Miasto

Budżet partycypacyjny nie powinien być konkursem piękności

Podsumowujemy pierwszą edycję budżetu partycypacyjnego w Warszawie.

Kilka tygodni temu poznaliśmy wyniki pierwszej edycji warszawskiego budżetu partycypacyjnego. Warszawa sięgnęła po to rozwiązanie po wielu innych miastach w Polsce i wprowadzała je dość pospiesznie. Co się udało, a co można zrobić lepiej – o ocenę poprosiliśmy osoby zaangażowane w warszawskich budżet partycypacyjny: autorów i autorki projektów, osoby działające w radach ds. BP w dzielnicach i w mieście. Opublikowaliśmy już komentrze Joanny Erbel, Zbigniewa Modrzewskiego, Ewy Stokłuski i Marka Ślusarza, dziś głosy Ingeborgi Janikowskiej-Lipszyc, Roberta Buciaka, Marcina Gałązki i Joanny Tokarz-Haertig. Wkrótce komentarz Agnieszki Ziółkowskiej i rozmowa o realizacji BP w Polsce z Oktawiuszem Chrzanowskim z Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych.

***

Ingeborga Janikowska-Lipszyc, radna dzielnicy Ochota, członkini ochockiego zespołu ds. budżetu partycypacyjnego

W sprawie warszawskiego budżetu partycypacyjnego jestem umiarkowaną optymistką. Cieszę się, że mimo wszystko doszedł do skutku, że znaleźli się ludzie chętni do tego, by się w niego zaangażować jako członkowie dzielnicowych zespołów i projektodawcy. W wielu dzielnicach dzięki budżetowi poznały się grupy społeczników, powstały nowe sieci współpracy i to na pewno jest bardzo cenne.

Nie prowadziłam statystyk ogólnomiejskich, ale jestem przekonana że większość projektów zgłoszonych na Ochocie to rzeczy sensowne i potrzebne, a nie – jak początkowo obawiali się przeciwnicy BP (w tym niestety także urzędnicy i radni) – „fanaberie”.

To, jakie projekty zostały zgłoszone i jakie dostały najwięcej głosów, daje dobry materiał do przemyśleń na temat polityki inwestycyjnej i priorytetów budżetowych dzielnicy.

Mam nadzieję, że burmistrzowie popatrzą na to w ten sposób, nie ograniczając się wyłącznie do realizacji tylko tych projektów, które są zobowiązani sfinansować z pierwszego budżetu partycypacyjnego w 2015 roku.

O minusach tej pierwszej edycji budżetu można by napisać wiele i nie wszystkie można wytłumaczyć tym, że wszyscy robiliśmy budżet partycypacyjny pierwszy raz. Nierealistyczny harmonogram spowodował, że wiele etapów było robionych „w biegu”, informacja o możliwości zgłaszania projektów zaczęła docierać do świadomości większości mieszkańców dopiero w momencie, kiedy było już za późno na ich pisanie. Krótki czas przeznaczony na weryfikację projektów i niewystarczająca liczba zaangażowanych urzędników (zwłaszcza w instytucjach ogólnomiejskich) spowodowały, że projektodawcy mieli minimalne szanse na poprawienie zweryfikowanych negatywnie projektów.

Mocną stroną pierwszego podejścia do budżetu partycypacyjnego nie była komunikacja. Kampania informacyjna skierowana do mieszkańców była spóźniona i mało widoczna, ale jeszcze większym problemem był moim zdaniem całkowity brak komunikacji skierowanej do osób, które w pierwszej kolejności należało do idei BP przekonać: do urzędników w dzielnicach i instytucjach ogólnomiejskich. Efekt był taki, że oprócz fantastycznych, zaangażowanych urzędników mieliśmy także do czynienia z takimi, którzy od początku byli na nie, odbierali budżet partycypacyjny jako coś obcego, dodatkowe, odgórnie narzucone zadania i, mówiąc delikatnie, nie ułatwiali życia projektodawcom i członkom dzielnicowych zespołów ds. budżetu partycypacyjnego.

I najważniejsze: skoro pomysł wprowadzenia budżetu partycypacyjnego był inicjatywą pani prezydent, kompletnie niezrozumiały wydaje mi się brak partycypacyjnego budżetu ogólnomiejskiego, przeznaczonego na projekty ponadzielnicowe, ogólnomiejskie – np. dotyczące ruchu rowerowego czy z dziedziny zdrowia i opieki społecznej.

