Kraj

Najgorsze na uczelniach jeszcze przed nami

To doprawdy zadziwiające, że nawet od młodych lewicowców można usłyszeć: lekarstwem na bolączki polskiej akademii jest walka o jakość. Nie. Lekarstwem tym są godziwe warunki pracy i obywatelska podmiotowość. Zapewnijcie to minimum, a jakość niechybnie się podniesie – polemika Moniki Helak z artykułem Krzysztofa Posłajki.

Walka o polski uniwersytet trwa – tyle że z ulic, sal komisji sejmowych czy balkonów budynków rektorskich przeniosła się do wnętrz uniwersytetów. To tam, na posiedzeniach uczelnianych senatów i innych gremiów, szlifuje się statuty, które zdecydują o rozległości szkód wynikłych z wprowadzenia Ustawy 2.0. Możliwe zmiany są rozpięte między zachowaniem status quo a przemeblowaniem uczelni na modłę scentralizowanej korporacji.


Decydujący głos podczas tych prac mają dotychczasowi akademiccy decydenci: rektorzy, dziekani i profesorowie blisko struktur władzy. Ich pomysły, takie jak uwalnianie się od „rygorów kodeksu pracy” czy lekceważenie sytuacji materialnej doktorantów, nieraz antagonizowały mniej wpływowe grupy: doktorantów, młodych pracowników naukowych czy technicznych – i nie ma powodu sądzić, że tym razem będzie inaczej. Sama reforma, przez rozrost biurokracji i zapędzanie badaczy do wyścigu o „doskonałość naukową”, jeszcze bardziej odizoluje uniwersytet od potrzeb społecznych. Wydarzenia kulturalne, prowadzenie badań krytycznych, zaangażowanie społeczne – w świecie uczelni 2.0 są to działania, jeśli nie niemile widziane, to kompletnie pomijalne.

Prawdopodobny rezultat reformy będzie więc miał niewiele wspólnego z lewicowymi ideałami. Dlatego zaskakuje optymizm Krzysztofa Posłajki bijący z tekstu Nie taki Gowin straszny. Jeszcze bardziej zdumiewa przekonanie autora, że nolens volens minister nauki wprowadza zmiany częściowo korzystne z punktu widzenia lewicy.

Nie taki Gowin straszny

czytaj także

Nie taki Gowin straszny

Krzysztof Posłajko

Nasuwa się pytanie: jaki powinien być lewicowy uniwersytet? Jak sądzę, pewne jego cechy są oczywiste. Wyróżniłabym tu przede wszystkim silną pozycję pracowników (nie tylko naukowych, lecz także technicznych; nie tylko profesury, lecz także młodych adiunktek), demokratyczne, oddolne zarządzanie przez całą społeczność akademicką (w tym doktorantki, studentów i sprzątaczki) oraz brak klasowej, ekonomicznej i kulturowej preselekcji przy rekrutacji pracowników i studentów wszystkich stopni. Lewicowy uniwersytet, jako dobro wspólne, powinien służyć społeczności, która go utrzymuje. Posłajko skupia się na pierwszym aspekcie, prześlizguje się nad drugim, a trzeci i czwarty właściwie pomija.

Nowy wspaniały zakład pracy

Akademia w istocie jest paskudnym miejscem pracy. Wyobraź sobie, że szef nakazuje ci sfinansować z własnych środków laptop, na którym pracujesz, oraz startować w konkursie branżowym, byś mógł opłacić niezbędny ci do pracy program komputerowy. Nie masz własnego biurka, a czasami i jakiegokolwiek wspólnego pomieszczenia, gdzie mógłbyś coś przeczytać czy napisać, więc robisz to w domu albo szukasz wolnego miejsca w bibliotece, między studentami uczącymi się do sesji. Czy do twoich obowiązków należy prowadzenie szkoleń? W takim razie może się zdarzyć, że pod twoją dydaktyczną opieką znajdzie się 25 zdezorientowanych osób; z tematem swoich zajęć miałeś ostatni raz styczność, kiedy sam studiowałeś, a jeśli „współpracujesz” z uczelnią na umowie śmieciowej, to może się zdarzyć, że wypłatę za przetrwanie kilku miesięcy tej chaotycznej przygody otrzymasz po kolejnych miesiącach. Dodaj do tego status doktoranta, a możesz mieć to wątpliwe szczęście, by wszystkie te zadania wykonywać za darmo w nadziei, że w nadchodzącym roku akademickim może skapnie ci około połowy pensji minimalnej.

