Kraj

Majmurek: Dlaczego Polacy nienawidzą sędziów?

sedzia

Czy PiS może politycznie wygrać walkę o sądy? Obawiam się, że tak.

PiS rozpoczął zmasowane natarcie w swojej kampanii przeciw trzeciej władzy. Po spacyfikowaniu sądu konstytucyjnego zabiera się za powszechne. Nowa ustawa uzależnia nadzorującą je Krajową Radę Sądownictwa od polityków. 50 posłów PiS z Arkadiuszem Mularczykiem na czele złożyło z kolei do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie prawomocności wyboru prof. Małgorzaty Gersdorf – prezes Sądu Najwyższego.

Trudno w ogóle wyobrazić sobie, jaki chaos prawny zapanowałby w państwie, gdyby TK przychylił się do wniosku posłów PiS i uznał, że prof. Gersdorf nie jest prawomocną prezes Sądu Najwyższego. Nawet partia Jarosława Kaczyńskiego nie chciałaby chyba przyjmować na klatę konsekwencji takiego rozstrzygnięcia.

Wniosek PiS w tej sprawie ma więc na celu raczej postraszenie i uciszenie SN, a nie faktyczne zdjęcie prof. Gersdorf z urzędu. Uciszenie w kwestii czekającego sąd orzeczenia w sprawie prawomocności wyboru sędzi Przyłębskiej na szefową Trybunału Konstytucyjnego, ale także całej pisowskiej reformy sądownictwa.

Prof. Gersdorf stała się jedną z twarzy oporu przeciw forsowanym przez PiS zmianom. Kaczyński wysyła więc w świat – za pośrednictwem grupy posłów i rządowych mediów –  przekaz: „Są wątpliwości co do sposobu wyboru prezes Gersdorf”, licząc, że przekona niezdecydowany elektorat do tego, by na całe zamieszanie wokół sądów machnąć lekceważąco ręką.

Można by tu wiele napisać, dlaczego machać nie powinniśmy, ale jeśli jesteście czytelni(cz)kami KP, to pewnie doskonale to wiecie. Dlatego chciałbym zastanowić się tu nad czymś innym: czy PiS walkę o sądy może politycznie wygrać?

Obawiam się, że niestety tak.

Populiści przeciw trzeciej władzy

PiS nigdy sądom specjalnie nie ufał, już w trakcie swoich pierwszych rządów mówił o konieczności oczyszczenia środowiska sędziowskiego, rzekomo obsadzonego przez złogi PRL i ich progeniturę, zachowującą genetycznie wierność zasadom stalinowskiej jurysprudencji.

Choć promieniująca dziś z Nowogrodzkiej żarliwa chęć wywrócenia sądów do góry nogami przybiera bardzo polskie, lokalne formy, to niechęć do trzeciej władzy jest częścią szerszego, globalnego trendu. W całym zachodnim świecie nowe ruchy populistyczne mają problem z sądami i ich rolą w liberalnej demokracji. Wojnę z sędziami orzekającymi nie po jego myśli prowadzi – na razie na swoim twitterze – prezydent Trump.

Popierające Brexit tabloidy przypuściły wściekły atak na sądy, które wymusiły przegłosowanie Brexitu w parlamencie.

W populistycznej koncepcji sfery publicznej niezależne sądownictwo postrzegane często bywa jako bariera stojąca na drodze autentycznej ekspresji i egzekucji „woli ludu”. W ramach tej koncepcji demokracja sprowadza się przede wszystkim do wyborczego aktu, w którym większość daje centralnemu ośrodkowi władzy (głowie państwa, szefowi partii) prerogatywy do swobodnego kształtowania polityki. Mandat ten mogą od czasu do czasu potwierdzać referenda i plebiscyty. Wszystkie instytucje zaprojektowane jako równowaga dla woli większości postrzegane są zaś jako „niedemokratyczne”, wśród nich sądy i sprawowany przez nie system kontroli nad prawomocnością legislacyjnych i administracyjnych posunięć władzy.

Izdebski: Nie ma „postprawa”, jest prawo i bezprawie

Wznosząca fala prawicowego populizmu na świecie nie sprzyja sądom, spycha je do defensywy. Ich sytuację pogarsza powszechny backlash przeciw ekspertom i ich wiedzy, jakiego doświadcza dziś Zachód. „Ludzie w tym kraju mają dość ekspertów”! – powiedział brexitowski torys Micheal Gove w trakcie telewizyjnej debaty, gdy dziennikarz zaczął przedstawiać ekspertyzy pokazujące, jaką katastrofą będzie Brexit. Jak pokazały później wyniki referendum na Wyspach, Gove miał chyba rację.

Sami wyprodukowaliśmy miliony medialnych analfabetów

Kustosze mrocznych kunsztów

Backlash przeciw ekspertom, będącym w Polsce heroldami i beneficjentami transformacji ustrojowej, jest ważnym paliwem „dobrej zmiany”. Sam w sobie buduje potencjalną niechęć do sędziów, wzmacnianą tylko przez niską kulturę prawną polskiego społeczeństwa, rozumianą nie tyle jako brak wiedzy ludu o prawie, ile w kategoriach realnego dostępu do pomocy i porady prawnej.

W 2015 roku w Polsce było około 35 tysięcy czynnych zawodowo adwokatów i radców prawnych. To oznacza, że jeden przypadał na tysiąc mieszkańców. W UE jeden przypada na 625 obywateli, w Stanach na 250. Taka sytuacja – będąca efektem sztucznego zamknięcia zawodu radcy i adwokata przez długą część III RP – sprawia, że większość osób – nawet z szeroko rozumianej klasy średniej – nie ma łatwego dostępu do pomocy prawnej. Niska podaż prawników winduje w górę ceny ich usług często ponad zasoby klasy średniej, o ludowej nie wspominając.

Powoduje to, że prawnicy jawią się jako wyalienowana ze społeczeństwa kasta, stojąca na straży jakiegoś tajemniczego, złowrogiego kunsztu – Prawa – z którym „prosty człowiek” powinien unikać kontaktu, bo oznacza to dla niego wyłącznie kłopoty.

Po czyjej stronie stoją sądy?

Nawet w rozwiniętych, mieszczańskich demokracjach kultura klas ludowych pełna jest obrazów skorumpowanych sądów, lęku przed sądem jako instytucją stojącą nie tyle na straży sprawiedliwości, ile możnych i ich władzy. Ten obraz silniejszy jest w Polsce, gdzie normalnej, mieszczańskiej demokracji nie udało się jak dotąd zbudować.

Zwłaszcza że ciągle spływają prasowe doniesienia o tym, jak wyroki sądów sprzyjają lokalnym elitom: księdzu plebanowi, dobrodziejowi pracodawcy, członkom prawniczych korporacji. Niedawno czytaliśmy o wyroku sądu w Kielcach, który skazał lokalnego przedsiębiorcę na 4,5 roku więzienia za… zatłuczenie metalową rurką swojego pracownika. Sąd zmienił w trakcie procesu kwalifikację prawną czynu z usiłowania zabójstwa na spowodowanie ciężkiego uszkodzenia ciała. Z drugiej strony sądy szczególnie chętnie szafują instytucją aresztu tymczasowego, który – zwłaszcza osobom o słabszej pozycji społecznej – może całkowicie rozwalić ekonomiczne podstawy bytu, zanim sąd w ogóle zdąży orzec o ich winie.

Sądy – głównie rejestrowe – zawiodły w głośnej sprawie Amber Gold. Skandale warszawskiej reprywatyzacji nie byłyby możliwe, gdyby nie decyzje sądów, gotowych ustanawiać kuratorów z Karaibów dla dziarskich staruszek w wieku lat 120. Często działo się to nawet nie w wyniku mechanizmów korupcyjnych, ale lenistwa, braku wiedzy i doświadczenia, czy głęboko wdrukowanego zwłaszcza w głowy młodych sędziów przekonania o „świętym prawie własności”.

Skandale warszawskiej reprywatyzacji nie byłyby możliwe, gdyby nie decyzje sądów, gotowych ustanawiać kuratorów z Karaibów dla dziarskich staruszek w wieku lat 120.

Zbierając razem wszystkie takie przypadki, łatwo zbudować narrację o „sądach służących wyłącznie elitom”. Środowiska prawnicze odpowiadały na nią na ogół, że nawet jeśli zdarzają się błędne orzeczenia, to zwykle prostowane są w wyższych instancjach, a nawet jeśli nie, to nie można na tej podstawie obwiniać całego systemu, jak robią to szukające sensacji tabloidy i polityczni populiści, marzący o wystąpieniu w glorii sanatorów skorumpowanego układu. Choć to stwierdzenie nie jest pozbawione racji, nie pomaga ono polskim sądom z ich wizerunkowymi problemami. A te są wyraźne. 60% badanych w 2016 roku odpowiadało „tak” lub „raczej tak” na pytanie, czy „sądy dbają wyłącznie o swoje interesy”. 57% ankietowanych podobnie odpowiedziało na pytanie, czy są przekupne. Taki stan nieufności dostarcza paliwa PiS.