O jakich zmianach warto pomyśleć, zaczynając prace nad budżetem partycypacyjnym na 2016 rok? Na pewno poprawić harmonogram, doprecyzować zasady weryfikacji formalnej projektów (tak by niemożliwe było odrzucenie projektu tylko dlatego, że nie podoba się urzędnikom) i weryfikacji ich kosztorysów (mieszkańcy często mieli wrażenie że były one zawyżane).

Konieczne jest umożliwienie wcześniejszych spotkań i kontaktów między projektodawcami, tak aby można było połączyć podobne pomysły (a nie jak w tej edycji BP – tylko wycofać swój projekt). Przed głosowaniem wszyscy mieszkańcy powinni mieć dostęp do pełnych opisów i budżetów projektów, tak by w czasie głosowania nie musieli zgadywać, na co właściwie oddają głos.

Aby budżet partycypacyjny spełnił swoją rolę, a nie był tylko konkursem piękności, potrzebna jest też szersza rozmowa o tym, jak konstruowany jest budżet dzielnic i całego miasta, jaka jest strukura dochodów i wydatków.

***

Robert Buciak, autor projektu Nowy chodnik – wygodne dojście do Galerii Mokotów i biurowców

Pierwsza edycja warszawskiego budżetu partycypacyjnego to cenne doświadczenie dla mieszkańców i mieszkanek miasta, miejskich aktywistów i aktywistek, a także dla osób pracujących w urzędach. Doceniając to, co się udało, warto jednak skupić się na niedociągnięciach, które należałoby usunąć przed realizacją kolejnej edycji.

Zacznijmy od kwestii podziału dzielnic na rejony głosowania. Decyzja o podzieleniu lub nie dzielnicy na rejony należała do dzielnicowych zespołów ds. budżetu partycypacyjnego. W efekcie część dzielnic miała jeden rejon głosowania, część kilka, a w skrajnych przypadkach Mokotów i Praga Płd. po 8 rejonów, zaś Wawer aż 13. Analiza statystyczna pokazuje, że zarówno brak podziału, jak i nadmierne podzielenie dzielnicy niosą za sobą negatywne skutki. W sytuacji braku podziału pewne części miasta są marginalizowane (np. Zielony Ursynów, Stare Bemowo). W konsekwencji mieszkańcy tych rejonów mogą zniechęcić się do udziału we wspólnym tworzeniu budżetu, a zatem i rozwoju miasta. Zbytnie rozdrobnienie powoduje z kolei, że liczba złożonych wniosków jest niewielka, a przyznana pula pieniędzy nie pozwala na realizację podstawowych potrzeb mieszkańców. Dobitnie świadczy o tym przykład osiedla Nadwiśle w Wawrze, gdzie z 3 złożonych projektów wymogi formalne spełnił jeden, który konsumował zaledwie 1% środków przeznaczonych dla osiedla. W obszarach, gdzie dostępne środki wynoszą mniej niż 500 tys. zł, dominują projekty małe i bardzo małe (poniżej 50 tys. zł), co uniemożliwia wprowadzenie jakichkolwiek istotnych zmian w jakości życia mieszkańców. Zamiast myśleć całościowo o problemach dzielnicy, mieszkańcy dzielą się na rywalizujące ze sobą podwórka.

Sądzę, że każda duża dzielnica powinna być podzielona na 2-5 obszarów, zaś mniejsze nie powinny być dzielone wcale. Dobrym kryterium możliwości podziału jest wielkość puli budżetu partycypacyjnego. Na każdy obszar powinno przypadać od 500 tys. zł do 2 mln zł. Ewentualnie możliwa jest mniejsza kwota w mniejszych dzielnicach. Podział na obszary powinien być głosowany podczas spotkania dzielnicowego zespołu ds. budżetu partycypacyjnego, a głos powinien mieć każdy mieszkaniec, który przyjdzie na spotkanie.

Negatywnie oceniam też fakt, że projekty zgłoszone przed 16 lutego nie zostały zweryfikowane w czasie pozwalającym na poprawienie projektu. Uważam, że jeśli projekt został złożony przed wyznaczonym terminem pozwalającym na dokonanie poprawek, a projektodawca nie został poinformowany o konieczności dokonania uzupełnień, projekt powinien przejść do następnego etapu budżetu partycypacyjnego z zastrzeżeniem, że braki uzupełni odpowiednia komórka urzędu dzielnicy.