Akademia w istocie jest paskudnym miejscem pracy.

W istocie, w takich warunkach wystarczą nawet niewielkie zakupy (dostawienie krzeseł? używanych laptopów?), by poczuć złudny powiew pracowniczej rewolucji. Ministerialne propozycje powszechnych wynagrodzeń dla słuchaczek szkół doktorskich czy formalne ułatwienie zatrudniania na umowę o pracę, o których pisze Posłajko, mogą wręcz wzbudzać entuzjazm. Problem w tym, że ich zbawienny efekt może się kompletnie rozmyć w instytucjonalnym kontekście struktury zatrudnienia na akademii.

Ustawa 2.0 drogą ukochanej przez Gowina deregulacji liberalizuje bowiem warunki zatrudniania dydaktyków. Od teraz rektorom dużo łatwiej będzie ich zatrudniać na umowach czasowych, z czego włodarze uczelni chętnie skorzystają, zwłaszcza w przypadku lektorów czy nieutytułowanych jeszcze pracownic naukowych, zależnych od zmiennych wiatrów mód na kolejne innowacyjne kierunki studiów. W niektórych placówkach już teraz zapowiada się redukcję etatów. Być może łatwiej będzie zatrudnić badacza (zwłaszcza ściągniętego z zagranicy) na lukratywny, długoterminowy kontrakt – czy to nam jednak zrekompensuje potencjalną armię dydaktyków-prekariuszy? Dla lewicy ta perspektywa powinna być nie do przyjęcia.

Reforma Gowina, czyli „nadzorować i karać”

Posłajko przywołuje postulat entuzjastów reformy (także tych teoretycznie lewicowych): walkę z uczelnianym feudalizmem. Jego ostoją miały być rządzone przez profesorów wydziały, których istnienie gwarantowała stara ustawa. Na użytek dyskusji możemy pominąć fakt, że były one miejscem umocowanego, demokratycznego mandatu choćby adiunktek czy studentów, nawet jeśli instytucjonalną przewagę mieli tam profesorowie. Reforma nie likwiduje wydziałów wprost, ale o nich nie wspomina, co Uniwersytetowi Warszawskiemu pozwala już na próbę skupienia władzy w rękach rektora i osób mu bezpośrednio podległych. Niemniej jest to teoretycznie świetna okazja, by podnieść pozycję (rzeczywiście nie do pozazdroszczenia) młodych pracowników uniwersyteckich czy wzmocnić głos studentów i doktorantów.

Gowin jednak dobrze to zaplanował: powiedział uczelniom „rządźcie się same” i dał im rok (jeden rok!) na stworzenie koncepcji nowych ustrojów, organizacji zatrudnienia, badań i dydaktyki, rozdzielenie kompetencji, ustalenie nowych zasad rekrutacji… Rezultatem jest chaos i mordercze tempo legislacji, za którym nie sposób nadążyć, nie mówiąc o merytorycznym rozeznaniu i współudziale w jej tworzeniu.

Kto chce nam zabrać uniwersytet?

czytaj także

W tych warunkach największe możliwości samoorganizacji mają już ustosunkowani rektorzy i dziekani, którzy w ramach codziennych obowiązków służbowych toczą spory o podział władzy. Jedynie od ich dobrej woli zależy, czy dopuszczą do politycznego samostanowienia uczelni, do tej rzekomej autonomii, kogoś jeszcze. Jak łatwo się domyślić, nierzadko tej dobrej woli im brakuje. I to wszystko mimo oddolnych wysiłków aktywistek i działaczy akademickich, żywo obecnych w wielu ośrodkach naukowych (m.in. w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Katowicach czy Lublinie), którzy tę polityczną pracę wykonują za darmo i w czasie wolnym.

Nauka dla pięknych i bogatych

Wciąż – może być gorzej. Posłajko słusznie wskazuje, że diabeł tkwi w szczegółach, czyli w rozporządzeniach, które zdecydują m.in. o finansach. Jest to mantra, którą warto powtórzyć: bez dodatkowych nakładów pozycja członków i członkiń społeczności akademickiej nie ma szansy się poprawić. Inaczej będziemy te same nikłe środki przesypywać z jednego worka do drugiego.

Prekariusze na uczelniach

Teoretycznie nie wiadomo dokładnie, jakich nakładów można się spodziewać, choć pewne wskazania co do mechanizmów finansowych można znaleźć w ustawie. Gowin nie koryguje swoich ministerialnych poprzedniczek, za to idzie im w sukurs. Podział na uczelnie badawcze i dydaktyczne jest przecież powtórzeniem pomysłu Kudryckiej na „uczelnie flagowe”. Kompetencje uczelni do poszczególnych zadań (np. prowadzenia szkół doktorskich czy habilitowania), a wraz z nimi nakłady finansowe, zostaną rozdysponowane zgodnie z zasadą św. Mateusza: do worków największych uczelni dosypie się jeszcze więcej, a małym się odejmie.

Długofalowe skutki dla uczelni regionalnych to mniejsze budżety, odpływ kadry (zwłaszcza tej z widokami na awanse), spadek prestiżu i atrakcyjności dla studentów. Gra toczy się m.in. o możliwość kształcenia doktorantów, których liczba w skali całego kraju spadnie. Zwolennicy Gowina przyklasną: świetnie, obecny system to oszustwo! Trudno jednak traktować przykrojenie liczby miejsc na studiach doktoranckich do liczby stypendiów – a to właśnie się stanie – jako lewicową rewolucję. Należy raczej zapytać: skoro miejsc będzie mniej, to jak zostaną one rozdzielone między uczelnie w całym kraju?

Neoliberalny zamach na naukę

czytaj także

Neoliberalny zamach na naukę

Tomasz Steifer, Maciej Kassner, Mikołaj Ratajczak

Wyobraźcie więc sobie uczelnię wojewódzką z około 18 tysiącami studentów, która może przyjąć nie więcej niż 10 doktorantów. Uniwersytet Warszawski z około 45 tysiącami studentów w tym samym czasie planuje przyjąć ich 350. Warszawa przyjmie więc jedynie 2,5 razy więcej studentów co owa mniejsza uczelnia, za to aż 35 razy więcej doktorantów. Marzysz o karierze naukowej, a nie stać cię na wyprowadzkę do drogiej europejskiej metropolii? Entuzjaści reformy skwitują twoje żale wzruszeniem ramion. Nieistotne, że regionalny charakter wykluczenia społecznego jest w Polsce faktem, a dyplom uniwersytecki pozostaje jedną z nielicznych dźwigni klasowego awansu. Warszawa i Kraków z twojego poświęcenia sfinansują swój wyścig o drugą setkę rankingu szanghajskiego.

Złudzenie „naukowej doskonałości”

Po co więc Posłajce, deklarującemu się jako socjaldemokrata, szukanie zalet Ustawy 2.0?

Słowami-kluczami są tu „jakość” i „globalizacja”. W tym samym słowniku szukać będziemy „modernizacji” czy „doskonałości naukowej” – jest to też ten sam słownik, którym Gowin, a wcześniej Kudrycka, tłumaczyli swoje reformy. Ich teza jest następująca: wszystkie postulaty są wtórne wobec konieczności naprawy fuszerki polskiej akademii. Potrzeba nam kontroli jakości, transparentności i równania do najlepszych (oczywiście z Zachodu) – konkurencji z najpiękniejszych snów ekonomicznych liberałów. Nie osiągniemy jednak tego bez rozliczenia środowiska akademickiego z jego patologii. Efekt św. Mateusza jest zresztą konsekwentnym przedłużeniem tej logiki. Co zadziwiające, ministerstwo nauki od dawna mogło się cieszyć w tej sprawie głosami wsparcia z lewej strony.

Trudno mi zrozumieć, dlaczego naprawa instytucji akademickich w problematycznych obszarach (nepotyzm, plagiaty, fałszerstwa, mobbing) ma polegać na przeoraniu uniwersytetu, i to w dodatku odgórnymi działaniami ministerstw. Dlaczego nie mamy z własnej woli zbawić się sami? Dlaczego „republika profesorska” ma być większą przeszkodą w samonaprawie niż rektorski centralizm Ustawy 2.0? I czy nie lepiej w tym samym czasie, w którym dajemy lewicową legitymację poczynaniom Gowina, walczyć o oddolną samorządność i tą drogą zmieniać ustrój uczelni?

Zadaję te wszystkie pytania, biorąc w nawias wątpliwość, czy rzeczywiście „jakość” powinna mieć w akademii prymat nad innymi kwestiami. A wbrew temu, co w przywołanym wyżej tekście z 2015 roku pisał Michał Bilewicz, jest to zupełnie nieoczywiste. Gdyby zbadać proporcję między wartościowymi publikacjami a bublami; wybitnymi badaczami a plagiatorami; świetnymi a fatalnymi dydaktykami, mogłoby się okazać, że tych drugich jest wbrew pozorom nie tak dużo. A przynajmniej na tyle mało, że żadna zewnętrzna ministerialna inwazja nie jest konieczna. Nikt tego jednak nie sprawdził.

Spór o ustawę 2.0 – o co toczy się gra?

czytaj także

Nie przeszkadza to entuzjastom reformy wciąż używać argumentu „jakości” jako pałki na środowisko akademickie, które powinno się wobec niego ukorzyć i przyjąć wreszcie tę globalizację i konkurencję; przejść pokornie na kolanach tę samą ścieżkę zdrowia, na której ciężko doświadczono chociażby akademie brytyjskie czy szwedzkie. Kierunek ten jest tym gorszy, że moglibyśmy skorzystać z naszej renty zapóźnienia i uniknąć cudzych błędów. Niestety, pod rządami Gowina szanse na to są coraz mniejsze, a retoryka modernizacyjna tylko się zaostrza.

Entuzjaści reformy Gowina wciąż używają argumentu „jakości” jako pałki na środowisko akademickie, które powinno się wobec niego ukorzyć i przyjąć wreszcie tę globalizację i konkurencję.

Powstaje tym samym pewien paradoks. Dzisiejszy kierat akademicki oznacza nieustającą ewaluację, ciągłą konkurencję o środki grantowe, kolekcjonowanie publikacji w prestiżowych czasopismach i towarzyszącą temu wszystkiemu deprywację finansową. By na dłuższą metę przetrwać w takiej branży, po prostu trzeba być mocarnym naukowcem, a swoje depresje i chęci reprodukcyjne trzymać w ryzach. Nietrudno się domyślić, w kogo to najmocniej uderza: w kobiety, w przybyłych spoza wielkich ośrodków, mozolnie budujących nieodziedziczoną znikąd pozycję zawodową i tęskniących za hipoteką, czy w migrantki z Ukrainy czy Białorusi.

W tym kontekście jest doprawdy zadziwiające, że nawet od młodych lewicowców można usłyszeć: lekarstwem na bolączki polskiej akademii jest walka o jakość. Nie. Lekarstwem tym są godziwe warunki pracy i obywatelska podmiotowość. Zapewnijcie to minimum, a jakość niechybnie się podniesie. Większość dzisiejszych naukowczyń i naukowców więcej daje akademii, niż od niej dostaje – i jest dla nich obraźliwe warunkowanie ich metodami wiecznego tropienia fuszerki i tresury kijem.

Reformator Gowin i jego tania montownia wiedzy

**
Współpraca: Piotr Drygas, Monika Kostera, Sonia Malawska.

Monika Helak – absolwentka socjologii w Kolegium MISH UW, doktorantka w Instytucie Socjologii UW, członkini zarządu Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej, aktywistka Uniwersytetu Zaangażowanego. Działaczka studenckiego samorządu oraz autorka kilku raportów dotyczących szkolnictwa wyższego w Polsce.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.