Choroba opieszałości

Dostarcza go też opieszałość sądów. W tym samym badaniu za opieszałe polskie sądy uznało aż 80% pytanych.

Nie jest to jednak tylko kwestia subiektywnej percepcji badanych. Polacy są w czołówce skarżących się na opieszałość do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Obywatele skarżą się na nią także w Polsce, często wygrywając. W 2014 roku skarb państwa za opieszałość wymiaru sprawiedliwości musiał wypłacić odszkodowania około 1,7 tysiąca obywateli. Sięgnęły prawie kwoty 5 milionów złotych.

Opieszałość nie musi wynikać z lenistwa czy złej woli sędziów. Źródła problemu rozpoznano już lata temu. Jak pisze publicysta „Rzeczpospolitej”, opieszałość wynika głównie z obłożenia sędziów pracą nadzorczo-administracyjną oraz przeciążenia sądów procedurami nieliczącymi się z „ekonomiką procesu”. Od czasu postawienia tej diagnozy nie wykonano jednak żadnego kroku w kierunku kuracji. Sędziowie nie tylko nie zrobili w zasadzie nic, by wspólnie z politykami spróbować rozwiązać ten problem, ale też nie byli w stanie sensownie przedstawić go opinii publicznej.

Szczucie socjalem

Paliwa PiS dostarcza wreszcie materialny status sędziów. Jak na elitę prawniczych zawodów w Polsce zarabiają oni faktycznie niewiele i mogą czuć się ekonomicznie sfrustrowani. Ujawnianie tej ekonomicznej frustracji przed silnie spauperyzowanym społeczeństwem, gdzie najczęściej wypłacana do ręki płaca oscyluje w granicach 500 euro, jest receptą na niechęć opinii publicznej. Na tle tego, jak wygląda płaca i praca w Polsce, zarobki sędziów, bezpieczeństwo ich pracy, stan spoczynku, przywileje emerytalne mogą budzić złość i zawiść społeczeństwa.

Dlatego takie wypowiedzi jak ta sędzi Gersdorf, że „za 10 tysięcy można żyć dobrze tylko na prowincji”, to strzelanie sobie przez środowisko w kolano. Sędzia Gersdorf ma w pewnym sensie rację: 10 tysięcy brutto to nie są w Polsce wielkie pieniądze. Większość ludzi zarabia dużo mniej, ale też większość nie uważa swojej sytuacji ekonomicznej za dobrą czy choćby względnie komfortową. Prawnicze elity zarabiają sporo więcej. Dyskusja, czy sędziowie, zwłaszcza na wysokich stanowiskach, nie powinni zarabiać więcej, nie byłaby nieracjonalna. Ale domaganie się tego w tonie roszczenia w środku nagonki PiS na kastę sędziowską to polityczny samobój.

Łętowska: Tego „wygaszenia” już się nie da odkręcić

Trzecia władza w klinczu

Akcja przejmowania sądów przez PiS karmi się pretensjami o sprawy, których środowisko sędziowskie nie potrafiło załatwić przez całą III RP. Gdyby sądy były w stanie same się sensownie uregulować, gdyby umiały jasno przekazywać społeczeństwu, co jest w sądownictwie nie tak, co trzeba poprawić, kiedy to zostanie zrobione, PiS nie miałby politycznie szans tej walki wygrać. Ponieważ trzecia władza nigdy nie nauczyła się rozmawiać z ludem, dziś partia Kaczyńskiego przy przynajmniej obojętności społeczeństwa kawałek po kawałku rozbierać będzie mur chroniący sądy przed ręcznym sterowaniem przez parlamentarną większość.

Trzecia władza, a wraz z nią polska demokracja liberalna, jest w klinczu. Z jednej strony mamy systemowe problemy sądownictwa III RP (przewlekłość, biurokracja, wyroki na korzyść elit, brak komunikacji ze społeczeństwem), z drugiej wizję trzeciej władzy zmienionej w wykonawcze ramię rządzącej partii. Obie opcje są złe. Wyartykułowanie jakiejś trzeciej i wyrwanie się z przestrzeni między Scyllą teoretycznego państwa, jakie było, a Charybdą autorytaryzmu, jaki nadchodzi, będzie wielkim testem dla środowiska prawniczego i opozycji. Powstrzymać walec PiS, jednocześnie nie konserwując istniejących patologii, to zadanie na granicy wykonywalności. Niestety w najbliższych latach polityka nie będzie nam podsuwać innych.

Składanie państwa z kupy kamieni

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco