Kraj

Kolejne zmiany w Sądzie Najwyższym i kolejne zarzuty łamania Konstytucji

Ta decyzja PiS z pewnością nie przyczynia się do przywrócenia wiary w sądy. Wręcz przeciwnie – można mówić teraz o nowej kaście sędziów i prokuratorów, którzy mocno trzymają się władzy – tak o powołaniu prof. Małgorzaty Manowskiej na stanowisko I prezeski Sądu Najwyższego mówi Krzysztof Śmiszek. – Co do samej procedury wyboru istnieją spore wątpliwości interpretacyjne na tle różnic – w Konstytucji i w ustawie o SN – sposobu przedstawienia prezydentowi kandydatów przez Zgromadzenie Ogólne sędziów – dodaje prof. Ewa Łętowska.


Bliskie związki z partią rządzącą, postępowanie dyscyplinarne na karku i objęcie stanowiska w budzących wątpliwości prawne okolicznościach to tylko część zarzutów, z jakimi musi zmierzyć się prof. Małgorzata Manowska. To ją prezydent Andrzej Duda powołał na stanowisko pierwszej prezes Sądu Najwyższego. Postanowienie prezydenta wzbudza ogromne kontrowersje w środowisku prawniczym oraz w gronie polityków opozycji, dla których następczyni prof. Małgorzaty Gersdorf nie jest, choć powinna być, osobą stojącą na straży demokratycznego państwa prawa i niezależnego wymiaru sprawiedliwości.

„To nielegalna próba powołania prezesa SN. Doszło do złamania wielu przepisów” – stwierdziła posłanka Koalicji Obywatelskiej Kamila Gasiuk-Pihowicz na antenie TVN24, dodając, że prof. Manowska jest „jednym z sędziów wybranych przez zakwestionowaną Krajową Radę Sądownictwa”. „To ćwierćprezes, wybrany w ćwierćlegalnej procedurze przez ćwierćprezydenta” – podsumowała polityczka.

Z kolei Michał Wawrykiewicz, członek inicjatywy Wolne Sądy, napisał na Twitterze, że „prezes niesędzia Sądu Najwyższego, wybrany w wyniku łańcucha naruszeń to skandal”.

Lewico, nie popełniaj z sądami błędu Corbyna

Sędzia z dorobkiem

Prof. Małgorzata Manowska w wielu kręgach jest uznawana za ekspertkę w swoim fachu, „dobrą cywilistkę” (specjalizuje się w prawie cywilnym) i szanowaną akademiczkę, czego nie można powiedzieć o wielu innych instytucjonalnych „naczelnikach” wspieranych przez PiS. Na swoim koncie ma spory dorobek zawodowo-naukowy, jak również dobre wyniki stabilności orzecznictwa. Studia ukończyła na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie w 2001 roku uzyskała stopień naukowy doktora nauk prawnych, a 9 lat później – habilitację. Tytuł profesora nadzwyczajnego nadała jej Uczelnia Łazarskiego, gdzie Małgorzata Manowska wykłada od 2013 roku. Manowska ma ponad 25-letnie doświadczenie sędziowskie zdobyte w warszawskich sądach wszystkich szczebli.

Nowa prezes SN do swoich osiągnięć może również dopisać politykę. W pierwszym utworzonym przez PiS rządzie blisko współpracowała ze Zbigniewem Ziobrą, sprawując funkcję wiceministry sprawiedliwości. Wkrótce po oddaniu teki trafiła do stołecznego Sądu Apelacyjnego, a w 2016 roku – decyzją tego samego polityka – została dyrektorką Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury i funkcję tę pełniła do wczoraj (zrzekła się jej po ogłoszeniu nominacji na prezes SN). Gdy obecna ekipa rządząca zabrała się za reformę w sądach i powołała nową KRS, ta w 2018 roku pozytywnie zaopiniowała członkostwo prof. Manowskiej w Izbie Cywilnej SN.

– Nie kwestionuję kwalifikacji merytorycznych ani dorobku naukowego i orzeczniczego prof. Małgorzaty Manowskiej. Jednak ciąży na niej wiele innych zarzutów natury m.in. proceduralnej, które nie powinny zniknąć z agendy dyskusji publicznej i które negatywnie rzutują na jej działalność i obecność w Sądzie Najwyższym – mówi prawnik i poseł Lewicy Krzysztof Śmiszek i jako jeden z przykładów podaje fakt, że przeciwko nowej prezes w Sądzie Najwyższym toczy się obecnie postępowanie dyscyplinarne dotyczące łączenia stanowiska dyrektorki Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury z funkcją sędzi. Już dwa lata temu stanowczo sprzeciwiała się temu prof. Małgorzata Gersdorf.

– To pokazuje, że obraz osoby stającej na czele jednej z najważniejszych instytucji sądowniczych w Polsce nie jest najlepszy. Jednak problemów z nominacją pani Manowskiej jest znacznie więcej – dopowiada Krzysztof Śmiszek.

