Kraj

Im dalej w las, tym więcej hipokryzji

W Polsce 80 proc. lasów jest własnością publiczną, czyli należy do wszystkich. Zarządzanie niemal wszystkimi tymi terenami powierzono Lasom Państwowym, ale leśnicy, zamiast działać w interesie społecznym, od lat traktują lasy, jak gdyby należały do nich, i wykorzystują je w sposób, który istotnie zagraża środowisku – mówi nam Augustyn Mikos z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.

Lasy Państwowe zaapelowały do Polek i Polaków o to, by dwa razy zastanowili się, zanim następnym razem wcisną na swoich komputerach polecenie „drukuj”. W ten sposób chcą zachęcić społeczeństwo do oszczędzania papieru, powołując się na niechlubne statystyki jego zużycia, które rosną „mimo komputeryzacji i dostępu do elektronicznych systemów”.

Instytucja informuje na swoim Facebooku: „Średnio na świecie jedna osoba zużywa ok. 55 kg/rok [papieru – red.], ale już średnia europejska to 147 kg/rok! Aż 7 na 10 krajów o największym zużyciu papieru znajduje się właśnie w Europie. Polska na świecie zajmuje 19. miejsce”.

Internauci szybko jednak wytknęli LP nie tylko to, że niesłusznie przenoszą odpowiedzialność za nadmierne marnotrawstwo drzew i troskę o środowisko na przeciętnego Kowalskiego, ale także ogromną hipokryzję. Po pierwsze – najwięcej dokumentów drukują wielkie firmy i urzędy, a nie prywatne osoby. Po drugie – kto jak to, ale LP pouczające obywateli w temacie ochrony przyrody wypadają co najmniej tak przekonująco jak rzeźnicy dający mięsożercom wykład o weganizmie.

Nie ma w tym cienia przesady, bo sytuacja w polskich lasach, które w wyniku działalności zarządzającego nimi państwowego organu przypominają raczej fabryki drewna, wygląda gorzej niż źle. Skalę i rodzaj tych problemów, spowodowanych masowymi i często bezprawnymi wycinkami, prezentuje opublikowany niedawno raport Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, którego eksperci przypominają, że w ciągu ostatnich 30 lat ilość „pozyskiwanego drewna w lasach zarządzanych przez Lasy Państwowe wzrosła ponad dwukrotnie”.

Nic jednak nie wskazuje na to, by ta tendencja miała wkrótce wyhamować.

O tym, dlaczego potrzebujemy natychmiastowej głębokiej reformy prawa i sposobu zarządzania terenami leśnymi, rozmawiamy z Augustynem Mikosem, jednym z autorów powyższej analizy.

Paulina Januszewska: Czy łatwo jest zdobyć informacje o tym, co dzieje się w polskich lasach?

Augustyn Mikos: Zasadniczo Lasy Państwowe na mocy polskiego prawa, czyli Ustawy o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko, mają obowiązek dzielić się danymi na temat swojej działalności. Wyjątek stanowią jedynie kwestie poufne, których ujawnienie mogłoby zagrozić np. bezpieczeństwu kraju. LP nie mogą więc niczego zatajać. Ale to nie znaczy, że chętnie i sprawnie odpowiadają na nasze wnioski.

Tylko?

Podczas przygotowywania raportu wielokrotnie zwracałem się do LP i nadleśnictw o przesłanie danych dotyczących pozyskania drewna, czyli wskazania miejsc i okresów, w których odbywały się wycinki, a także ilości otrzymanego surowca i zgodności przeprowadzania procedur z prawem. W odpowiedzi wysyłano mi informacje z opóźnieniem lub np. w formie zaszyfrowanego pliku. Innym razem, pomimo próśb o udostępnienie informacji w formacie excelowskim, dostałem PDF-y, co znacząco utrudniało mi pracę. Na dodatek często wymagano ode mnie przedstawienia interesu, w ramach którego wnioskowałem o udostępnienie statystyk.

Rozumiem, że to wydłuża cały proces, ale czy nie jest przypadkiem konieczne?

Nie. Przepisy nie nakładają obowiązku podawania żadnych uzasadnień na osobę występującą o informacje. Ale bywa też i tak, że po spełnieniu owych bezprawnych zaleceń druga strona po prostu milczy. W sumie na 46 wniosków, które wysłałem, osiem nie doczekało się żadnej reakcji nadleśnictw.

Las to nie fabryka drewna. Obywatele to wiedzą. A leśnicy?

Raport Lasy poza kontrolą jasno wskazuje, że polska gospodarka leśna potrzebuje kompleksowych zmian. Tego zdania najwyraźniej jednak nie podziela minister środowiska Michał Kurtyka, który w wysłanym niedawno do Komisji Europejskiej liście domaga się zwiększenia swobody i elastyczności dla rządów członkowskich w wycinaniu terenów zielonych. Co pan na to?

Przykład Polski już teraz dobrze pokazuje, jak w praktyce działa swoboda w zarządzaniu lasami. Oznacza niepodporządkowywanie się obowiązującym regulacjom, niszczenie ekosystemów, a także podejmowanie działań stojących w sprzeczności z oczekiwaniami społecznymi i rodzących konflikty. Jeśli pan minister chciałby mieć jeszcze większą dowolność w eksploatacji lasów, to strach się bać wszystkiego złego, co jeszcze mogłoby się wydarzyć. Oburzające przede wszystkim jest to, że według Michała Kurtyki powinniśmy bez przeszkód móc zrównywać z ziemią stare lasy. Ich narzuconą przez UE ochronę uważa bowiem za „niespójną z celami klimatycznymi”. W ustach ministra środowiska taka wypowiedź brzmi co najmniej kompromitująco.

Dlaczego?

Bo wymienione zasoby stanowią niezbędny element w walce z globalnym ociepleniem. W środowisku naukowym panuje co do tego konsensus. Stare lasy pochłaniają, a przede wszystkim magazynują ogromne ilości dwutlenku węgla, który gromadziły przez setki, a nawet tysiące lat. Nie możemy jednak zapominać, że tak naprawdę w dobie kryzysu i konieczności zredukowania emisji gazów cieplarnianych liczą się wszystkie ocalone drzewa.

Pisze pan w raporcie, że naukowcy szacowaną ilość związanego w lasach węgla (650 GT) porównują do tej, która znajduje się w atmosferze (860 GT).

Poza tym dodatkowo wiążą one około 30 proc. rocznych emisji CO2 do atmosfery. Dlatego argumentacja Kurtyki jest błędna, choć niezaskakująca. To po prostu reakcja na przyjętą rok temu i opracowaną w ramach Zielonego Ładu Strategię Bioróżnorodności UE, która przewiduje wprowadzenie ścisłej ochrony wszystkich lasów pierwotnych i starodrzewów, odbudowę zdegradowanych ekosystemów leśnych, a także wdrożenie zmian w gospodarowaniu pozostałymi terenami w taki sposób, by ochronić klimat i zatrzymać proces utraty bioróżnorodności.

Minister przestraszył się, że plany Europy doprecyzowane dodatkowo w opublikowanej niedawno Strategii Leśnej ukrócą samowolkę Lasów Państwowych i skalę wycinek?

Owszem, bo polski rząd nie tylko nie przejmuje się ochroną środowiska, ale wręcz uważa przyrodę za przeszkodę i zagrożenie dla swoich działań. Tymczasem UE chce, by do 2030 roku objąć ochroną 30 proc. lądów i mórz w krajach członkowskich, z czego 10 proc. ma znaleźć się pod ochroną ścisłą. Zwłaszcza ta druga liczba zdaje się niepokoić polskie władze, bo znacząco rozszerzyłaby strefę wyłączoną z eksploatacji, obejmując w dużej mierze właśnie tereny leśne. Poza tym dokumenty przyjęte przez organy unijne zakładają też szereg innych zmian, które m.in. zwiększyłyby uprawnienia organizacji pozarządowych i obywateli w decydowaniu o środowisku. Brak tego narzędzia stanowi obecnie największą zmorę dla polskiego społeczeństwa, które nie jest w stanie w żaden sposób kontrolować funkcjonowania Lasów Państwowych.

Komisja Europejska będzie nas w tej sprawie nawet skarżyć do Trybunału Sprawiedliwości UE. O co dokładnie chodzi?

Zacznę od tego, że w Polsce 80 proc. lasów jest własnością publiczną, czyli należy do wszystkich. Zarządzanie niemal wszystkimi tymi terenami powierzono LP, ale leśnicy, zamiast działać w interesie społecznym, od lat traktują lasy, jak gdyby należały do nich, i wykorzystują je w sposób, który istotnie zagraża środowisku. Główny problem stanowi jednak niezgodne z wytycznymi UE prawo, które nie pozwala zaskarżyć do sądu tzw. Planu Urządzenia Lasu.

Czyli?

Dokumentu, na podstawie którego prowadzi się gospodarkę leśną w lasach zrządzanych przez LP. Zawarte w nim wytyczne obejmują okres 10 lat i powinny być – po pierwsze – konsultowane społecznie, a – po drugie – zgodne z przepisami dotyczącymi ochrony przyrody – polskimi i europejskimi. W rzeczywistości jednak jest tak, że LP nie biorą pod uwagę stanowiska obywateli oraz nagminnie łamią regulacje. To wszystko zatwierdza później minister środowiska, a jego decyzja jest prawomocna. Jako obywatele i obywatelki nie mamy więc żadnego wpływu na wspólne dobro, jakim są lasy, co dla KE stało się podstawą do upomnienia polskich władz o korektę przepisów, a następnie – w wyniku braku reakcji naszego rządu – decyzji o złożeniu przeciwko Polsce pozwu do TSUE.

Polityka klimatyczna w Polsce wymaga solidarności, a nie wyrzeczeń

Mówił pan, że nasze możliwości kontroli są niemal żadne. Dlaczego konsultacje społeczne, które są wymagane przy tworzeniu planów, nie działają?

Istnieją tylko iluzorycznie, na papierze, nie są zwoływane na czas, często zaczynają się w momencie wejścia w życie planu, a więc w chwili, gdy naniesienie korekt nie jest już możliwe. Gdy mimo wszystko próbujemy jakoś wpływać na realizację PUL-i, nadleśnictwa ignorują nasze prośby. Możemy więc sobie złożyć tysiąc merytorycznych, konsultowanych z ekspertami uwag, ale one nie są wiążące dla LP i zazwyczaj zostają jednym podpisem anulowane. To dzieje się praktycznie cały czas. Wystarczy wspomnieć o konflikcie trwającym w Turnickim Parku Narodowym, gdzie piły idą w ruch pomimo protestów organizacji pozarządowych. Zresztą w 2017 roku do Puszczy Białowieskiej – najcenniejszego lasu nizinnego w Europie – też wjechały ciężkie maszyny i bez trudu wycięły drzewa chronione na mocy prawa polskiego i europejskiego.

Jakim jeszcze nieprawidłowościom przyglądał się pan w raporcie?

Okazuje się, że w wielu nadleśnictwach funkcjonuje szara strefa, czyli okresy, w których w lasach odbywają się prace, mimo że PUL-e nie zostały zatwierdzone. Zazwyczaj to 3–5 miesięcy, a w ekstremalnych przypadkach nawet 18, w czasie których LP robią wszystko, co chcą, na podstawie własnych, wewnętrznie opracowywanych, samodzielnie zatwierdzanych i nieujawnianych planów będących całkowicie poza czyjąkolwiek kontrolą.

I co się wtedy dzieje? Tną drzewa na potęgę?

Na podstawie przeprowadzonego przez nas społecznego monitoringu udało nam się policzyć, że w ciągu 14 miesięcy (od 1 stycznia 2020 do 17 marca 2021) LP pozyskały w lasach publicznych bez zatwierdzonych PUL-i co najmniej 2 mln m3 drewna. Przykładowo w Nadleśnictwie Suchedniów, jednym z 46 analizowanych nadleśnictw, pozyskano ponad 42 tys. m3 drewna, zanim projekt PUL trafił do konsultacji społecznych, oraz 100 tys. m3 drewna, zanim RDOŚ zdążyła przygotować opinię dotyczącą wpływu wskazanych w planie wycinek na środowisko. Działa to mniej więcej tak, jakby wystąpiła pani o zezwolenie na budowę domu, ale nie czekała na decyzję, tylko od razu – de facto nielegalnie – zabrała się do pracy.

Skoro rząd nic z tym nie robi, to pozostaje nam liczyć na KE?

Nie ma wątpliwości co do tego, że w ostatnim czasie KE bardzo poważnie podchodzi do polepszenia ochrony bioróżnorodności i lasów, z czym nieprzypadkowo zbiegło się skierowanie przeciwko Polsce spraw dotyczących kwestii środowiskowych do TSUE. Mam nadzieję, że to zadziała, choć na pewno trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość. Czas nie działa tutaj na korzyść przyrody, bo tego typu sprawy ciągną się latami. W unijnej strategii jest jednak zapisane, że organy europejskie będą bardziej niż dotychczas egzekwować prawo środowiskowe. Nam pozostaje wierzyć w to, że KE wywiąże się z tych deklaracji.

A czy to podziała na Polskę?

Biorąc pod uwagę obecny klimat polityczny, wydaje mi się, że mamy zbyt wiele do stracenia, by postawić się Wspólnocie na wszystkich frontach. Poza tym oprócz odgórnego nacisku, jaki wywiera i zapewne będzie wywierać UE, w Polsce widać coraz większą, oddolną mobilizację obywatelską na rzecz ochrony lasów. Kwestia przeciwdziałania wycinkom zajmuje też coraz większą uwagę polityków partii opozycyjnych, którzy zdają sobie sprawę, że nie mogą ignorować tematu. Myślę więc, że zatrzymanie dewastacyjnego szaleństwa LP jest kwestią czasu. Wprawdzie nie wiem, ile nam to zajmie, ale w końcu na pewno nastąpi.

Czy przypadkiem nie należy się jednak spodziewać, że lasy będą znikać ze względu na pozyskiwanie drewna energetycznego, które UE nadal zalicza do źródeł odnawialnych?

Wykorzystanie biomasy leśnej przez sektor energetycznego tak naprawdę pozostaje nie do końca jasną kwestią, bo dane na ten temat, choć niezwykle istotne i pożądane w kontekście deklaracji dotyczących emisji i osiągania celów klimatycznych, są trudno dostępne. Samo państwo nie wie i nie kontroluje, ile drewna przeznaczane jest na cele energetyczne, bo mierzy ogólną ilość drewna opałowego, czyli także wszystko, co trafia do indywidualnych gospodarstw domowych. Oczywiście mamy świadomość, że tendencja wykorzystania biomasy leśnej jest wzrostowa, jednak wiemy też, że spora część tej, która służy do wyprodukowania prądu czy ciepła, pochodzi z importu.

Biomasa to ekościema

czytaj także

Biomasa to ekościema

Łukasz Dąbrowiecki

Skąd dokładnie?

Drewno sprowadzamy przede wszystkim z Białorusi. W obliczu kryzysu klimatyczno-ekologicznego tak naprawdę niewiele to jednak zmienia, bo gazy cieplarniane są nadal emitowane (podczas spalania, ale i dodatkowo w ramach transportu drewna), a bioróżnorodność – niszczona. Efekty wycinek lasów dotykają nas wszystkich globalnie, niezależnie od tego, czy zrównamy z ziemią las w Brazylii, Białorusi czy Białowieży. Przestawianie energetyki węglowej na opartą na biomasie pozyskiwanej prosto z lasów, a nie odpadów produkcyjnych itd., uważam więc za bardzo zły kierunek, który nie ma nic wspólnego z zeroemisyjnością, a dodatkowo niszczy leśną przyrodę. A ta należy do najbardziej bioróżnorodnych ekosystemów na lądzie, w których żyje 80 proc. gatunków lądowych. Niestety minister Kurtyka w liście, o którym mówiliśmy wcześniej, bardzo pozytywnie odnosi się do tego surowca i na nim w dużej mierze chce oprzeć polską energetykę.

Powiedzieliśmy, co nie działa. Jak to naprawić?

W naszym raporcie przedstawiliśmy szereg rekomendacji, spośród których najważniejsze – naszym zdaniem – jest zapewnienie społecznej i instytucjonalnej kontroli działań podejmowanych przez LP. Pierwszym krokiem ku temu powinno być wprowadzenie możliwości zaskarżenia PUL-i w sądzie. Kolejna sprawa to organizowanie realnych konsultacji społecznych, ale też prowadzenie gospodarki leśnej wyłącznie na podstawie zatwierdzonego decyzją ministra Planu Urządzenia Lasu. Chodzi o to, żeby ograniczyć samowolę LP, ale też podporządkować gospodarkę leśną wymogom wynikającym z ochrony gatunkowej.

Czy nie takie cele ma stworzony na terenie Polski obszar Natura 2000?

Niestety w praktyce ochrona nie działa. Leśnicy mogą sobie ciąć drzewa niemal wszędzie, wraz z siedliskami poszczególnych gatunków, i nie ponosić z tego powodu żadnych konsekwencji. Prawo takich nie przewiduje. Dlatego korekta przepisów jest tak istotna, jak również stworzenie wystarczającej liczby obszarów chronionych w Polsce. W tej chwili mamy zbyt mało parków narodowych, rezerwatów przyrody i lasów wyłączonych z użytkowania.

Własnymi ciałami bronią lasu przed wycinką

czytaj także

Jak to wygląda w liczbach?

W parkach narodowych i rezerwatach znajduje się 3 proc. lasów, 97 proc. to lasy eksploatowane gospodarczo. To powinno się zmienić. Rekomendujemy, by 20 proc. terenów leśnych została całkowicie wyłączona z surowcowej gospodarki. Wierzę, że się to uda. Mamy na tyle mocne poparcie społeczne dla ochrony przyrody i lasów, że jeśli z jednej strony UE zaczyna troszczyć się o lasy, a z drugiej domaga się przywrócenia kontroli obywatelskiej nad przyrodą, to siłą rzeczy negatywny wpływ szkód wyrządzonych środowisku przez Lasy Państwowe w końcu zacznie się zmniejszać. Choć musimy pamiętać, by nie ustawać w wywieraniu presji na rządzących.

**

Augustyn Mikos – koordynator kampanii leśnych Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot. Zaangażowany również w działanie oddolnych ruchów obywatelskich walczących o skuteczną ochronę najcenniejszych przyrodniczo lasów w Polsce – Puszczy Białowieskiej i Puszczy Karpackiej.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij