poziom życia) na wcześniejszym poziomie. Jeśli jesteś milionerem, inflacja przekłada się może na twoje plany inwestycyjne i powoduje topnienie oszczędności (o ile trzymasz je w banku), ale nie ma większego przełożenia na twój codzienny dobrostan.

Inflacja to mniejsze zło

Co jest więc kluczowe, żeby zrozumieć wykres Pekao?

Tak zwany dochód do dyspozycji. Oraz to, ile zostaje nam na koniec miesiąca. I tu z pomocą przychodzi nam Główny Urząd Statystyczny. W 2020 roku przeciętny dochód rozporządzalny na jedną osobę w gospodarstwie domowym należącym do 20 proc. najzamożniejszych gospodarstw domowych (piąta grupa kwintylowa) wynosił około 3730 zł. W pierwszej: 670 zł.

20 proc. najzamożniejszych miało ponad pięciokrotnie wyższy dochód na osobę w gospodarstwie domowym niż 20 proc. najbiedniejszych!

Jest jeszcze jeden bardzo ważny element tej układanki. Chodzi o wydatki. Otóż 20 proc. najzamożniejszych wydawało 1930 zł, a więc dysponowało sporym luzem, który mógł być przeznaczany na oszczędności lub inwestycje. Najbiedniejsi wydawali 850 zł na głowę. Ich wydatki były więc większe niż dochody.

Prawdopodobnie jest to związane z zapożyczaniem się u rodziny i braniem chwilówek (jak wspomniałem, wśród najbiedniejszych 20 proc. gospodarstw domowych jest nadreprezentacja rencistów, emerytów i rodzin wielodzietnych).

Podsumujmy to, co wiemy do tej pory. Będąc w górnych 20 proc., mogłeś nawet nie dostać podwyżki w ostatnim roku, ale mimo to nadal możesz mieć na koniec miesiąca luźną gotówkę, która uratuje cię od pogorszenia jakości życia w przypadku inflacji. Ale jeśli jesteś w dolnym kwintylu, to nawet jeśli twoja renta czy emerytura zostały zwaloryzowane, wciąż masz co miesiąc większe wydatki, niż wynosi twój dochód.

Wydaje się więc, że najważniejszym czynnikiem, który powoduje, że inflacja przekłada się na dobrostan człowieka, jest właśnie ten finansowy „luz” pod koniec miesiąca. Lub jego brak.

Tracą ci, co zwykle

To oczywiście nie oznacza, że zamożniejsi w ogóle nie czują inflacji. Wysoka inflacja może łączyć się ze skromniejszymi prezentami na święta, z zaciskaniem pasa, odmówieniem sobie wycieczki zagranicznej albo odłożeniem planów na remont mieszkania czy wymianę auta na nowsze.

W przypadku najbiedniejszych oznacza coś zgoła innego: rezygnację z wydatków na wiele podstawowych wygód albo powiększenie pętli kredytowej.

Tak, inflacja na obecnym poziomie jest już niebezpieczna dla gospodarki i jest odczuwalna przez znaczną część społeczeństwa. Ale – jak zwykle – najbardziej odczuwają ją ci, którzy i tak na co dzień mają ciężko. Najbiedniejsi.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kamil Fejfer
Kamil Fejfer
Publicysta ekonomiczny
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: „O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia chociaż więcej pracuje” oraz „Zawód”.
Zamknij