Poważnym problemem był fakt, że zamiast weryfikacji formalnej nierzadko mieliśmy do czynienia z weryfikacją merytoryczną. Znaczna liczba projektów infrastrukturalnych, która trafiła do oceny Zarządu Dróg Miejskich, została odrzucona na podstawie jego uwag merytorycznych (np. dlatego, że poprawa bezpieczeństwa pieszych oznaczała likwidację znacznej liczby miejsc parkingowych). Ten problem pojawił się szczególnie w Wilanowie i na Bielanach. Ponadto ZDM często sztucznie zawyżał wartość projektów. Takie podejście do projektów może zniechęcić projektodawców do składania wniosków w następnych latach. Dlatego wszystkie złożone wnioski oraz oceny wystawione przez komórki miasta powinny być dostępne na portalu informacyjnym budżetu partycypacyjnego z możliwością dyskusji o nich. Wzorem do naśladowania w tym względzie jest Łódź.

Jeszcze na etapie składania projektów miałem potrzebę spotkania się z kilkoma projektodawcami z mojego rejonu, by omówić zakres złożonych przez nas projektów, ale nie było takiej możliwości.

Uważam, że dane personalne projektodawców winny być jawne – takie rozwiązanie stosuje np. Białystok. Umożliwi to współpracę między projektodawcami oraz utrudni przejęcie budżetu partycypacyjnego przez partie polityczne, z czym mieliśmy do czynienia na Bemowie Warto też zorganizować spotkanie dla projektodawców jeszcze w trakcie weryfikacji formalnej projektów.

Dobrze byłoby stworzyć elektroniczne kanały umożliwiające komunikację wnioskodawców między sobą i między wnioskodawcami a mieszkańcami. Być może w formie forum – na którym można zadać pytanie wnioskodawcy. Nie tylko poprawiłoby to proces przygotowania wniosków i debaty nad nimi, lecz także stworzyłoby dobre warunki do integracji aktywnych mieszkańców. A to jeden z ważniejszych, a mniej oczywistych efektów budżetu partycypacyjnego.

Jak podkreśla w swojej najnowszej publikacji Wojciech Kębłowski, najważniejszym etapem budżetu partycypacyjnego jest dyskusja mieszkańców o problemach ich okolicy. Dlatego wzmocnienia wymaga etap preselekcji. W kolejnych edycjach postulowałbym organizację wiążących spotkań preselekcyjnych w każdym rejonie głosowania.

Problemem tegorocznej edycji była też niska frekwencja na spotkaniach dyskusyjnych. Uczestniczyłem w czterech spotkaniach projektodawców z mieszkańcami. Przyszło na nie od 5 do 30 osób niezwiązanych z projektami. Małe zainteresowanie wynika prawdopodobnie z niewiążącego charakteru spotkań, ale też niewystarczającego nagłośnienia spotkań. Może np. spotkania po etapie preselekcji mogłyby być organizowane w weekendy przy okazji różnego rodzaju pikników, których w maju i czerwcu odbywa się bardzo dużo.

Niedobrze, że wygrywają projekty małe i bardzo małe, w kilku przypadkach te, na które głosowało najmniej osób. Z moich obliczeń wynika, że do realizacji przeszło 116 na 230 projektów (ponad połowa) o wartości poniżej 10 tys. zł. Z kolei projektów droższych niż 250 tys. zł przeszło 21 ze 148 (14,2%). Na Siekierkach i Marysinie Wawerskim Północnym przeszły projekty, które otrzymały najmniej głosów. Dominacja projektów drobnych, często o niskim poparciu społecznym, i odrzucenie dużych o wysokim poparciu nie sprzyja włączeniu mieszkańców do procesu decydowania o mieście. Realizowane są drobne sprawy, które nie poprawiają jakości życia, a nierzadko są tylko ekstrawagancją projektodawców. W przyszłości warto by wprowadzić możliwość realizacji projektów w części, co wprowadziło kilka miast w Polsce. W formularzu projektowym powinna być dodana rubryka z pytaniem, czy projekt można zrealizować w części, np. pasy rowerowe na 3 ulicach a nie 4, czy zakup do biblioteki 100 książek zamiast 200. W ten sposób do realizacji przejdą  tylko projekty mające duże poparcie i zwiększy się możliwość wykorzystania dostępnej puli w 100%.

Co do samego głosowania – sądzę, że w przypadku głosowania w formie papierowej należy wprowadzić warunek oddania głosu bezpośrednio. Inne rozwiązanie może prowadzić do nadużyć. Chodzenie po ulicach z wydrukowanymi kartami, a potem dostarczanie ich w masowych ilościach w imieniu głosujących, choć teoretycznie zgodne z zasadami BP, wydaje się jednak niezgodne z ich duchem. Są sygnały o przypadku, gdy osoby promujące projekt nie zawsze informowały o tym, że istnieje możliwość oddania głosu na więcej niż jeden projekt lub że karty miały z góry zaznaczoną „właściwą” odpowiedź. Ale nawet gdybyśmy nie mieli do czynienia z tego rodzaju nieprawidłowościami, trudno się nie zgodzić, że oddając głos „na ulicy” głosujący nie mieli szansy zapoznać się z innymi projektami. Myślę, że w BP jednak chodzi o to, żeby stworzyć warunki do podejmowania możliwie świadomej decyzji.

Zdecydowanie zabrakło pełnych opisów projektów dostępnych na stronach internetowych. Trudno się było oprzeć wrażeniu, że głosujemy nie bardzo wiadomo na co. Autorzy projektów mogli świadomie wprowadzać w błąd, ukrywając niewygodne fakty, i nie było sposobu, żeby to zweryfikować. Znamienny jest przypadek projektu, który polegał na budowie boiska z torem żużlowym, ale w początkowym etapie procesu informacja o torze żużlowym nie pojawiła się w nazwie ani w krótkim opisie projektu. Pełne opisy projektów powinny się znaleźć na stronach od samego początku procesu. Idealnie byłoby też, gdyby do pełnego opisu projektu można się było dostać przez jedno kliknięcie z systemu do głosowania.

***

Marcin Gałązka, autor projektu Plac zabaw przy Domu Kultury Zacisze, antykwariusz

O budżecie partycypacyjnym dowiedziałem się z Facebooka, ale widziałem też plakaty i billboardy. Kampania promocyjna była prowadzona naprawdę bardzo intensywnie. Tym bardziej zdziwiło mnie, że okazała się jednak mało skuteczna, bo procent ludzi, który zaangażował się w przygotowanie projektów i później w głosowanie, był niewielki. Zastanawiałem się nad tym, dlaczego tak jest, bo budżet to naprawdę dobra inicjatywa. Na pewno pozwala zmniejszyć dystans między urzędnikami a mieszkańcami.

Organizatorów budżetu należy pochwalić za sam przebieg głosowania. Obawiałem się, że będą tam jakieś kruczki, pola, które łatwo przeoczyć. Okazało się, że oddanie głosu zajęło mi pół minuty. Nie wyobrażam sobie, jak można byłoby to zrobić prościej.

Są też problemy i warto o nich pomyśleć w kontekście przyszłych budżetów. Powinniśmy ustalić wyraźnie, czym jest ocena formalna i merytoryczna i na ile urzędnicy powinni ingerować w projekt po jego akceptacji.

Zgłosiłem projekt małego placu zabaw na Zaciszu. Później dostałem informację z urzędu, że mój projekt został zweryfikowany pozytywnie, ale jego koszt musi zostać zmieniony ze 125 tys. do 340 tys. zł. Oczywiście się oburzyłem, bo nie wiedziałem, dlaczego ten plac miałby być taki drogi. Dopiero po paru tygodniach korespondencji, po zainteresowaniu sprawą dziennikarzy i radnych, poznałem powody tej decyzji. Okazało się, że urzędnicy, powołując się na przepisy o gospodarności, zmienili zakres inwestycji. Nie mam żalu o to, że nastąpiła ta zmiana – może urzędnicy mieli nawet rację – byłem tylko rozczarowany sposobem, w jaki się o tym dowiedziałem.  W kontaktach z urzędem czułem się trochę bezradny. Na pewno nie czułem się w tej relacji traktowany podmiotowo. Zabrakło instytucji, ciała, do którego można byłoby się odwołać.

Wcześniej chciałem skonsultować swój pomysł na spotkaniu zorganizowanym w Domu Braci Jabłkowskich. Byli tam projektodawcy, specjaliści i przedstawiciele administracji. Nie udało mi się uzyskać wtedy żadnej konkretnej porady. Poza specjalistami od ruchu rowerowego, którzy rzeczywiście znali się na tym, o czym mówili, nie było tam kompetentnych doradców. Mieli wiedzę podobną do mojej.

Na pewno warto się zastanowić, czy instytucje publiczne powinny mieć prawo zgłaszania projektów. Nie wiem, czy środki z budżetu partycypacyjnego są odpowiednim źródłem do zaspokojenia potrzeb szkół, placówek wychowawczych i innych.

Efekt jest taki, że pomysł niewielkiej grupy mieszkańców musi konkurować z dużą publiczną inwestycją. Nie mam tutaj prostej odpowiedzi. Nie wiem, jak to rozwiązać. Ale to jest ciekawa kwestia, o której trzeba pomyśleć.

Na pewno wezmę udział w następnej edycji, chociażby dlatego, że mój projekt nie został wybrany, ale to nie jest najważniejsze. Warto spojrzeć na budżet partycypacyjny jak na formę sondażu, z którego urzędnicy, radni czy nawet kandydaci na radnych mogą czerpać wiedzę o potrzebach mieszkańców – to jest naprawdę cenny aspekt tej inicjatywy. Jeżeli jakiś projekt nie zostanie wybrany, to przecież wcale nie znaczy, że nie jest wart realizacji. W trakcie przygotowań mojego pomysłu poznałem ludzi z Zacisza, którzy też są zainteresowani placami zabaw. Już zaczęliśmy wspólnie działać i napisaliśmy petycję do burmistrza z prośbą o realizację naszych pomysłów. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

***

Joanna Tokarz-Haertig, autorka projektu Otwarty plac zabaw na Sielcach

Pierwsza rozmowa z panem z ZGN-u:
– Proszę pani, ja wstawiłem w zeszłym roku kosz na śmieci i ukradli, ktoś ciągle wiesza siatkę ze śmieciami na ogrodzeniu, ciągle wyrywają furtkę i psy wchodzą i brudzą piaskownicę. Można zrobić nowe, ale to zaraz zniszczą.
– Jak nie spróbujemy, to się nie przekonamy, z czasem wszystko się psuje, ale może jak mieszkańcy poczują się współgospodarzami, zobaczą, że można coś zmienić na lepsze, to będą chcieli o to zadbać?
– Wczoraj dzwonił mieszkaniec, że brudna piaskownica, a piach był dopiero co wymieniony. Ale można, no tak.
– To może ja przyjdę porozmawiać?

Rozmowa ze starszym sąsiadem:
– Jakby pani chciała, to mogę o podpis poprosić też córkę, ona mieszka na Sycylii, ale są tutaj wszyscy zameldowani. Ale wie pani, tam za kościołem był kiedyś duży plac zabaw, ale młodzież wrzuciła takie betonowe kosze do kanałku, zabawki połamali…
– Hmm, no tak, to może lepiej już nie chować za kościołem?

Początki były trudne, ale ostatecznie pomysł modernizacji placu zabaw będzie realizowany. Jako jeden z rezultatów pierwszego budżetu partycypacyjnego w Warszawie pojawi się pierwszy pozwalający na dłuższą zabawę i chwilę dla rodziców plac w kwartale ulic, w którym większość porządnych placów zabaw znajduje się za zamkniętym ogrodzeniem szkoły, przedszkola, apartamentowca. I trochę ze strachem myślę sobie, co będzie z nim za rok albo dwa, ale mieliśmy ten luksus, że o jego powstaniu zdecydował nie tylko urzędnik zmęczony usuwaniem szkód i kosztami z tym związanymi, ale również mieszkający w okolicy rodzice, dziadkowie i dzieci. Na pewno dużym plusem był podział dzielnicy Mokotów na rejony i umożliwienie wsparcia inicjatyw zlokalizowanych faktycznie w najbliższej okolicy.

Muszę też dodać, że biurokratyczne struktury miejskich instytucji przynajmniej w tej dziedzinie stały się dla mnie jasne, a w trakcie prac nad projektem miałam naprawdę pozytywne doświadczenia w rozmowach i korespondencji z urzędnikami.

Budżet partycypacyjny świetnie mobilizuje do proponowania projektów bliskich potrzebom mieszkańców i ich wizji najbliższej okolicy czy miasta – prostych zmian, modernizacji, jak ławki, place zabaw, kino plenerowe, klub seniora, przejścia dla pieszych, książki do bibliotek, ale też do przedstawienia inicjatyw odważnych, pokazujących możliwość mobilizacji poparcia na terenie całej Warszawy, jak duże projekty rowerowo-piesze. Budżet był impulsem do wyjścia do sąsiadów, dyskusji o sprawach wspólnych czy przekonywania do poparcia powstałych pomysłów, co już samo w sobie jest cenne w sytuacji, gdy codzienne zajęcia, obowiązki, styl życia oraz charakter wspólnoty sąsiedzkiej i lokalnej większości z nas nie sprzyjają takim działaniom ani nie tworzą ku temu spontanicznych okazji.

Z drugiej strony pierwsza edycja budżetu pokazała, że na razie w dużej mierze potencjał takiej mobilizacji i chęć uczestnictwa wykazują osoby, grupy, organizacje już aktywne, czy wręcz instytucje publiczne. Kiedy zobaczyłam, że projekty do budżetu złożyły przedszkola na remont placów czy szkoły na remont dachu, był to przykry moment zderzenia z realnymi, szokującymi brakami. Mam poczucie, że pieniądze na ich usunięcie powinny znaleźć się w stałym budżecie miejskim albo kwota budżetu partycypacyjnego na razie powinna być przeznaczona chociażby na edukację.

Budżet partycypacyjny musi być procesem, powtarzalnym i długofalowym. Myślę, że po tym pierwszym doświadczeniu bardzo ważne będzie to, czy i w jakim kształcie zaistnieje w kolejnych latach. Z jednej strony niezwykle ważna jest rola istniejących inicjatyw, społeczników, grup obywatelskich, organizacji mających wiele pomysłów na wspólną przestrzeń, na proste działania, jak miejsca integracji, wydarzenia, spotkania, oferta kulturalna, które w dłuższej perspektywie mogą poprawić jakość życia w mieście, dużo bardziej niż sama infrastruktura. Ich bardzo ważną rolą będzie wyjście do społeczności i dialog, rozpoznanie potrzeb, informacja o proponowanych pomysłach i rozwiązaniach. W budżecie partycypacyjnym nie ma reprezentacji interesów czy legitymacji określonych aktorów, instytucji do działania na rzecz mieszkańców.

Kluczowe jest włączenie jak najszerszej grupy mieszkańców, osób, które w tym roku o budżecie nie usłyszały, nie miały odwagi złożyć projektu, nie wiedziały o tym, że takie projekty mogą wesprzeć swoim głosem.

Może w związku z tym początkowo pojawi się więcej projektów na naprawę chodników, ale w kolejnym roku, przy współpracy i pomocy większej grupy, będzie to już przestrzeń rekreacji, a za dwa lata centrum integracji mieszkańców. Mam nadzieję, może trochę na wyrost lub naiwnie, że szerokie zaangażowanie i liczny udział w procesie tworzenia projektów oraz w samym głosowaniu pozwoli na finansowanie projektów faktycznie włączających głos szerokich grup mieszkańców, umożliwi dialog i wspólne tworzenie wizji najbliższej okolicy i miasta.

zebrali: Michał Gąsior, Dawid Krawczyk, Magda Majewska

Czytaj także

o budżecie partycypacyjnym w Warszawie:

Budżet partycypacyjny w Warszawie – oceniamy pierwsze podejście

Paulina Kropielnicka, Warszawski budżet partycypacyjny na półmetku
Joanna Erbel, Budżet partycypacyjny. Dlaczego warto się włączyć

Joanna Erbel, Budżet partycypacyjny. Teraz w Warszawie!

Joanna Erbel, Budżet partycypacyjny: jak to się robi w stolicy

o budżetach partycypacyjnych w innych miastach:

Borys Martela: Na początku stawiajcie na odważnych

Jacek Wezgraj, Budżet obywatelski w średnim mieście, czyli (nie)cała władza w ręce ludu

Adam Konopka, Budżet obywatelski w Gdańsku – trwa głosowanie

Mikołaj Pancewicz, Kaliski budżet niepartycypacyjny

Mikołaj Pancewicz, Zapytajcie ludzi, jakiego chcą miasta

Agnieszka Ziółkowska, Remedium na polskie budżety (nie)obywatelskie

Dawid Krawczyk, Partycypacja to nie konkurs grantowy

Dawid Krawczyk, Budżet obywatelski 2013 – edukacja urzędników i mieszkańców

Adam Konopka, Partycypacja przestała być utopią

Adam Konopka, Gdański budżet obywatelski – kolejny etap

Adam Konopka, Budżet coraz bardziej obywatelski

Marcin Gerwin, Sopot ma budżet obywatelski

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.