Wadliwa procedura

Najwięcej negatywnych komentarzy wywołał sposób powołania prawniczki na nowy urząd. Przypomnijmy, że w ubiegłym tygodniu Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego po kilku dniach burzliwej dyskusji wyłoniło piątkę kandydatów na stanowisko pierwszego prezesa SN. Największe poparcie uzyskał prof. Włodzimierz Wróbel, na którego oddano w sumie 50 głosów. To jednak nie zagwarantowało mu nominacji, ponieważ decyzją Andrzeja Dudy na czele SN stanęła prof. Małgorzata Manowska, mimo że głosowało na nią tylko 25 sędziów.

Decyzją Aleksandra Stępkowskiego, tymczasowo pełniącego obowiązki pierwszego prezesa Sądu Najwyższego, lista pięciu kandydatów wybranych przez zgromadzenie sędziów Sądu Najwyższego została od razu przekazana Andrzejowi Dudzie. Stępkowski przekazał listę osobiście, a nie za sprawą uchwały całego Zgromadzenia Ogólnego.

– Mieliśmy do czynienia jedynie z głosowaniem, ale ustawa o SN i Konstytucja przewidują przestawienie w formie kolejnej uchwały kandydatów na to stanowisko. Ów niezgodny z procedurami wybór nazwałbym grzechem pierworodnym, który będzie już zawsze towarzyszył pani prezes w jej aktywności zawodowej – podkreśla Krzysztof Śmiszek.

Z Ordo Iuris do Sądu Najwyższego. Fundamentaliści religijni przejmują sprawiedliwość w Polsce

„Ustawa zasadnicza wymaga, aby I Prezesem SN była osoba przedstawiona przez Zgromadzenie Ogólne, a więc większość sędziów. Prof. Manowska nie miała takiego poparcia i są wątpliwości, czy w ogóle jest sędzią” – napisał z kolei na Twitterze prof. Marcin Matczak.

O wyjaśnienie tego problemu spytaliśmy również sędzię Trybunału Konstytucyjnego i byłą rzeczniczkę praw obywatelskich, prof. Ewę Łętowską, która wskazała, że mamy do czynienia z sytuacją patową, „wojną na interpretacje”, w której sędziowie z tzw. starego składu bardziej eksponują znaczenie Konstytucji, a reszta, czyli osoby wybrane przez nowy KRS, bierze pod uwagę znowelizowaną wielokrotnie przez PiS i prawdopodobnie obliczoną na korzyści polityczne ustawę o SN.

Przepisy tej ostatniej wskazują, że Zgromadzenie Ogólne wybiera pięciu kandydatów, przy czym każdy sędzia może zgłosić jednego kandydata i zarazem ma jeden głos. Tymczasem sędziowie SN z dłuższym stażem domagali się głosowania zgodnego z założeniami ustawy zasadniczej, która mówi o „przedstawieniu kandydatów”, czyli głosowania przeprowadzonego w taki sposób, by do Andrzeja Dudy trafiła lista tylko z tymi nazwiskami, które poparła co najmniej połowa składu decyzyjnego. Ten warunek spełnił jedynie prof. Wróbel.

– Co do samej procedury wyboru istnieją spore wątpliwości interpretacyjne na tle różnic, w Konstytucji i w ustawie o SN, dotyczących sposobu przedstawienia prezydentowi kandydatów przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów – mówi prof. Ewa Łętowska.

– Część sędziów uważa, że jeżeli każdy z nich może przedstawić jedną osobę i na jedną osobę głosować, to wyłoniona w ten sposób piątka kandydatów jest już uformowaną wolą Zgromadzenia Ogólnego, którą może przedstawić przewodniczący obradom. Pozostali zaś twierdzą, że co innego wyłonienie kandydatów (o tym mówi ustawa), a co innego „przedstawienie” ich prezydentowi przez Zgromadzenie, o czym mówi Konstytucja, i że listę kandydatów należy oddzielnie przegłosować i przedstawić w formie uchwały. Naturalną postacią wyrażenia woli ciał zbiorowych jest właśnie uchwała. Czym innym jest bowiem wola członka Zgromadzenia lub ich grupy, a czym innym wyrażona w uchwale wola całego Zgromadzenia, które jest organem konstytucyjnym. Tyle że w takim wypadku uległby zniweczeniu polityczny zamysł przejścia, który legł u podstaw zmian w ustawie o SN – wskazuje prof. Ewa Łętowska.

„Chaos prawny stanie się kryzysem społecznym” ostrzega lewica

Nowa kasta

O planach awansu prof. Małgorzaty Manowskiej decyzja w PiS miała zapaść już dawno. W 2018 roku „Dziennik Gazeta Prawna” informował, że sędzia była już „po słowie z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą” w sprawie przejęcia zwierzchnictwa nad SN. „Plotka mówi, że profesor Małgorzata Manowska ma zostać Pierwszą Antyprezes Sądu Najwyższego. Trudno o lepszy symbol tego, że III RP już nie ma. Konstytucję ma zdeptać wybitna prawniczka, postać z samego serca prawniczych elit” – komentował wówczas artykuł Adrian Zandberg z Razem, przestrzegając, że nominacja sędzi może być zwiastunem zmierzchu „demokratycznej Polski”.

„Nie wiem, czy to ona obejmie funkcję Pierwszej Antyprezes SN. Ale wiem, że ludzi takich jak ona będzie w obozie władzy coraz więcej. Zaplecze PiS-u będzie się umacniało. Po Misiewiczach przyjdą ludzie sprawni: profesorowie, prawnicy, biznesmeni. Nowa, zamordystyczna elita – dokładnie tak, jak na Węgrzech czy w Turcji. (…) Stary porządek już nie wróci. Demokratyczną Polskę trzeba wymyślić na nowo. Demokracja nie pojawi się mocą prawniczych zaklęć, wygłaszanych przez dawne autorytety, ani mocą ich dyplomów. Trzeba będzie ją wywalczyć w kontrze do nowego, narodowego establishmentu. Do tego, że warto walczyć, musimy przekonać nie elity, tylko zwykłych ludzi. Demokracja będzie dla nich – albo nie będzie jej wcale” – przepowiadał polityk Lewicy.

Majmurek: Dlaczego Polacy nienawidzą sędziów?

Wtedy jednak bohaterowie artykułu „DGP” zaprzeczali doniesieniom dziennikarzy. „Dziwią mnie sugestie, jakobym miała ubiegać się o stanowisko pierwszego prezesa Sądu Najwyższego. Przecież wyboru dokonuje Zgromadzenie Ogólne, które samo wybiera pięciu kandydatów. A więc informacje o tym, że sama planuję zgłoszenie swojej kandydatury, są błędne i wynikają z nieznajomości prawa” – mówiła prof. Manowska.

Nie wiadomo, czy mijała się z prawdą, ale faktem jest, że do obecnej władzy i reformy sądownictwa nowa prezes odnosi się z dużą przychylnością. „Miałam kontakty z politykami i to nie jest tajemnicą. Ja się nie wypieram tych znajomości. Po siedmiu miesiącach w ministerstwie wróciłam do orzekania i nigdy nie wypowiadałam się w mediach o polityce. Ludzie to nie konie. Nie powinno się patrzeć, z której stajni pochodzą. Liczy się ich dorobek” – mówiła Manowska podczas wysłuchania w SN.

– Wielkim i kolejnym grzechem tej kandydatury jest fakt, że prof. Manowska to sędzia mianowana przez neo-KRS, której decyzje podważane są zarówno na forum krajowym, jak i europejskim. Fundamentalnym zarzutem stawianym pani prezes są wątpliwości co do jej niezależności politycznej. Nie jest żadną tajemnicą, że prof. Manowska zbyt blisko trzyma się władzy, czerpiąc korzyści z tej bliskości. Kilkanaście lat temu była wiceministrą sprawiedliwości za rządów PiS w resorcie kierowanym przez Zbigniewa Ziobrę i ów brak apolityczności będzie na nią rzutował przez całą kadencję – mówi Krzysztof Śmiszek, przypominając jednocześnie o wpadce, którą sędzia zaliczyła kilka miesięcy temu jako szefowa Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury. Z placówki wyciekły wówczas dane osobowe 50 tysięcy sędziów, prokuratorów i innych osób pracujących dla wymiaru sprawiedliwości.

– Jako osoba odpowiedzialna za działalność szkoły ponosi odpowiedzialność nadzorczą za to bardzo poważne niedociągnięcie, którym dzisiaj zajmuje się prokuratura – twierdzi poseł Lewicy, wskazując, że decyzja o powołaniu prof. Manowskiej „z pewnością nie przyczynia się do przywrócenia wiary w sądy” i stanowi kontrargument dla reform PiS, które wprowadzano jako remedium na dotychczasową „patologię” w wymiarze sprawiedliwości.

– Wręcz przeciwnie – można mówić teraz o nowej kaście sędziów i prokuratorów, którzy trzymają się władzy. Jeśli jesteś blisko niej, dostajesz wysokie stanowiska. Z niepokojem odnotowuję m.in. fakt, że pani sędzia Manowska była jedną z osób, która krytykowała kilka miesięcy temu podjęcie uchwały o SN przez trzy połączone Izby, co pokazuje, że po prostu zarobiła politycznie na swoje stanowisko. A to i wiele innych jej działań z sędziowaniem i wymiarem sprawiedliwości nie ma nic wspólnego – podsumowuje Śmiszek.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Paulina Januszewska

| Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.