Kraj

Odkąd Razem jest w Sejmie, wreszcie słychać nasz głos [rozmowa]

Jest w Polsce elektorat, który ciągle szuka identyfikacji politycznej. Razem wychodzi do niego z różnymi tematami. Jesteśmy jedyną siłą, która jednocześnie mówi o sprawiedliwości społecznej i wyrównywaniu szans, ale także o prawach mniejszości – mówią w rozmowie Jakuba Majmurka członkowie nowego zarządu partii Razem, Paulina Matysiak i Bartosz Grucela.


Jakub Majmurek: Jesteście członkami nowego zarządu Razem, w którym nie ma Macieja Koniecznego, Marceliny Zawiszy, Adriana Zandberga. Co się stało? Zandberg przestał być liderem Razem?

Bartosz Grucela: Adrian, Maciej, Marcelina dalej będą liderami środowiska i całej lewicy. My po prostu mamy w Razem zasadę kadencyjności – na każdym szczeblu władz. Te osoby zakończyły dopuszczalną liczbę kadencji z rzędu. Teraz są naszymi reprezentantami w parlamencie. Adrian jest z kolei w Prezydium Rady Krajowej partii.

Paulina Matysiak: Mogą odczekać dwa lata i wrócić do zarządu. Ta zasada jest o tyle fajna, że daje szanse na wejście do zarządu partii kolejnym osobom. To pozwala nam budować kadry wewnątrz organizacji. Daje szansę nowym osobom na przebicie się z ich pomysłami i wizją partii.

Czy sytuacja, gdy osoby kojarzone jako głos Razem są poza władzami partii, a na jej czele stoi komitet złożony w większości z nieznanych postaci, nie będzie kompletnie niezrozumiała dla wyborców?

P.M.: Nie, myślę, że nie. Razem od początku stawiało na wspólne, kolektywne zarządzanie.

Radykałowie? Komuniści? Nie – Razem to zwyczajna europejska socjaldemokracja

Zarząd partii parlamentarnej nie powinien być w parlamencie? Paulina jest jedyną posłanką w nowym zarządzie.

P.M.: Jako zarząd jesteśmy w stałym kontakcie z naszą parlamentarną delegacją. Strategiczne decyzje podejmuje zarząd krajowy, konsultując się z posłami i posłankami.

Posłanki i posłowie, jako politycznie najbardziej rozpoznawalne osoby z Razem, nie powinni wziąć także formalnej odpowiedzialności za partię i stanąć na jej czele?

B.G.: Razem mówi jednym głosem. W 2015 roku przyjęliśmy pewne zasady znane wszystkim działaczom i naszym wyborcom. Wśród nich zasadę kadencyjności zarządu. Nadszedł czas, by powiedzieć „sprawdzam”. Musimy pokazać wyborcom, że jesteśmy wiarygodni i faktycznie dochowujemy wierności naszym zasadom.

Kadencyjność zarządu naprawdę interesuje wyborców? Widzę, że to ważna rzecz dla was, dla waszych działaczy, ale dla wyborców?

B.G.: Dla wyborców ważna jest przede wszystkim wiarygodność. Jak się coś zapowiada, to warto to potem robić. Nie traktujemy kadencyjności jako centralnego punktu w komunikacji z naszymi wyborcami, to po prostu element naszej kultury organizacyjnej. Oczywiście, nie jest tak, że chowamy teraz Adriana Zandberga. Nasi posłowie i posłanki od lat ciężko pracowali na zaufanie wyborców i są ważnymi postaciami dla polskiej lewicy.

P.M.: Nie wiem, czy wyborcy wiedzą, jak to wygląda w innych ugrupowaniach…

…w innych ugrupowaniach najbardziej rozpoznawalny polityk na ogół jest liderem. Układ – kto inny zasiada w parlamencie, a kto inny kieruje ich partią – jest wyjątkowy dla Razem.

P.M.: Może i jest wyjątkowy. My jednak zawsze konsekwentnie stawiliśmy na wiele twarzy i wiele głosów. Naszymi liderkami są też posłanki i posłowie z Sejmu. Ale nasza partia tym razem wybrała do zarządzania organizacją kogoś innego. Pięć osób, które mają swój pomysł na partię. Nie widzimy w tym ani problemu, ani sensacji.

Ile trwa kadencja nowego zarządu?

B.G.: Dwa lata.

Czyli będzie to zarząd przejściowy, między ostatnimi wyborami a kolejnymi?

P.M.: Tak, naszym głównym zadaniem będzie przygotowanie organizacji na następne wybory. Przygotowań nie zaczyna się w roku wyborczym. O ile partia rządząca nas czymś nie zaskoczy, w 2023 roku czekają nas podwójne wybory – samorządowe i parlamentarne. Chcemy, by do obu partia była jak najlepiej przygotowana. Kongres zobowiązał nas do tego, by pod koniec tego roku zacząć przygotowania do wyborów samorządowych, i jesteśmy na dobrej drodze do tego, by na spokojnie zająć się tym w wyznaczonym czasie. Pracujemy zwłaszcza z nowymi osobami, uczymy je, jak się lokalnie organizować, występować na konferencjach, jak zaznaczyć swoją obecność na lokalnym poziomie.

Matysiak: Andrzej Duda ma szansę wybić się na niezależność. Ale z niej nie skorzysta

W następnych wyborach wystartujecie wspólnie z jednoczącymi się SLD i Wiosną?

B.G.: O tym zadecydują odpowiednie organy naszej partii.

A do czego wy jako liderzy będziecie przekonywać te organy?

P.M.: Ja od dawna stoję na stanowisku, że trzeba myśleć praktycznie i startować tak, by zapewnić naszym działaczom jak najwięcej mandatów.

Zarówno w wyborach samorządowych, jak i parlamentarnych?

P.M.: Tak, ale konkrety zależeć będą od tego, jak będzie wyglądała sytuacja polityczna, jaki będzie pomysł na kampanię. Uważam, że formuła szerokiego lewicowego startu ma potencjał i warto rozszerzyć ją o inne organizacje, niekoniecznie partie polityczne. Na poziomie samorządowym, zwłaszcza na poziomie gminy i powiatu, często budują się lokalne, obywatelskie koalicje, które nie mają ściśle partyjnego charakteru, i czasem warto, by Razem budowało podobne sojusze wokół siebie bądź się w nie włączało.

Program Lewicy jest wyjątkowo konfrontacyjny. Czy to źle?

Bartek, ty myślisz podobnie?

B.G.: Naszym celem jest wprowadzenie reprezentantów na wszystkich szczeblach samorządu i zwiększenie liczby posłów w parlamencie. I temu powinny być podporządkowane wszelkie taktyki i sojusze.

Jednoczenie się SLD i Wiosny nie tworzy presji na Razem, by włączyło się całkowicie w ten blok? Nie boicie się, że nowa, duża partia będzie przejmować waszych polityków?

B.G.: Na razie to polityczka związana z Wiosną odeszła do Szymona Hołowni.

P.M.: Ja się nie boję, że ktokolwiek z naszej szóstki odejdzie (Razem ma sześcioro posłów i posłanek – red.). Ani presji na zjednoczenie. Koalicyjny klub Lewicy tworzą dziś cztery partie – SLD, Wiosna, Razem i PPS. To, że działacze Wiosny przechodzą do SLD, nie wpłynie na dynamikę sił wewnątrz klubu. Decyzje w klubie Lewicy podejmujemy na podstawie merytorycznych przesłanek, nie ma politycznych przepychanek. I to się nie zmieni. Osoby zajmujące się transportem publicznym czy zdrowiem ciągle będą w tych kwestiach głosem klubu w parlamencie.

B.G.: Spójrz na obecne kongresy programowe Lewicy. Razem jest na każdym obecne, ma swój głos, jest szanowane.

Gill-Piątek: Chcę budować z Hołownią nowe polityczne centrum

Gdyby wyborca Lewicy zapytał was: „lewica się jednoczy, dlaczego Razem stoi osobno?”, to co byście odpowiedzieli?

B.G.: Nie cała lewica się jednoczy, tylko SLD i Wiosna. PPS zachowuje swoją odrębność. Dostajemy bardzo dużo pozytywnych komunikatów od wyborców, którzy dziękują nam za to, że jesteśmy, za naszą pracę w Sejmie. Zdecydowanie jest więc zapotrzebowanie na samodzielne Razem wśród wyborców Lewicy.

Jak oceniacie prawie rok Lewicy w parlamencie? To sukces czy porażka?

P.M.: Nauczyliśmy się, jak wygląda parlament od środka, jak się w nim pracuje – tego nie da się nauczyć inaczej niż w praktyce. Jesteśmy zupełnie inaczej traktowani przez media, które teraz przychodzą nawet na nasze konferencje w regionach – wcześniej bywało z tym ciężko. Nasz głos wreszcie jest lepiej słyszalny. Dało to wielką energię działaczom całej partii, także tym pracującym na dole. Dołączają liczne nowe osoby. Udało się stworzyć prężnie działającą młodzieżówkę.

Co jest największym osiągnięciem Razem w parlamencie? Co by się w nim nie wydarzyło, gdyby nie razemowa szóstka?

P.M.: Z sześcioma osobami trudno o jakieś spektakularne sukcesy. Ale czasem udaje się przekonać większość rządową do pewnych rozwiązań.

Na przykład?

B.G.: Choćby zapisy, że w firmie korzystającej z antykryzysowej pomocy z budżetu prezesi i zarząd nie mogą dostawać pensji wyższej niż czterokrotność średniej krajowej. Zadbaliśmy, by pieniądze publiczne trafiały do pracowników i ratowały miejsca pracy, a nie szły do kieszeni już i tak bardzo zamożnych osób. To jest mały, ale ważny sukces naszych posłanek i posłów.

Frase: Odległy horyzont lewicy

czytaj także

P.M.: Bardzo ważne jest też, że w Sejmie wybrzmiewa w końcu lewicowy głos, że podnosimy w nim tematy, których nie podnosi nikt inny. Mówimy o osobach z niepełnosprawnościami, bezrobotnych, o osobach wykluczonych transportowo. To akurat moja działka. Jesteśmy właśnie po posiedzeniu Parlamentarnego Zespołu ds. Wykluczenia Transportowego. O te kwestie walczymy nie tylko w debatach sejmowych, ale także na komisjach i poprzez interwencje poselskie. To ciężka robota. Przez ostatni rok przekonałam się, jak często w Polsce trudno jest wyegzekwować od państwa coś, co formalnie jest prawem obywatela, że czasem konieczna jest interwencja osoby z legitymacją poselską. Mnie poruszył przypadek starszej, bezdomnej pani, która kilka lat temu straciła pamięć w wypadku, nie zna swojej rodziny. Przez lata dobijała się do władz Łodzi o mieszkanie z zasobu komunalnego – daremnie. Dopiero interwencja poselska sprawiła, że nagle mieszkanie się znalazło.

Martwią was obecne sondaże?

B.G.: Do najbliższych wyborów trzy lata, dziś sondaże tak naprawdę niewiele mówią. W tym czasie wszystko się może zmienić. Kluczowe teraz jest nie oglądanie się na sondaże, ale spokojna, merytoryczna praca.

P.M.: Sondaże zachowują się często zupełnie nieprzewidywalnie. Najważniejsze to robić swoje, pracować z ludźmi, przedstawiać im nasze propozycje programowe.

W sondażach, w których wam spada, rośnie ruchowi Hołowni. Traktujecie go jako poważne zagrożenie? Potencjalnego przyszłego sojusznika?

B.G.: Dobrze wiemy, jak trudno prowadzi się politykę poza parlamentem. Poczekajmy więc, aż Szymon Hołownia zarejestruje swoją partię. Wtedy będziemy mogli mówić o zagrożeniu lub ewentualnej współpracy.

Czy Lewica ma dziś w Polsce swój stały, żelazny elektorat? Jeśli tak, to jaki?

P.M.: To bardzo trudne pytanie. Trzeba by się też zastanowić, ilu tych wyborców realnie jest. Na pewno jest w Polsce elektorat, który ciągle szuka dla siebie partii i identyfikacji politycznej. I my do niego wychodzimy z różnymi naszymi tematami. Bo jesteśmy jedyną siłą, która jednocześnie mówi o sprawiedliwości społecznej i wyrównywaniu szans, o takich tematach jak wykluczenie transportowe czy sytuacja osób na umowach śmieciowych, jak również o sprawach mniejszości. Nie zmieniam tu zdania – jako klub złożyliśmy w Sejmie dwa projekty ustaw – o związkach partnerskich i małżeństwach jednopłciowych. One szybko nie będą procedowane, ale są.

Homofobiczna Karta Rodzin w Łódzkiem przegłosowana. „To hańba, która spadnie na całe województwo”

O jaki elektorat Razem chce walczyć?

P.M.: Na pewno o młodych. Jesteśmy młodą partią, widzimy wielkie zainteresowanie naszą młodzieżówką, mamy dobre kontakty z młodzieżą. Osobiście widzę też potencjał w mniejszych i średnich miejscowościach. My bardzo często zapominamy o Polakach i Polkach, którzy tam żyją. To jest dla nas szansa, ale i wyzwanie. Razem ma działaczy w całej Polsce, ale w wielu powiatowych miastach, o które powinniśmy zawalczyć, dziś mamy po jednym, góra kilku działaczy. A to za mało na siłę pozwalającą na serio zaistnieć w lokalnej polityce.

Jak chcecie dotrzeć do młodych? Pojawiają się głosy, że odpuszczacie kanały komunikacji, gdzie są młodzi. Macie konto na TikToku?

B.G.: Nie. Ale konto Razem na Facebooku i Twitterze radzi sobie bardzo dobrze.

Facebook staje się medium ludzi w wieku średnim. Nastolatki i osoby dopiero co dorosłe są gdzie indziej.

B.G.: Na przykład na Instagramie, gdzie robimy świetne zasięgi, wśród młodych, zwłaszcza zainteresowanych kwestiami ekologii i zmian klimatu. To kolejny ważny temat, z jakim wychodzimy do młodych. Wspieramy Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, Extinction Rebellion i podobne inicjatywy. Szykujemy też komunikacyjną ofensywę, która sprawi, że będziemy lepiej słyszalni.

Zandberg: Lewica to państwo, które nie miga się od odpowiedzialności

Razem często wymienia się jako przykład partii, która potencjalnych wyborców najchętniej egzaminowałaby z weganizmu i jazdy na rowerze, co odstrasza elektorat, zwłaszcza ludowy. Macie świadomość tego problemu? Czy podobne opinie traktujecie jako niesprawiedliwy stereotyp?

P.M.: To jest złośliwy stereotyp. Zabrakło w nim tylko sojowej latte na Zbawiksie.

B.G.: Ja jestem prostym chłopakiem z Olsztyna i nigdy tam nie piłem sojowego latte. My naprawdę jesteśmy obecni nie tylko w parlamencie, spotykamy się i działamy wspólnie z ludźmi. Ja np. działam w radzie Kormoran w Olsztynie, gdzie choćby razem z innymi mieszkańcami interweniujemy o to, by z jednej z jego uliczek mogły wyjeżdżać samochody, choć sam jeżdżę rowerem – nawet na wakacje. Współpracując z ludźmi w lokalnych sprawach, rozwiązując ich problemy, przełamujemy ten stereotyp.

Pytanie, czy suma takich lokalnych interwencji przekłada się na realne poparcie polityczne. Piotr Ikonowicz od lat jest blisko ludzi, pomaga im i zbiera w kolejnych wyborach mikroskopijne poparcie.

B.G.: Piotra Ikonowicza od lat nie ma w parlamencie, nie ma w mediach, ale i tak robi świetną robotę.

…w mediach jest ciągle. Kiedyś nie wychodził ze Sprawy dla reportera, teraz ze Studio Polska – to programy z dużą widownią.

P.M.: Trzeba robić politykę na różnych poziomach: i w parlamencie, i w mediach, i pomagając realnie ludziom. I my to robimy. Ostatnio brałam udział w proteście w Aleksandrowie Kujawskim przeciw zawieszeniu oddziału ginekologii w miejscowym szpitalu. Rozmawialiśmy z mieszkańcami, dla nich było naprawdę ważne, że ktoś z Sejmu przyjechał i zainteresował się ich sytuacją. Byliśmy jedyną partią, która się tym zajęła.

Ikonowicz: 30 lat powtarzam, że człowiek biedny nie jest wolny. Przyszedł Kaczyński, powiedział to samo i wygrał

I ci ludzie z Aleksandrowa Kujawskiego potem na was zagłosują?

B.G.: Na pewno nie zagłosują, jeśli nic nie będziemy robili.

P.M.: Oczywiście, to nie działa tak, że wystarczy pojechać do Aleksandrowa Kujawskiego w 2020, by wygrać tam wybory w 2023. Trzeba tam być, jeździć, działać wspólnie z ludźmi. Nie możemy się jednak wyrzec naszego etosu politycznego, w którego centrum stoi przekonanie, że jak komuś trzeba pomóc, to mu pomagamy. Od poziomu rady osiedla do Sejmu. Bo składając w Sejmie kilka poprawek, też masowo nie zwiększymy poparcia.

Michał Syska pisał niedawno, że nawet jeśli lewica w Polsce zgłasza słuszne postulaty, to one nie składają się w spójną narrację. Wiemy, co jest narracją PiS („narodowe państwo dobrobytu”), co było PO („ciepła woda w kranie”), co Konfederacji („wolny rynek, nie dla LGBT i żydowskich roszczeń”). Co jest narracją Razem?

P.M.: Naszą narrację można streścić w trzech słowach: europejskie państwo dobrobytu. Mówimy o tym od dawna. Inne pytanie brzmi, jak bardzo do tej opowieści jesteśmy w stanie przekonać wyborców. To temat na dłuższą rozmowę i być może powinniśmy zmodyfikować sposób komunikowania tej wizji.

W pojęciu „europejskiego państwa dobrobytu” nie ma pewnego napięcia? Państwo dobrobytu powstało w narodowych ramach, odwołując się często do narodowej solidarności. Integracja europejska historycznie nieraz osłabiała lokalne państwa dobrobytu. Elektorat, który chce w Polsce państwa dobrobytu, niekoniecznie chce kulturowej europeizacji, ten, który jej chce, nie zawsze jest zainteresowany transferami socjalnymi, a nawet obawia się, że to on za nie zapłaci. Spotykacie ten problem w waszej działalności politycznej?

P.M.: Oczywiście, na lewicę głosuje bardzo różny elektorat. Widzimy to z badań. Jak mówiliśmy, nie egzaminujemy nikogo z lewicowości, akceptujemy elektorat taki, jakim jest. Mamy wyborców, których nie interesuje klimat, i takich, dla których klimat to najważniejszy problem stojący dziś przed światem. I hasło „europejskiego państwa dobrobytu”, jeśli się je sensownie opowie, może połączyć te różne grupy wyborców.

Wy potraficie je sprawnie opowiedzieć?

P.M.: Ciągle szukamy tej opowieści. Jeśli ktoś ma pomysł, jak komunikować tę ideę lepiej, to naprawdę – zapraszamy na pokład!

B.G.: Do tej narracji dodałbym równość i sprawiedliwość społeczną. To idee, które przyświecały nam, gdy zakładaliśmy partię w 2015 roku. To są hasła bliskie też wyborcom Zjednoczonej Prawicy. Wielu z nich ma bardzo egalitarne poglądy. Naszym zadaniem jest pokazać im, że głosując na lewicę, mają szansę na równie dobrą, jeśli nie lepszą politykę gospodarczą, ale bez tego całego obciachu międzynarodowego.

Razem, czyli potrzebna utopia [list]

czytaj także

Co jest waszą ambicją na przyszłe wybory?

B.G.: Dla mnie najważniejszym celem jest wprowadzenie przedstawicieli Razem na każdym szczeblu samorządu.

P.M.: Uczymy się, jak być w parlamencie, w następnych wyborach chcemy wprowadzić jeszcze więcej swoich posłów i posłanek.

Czy chcecie realnie zawalczyć o udział we władzy? Z kim wykluczacie jej sprawowanie, z kim dopuszczacie?

B.G.: Zdecydowanie jest zbyt wcześnie, by o tym mówić. Na razie działamy w koalicyjnym klubie Lewicy. Co przyniesie 2023 rok, nie wiemy – nie chcemy wróżyć z fusów.

 

**
Paulina Matysiak – posłanka Klubu Lewicy na Sejm IX kadencji, wybrana z okręgu sieradzkiego, przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. Wykluczenia Transportowego, członkini zarządu partii Razem.

Bartosz Grucela – członek zarządu partii Razem, pracował w samorządzie województwa warmińsko-mazurskiego, radny rady osiedla Kormoran w Olsztynie.

 

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".