Kraj

Handel w niedzielę, czyli wolny rynek (ale tylko dla biednych)

Jeśli ograniczenie handlu w niedzielę omijają, zupełnie oficjalnie, nawet największe sieci dyskontów, a pomagają im w tym spółki Skarbu Państwa, to znaczy tyle, że państwo zupełnie się skompromitowało. Oto właśnie jedno z istotnych praw pracowniczych, wywalczone przez zaprzyjaźniony z władzą związek zawodowy, zwyczajnie przestało działać i to bez żadnych zmian legislacyjnych.

Przepisy ograniczające handel w niedziele omijane były właściwie od pierwszego dnia ich obowiązywania. Znalezienie otwartej w niedzielę placówki handlowej nigdy nie było problemem, i to nie tylko z powodu wielu wyszczególnionych w ustawie wyjątków, ale także za sprawą sprytnego omijania regulacji czy wręcz oficjalnego ich łamania. Zwykle dotyczyło to jednak niewielkich sklepów, więc przymykano oczy na ten proceder, zwłaszcza, że jednym z celów ustawy było przecież zahamowanie ekspansji tych największych.

W 2021 roku sytuacja jednak wygląda w ten sposób, że coraz trudniej znaleźć sklep, który w niedzielę byłby zamknięty. I dotyczy to także tych największych, co jest już jawną kpiną z ograniczenia handlu w niedzielę, które stało się zupełną fikcją. Dla przeciwników ograniczenia handlu to koronny dowód na konieczność zupełnego zniesienia tych przepisów. Pracownicy, którzy obok właścicieli sklepów osiedlowych mieli być głównymi beneficjentami tych zmian, zdają się jednak widzieć sprawy zupełnie inaczej.

Co myśleć o zakazie handlu w niedzielę?

Luki od początku

Małe sklepy od początku obchodziły ograniczenie niedzielnego handlu, gdyż dla nich sprawa była prostsza – wszak mogą działać cały tydzień, o ile w niedzielę za ladą stoi właściciel, więc otwarte drzwi do lokalnego sklepu nikogo nie dziwiły. I nie wzbudzały podejrzeń tak, jak w przypadku otwartego oficjalnie marketu. Za ladą często jednak wcale nie stawał właściciel, tylko pracownik, skuszony do tego lub przymuszony na różne sposoby. Poza tym właściciele sklepów wynaleźli kilka innych patentów pozwalających ominąć przepisy szerokim łukiem. Na przykład zmieniali swój numer PKD w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej na taki, który umożliwiałby im prowadzenie sprzedaży w niedzielę – chociażby na kategorię „sprzedaż prasy”. Nawet jeśli takowej tam w ogóle nie było, albo ograniczała się jedynie do dwóch tytułów z programem telewizyjnym. W tej drugiej sytuacji inspektorzy PIP byli zwykle bezradni.

Skala obchodzenia przepisów przez małe sklepy była spora, choć nie było to zjawisko powszechne. Według sprawozdania z działalności PIP za 2019 rok, w przypadku 8 proc. kontroli w małych sklepach stwierdzono naruszenie zakazu handlu w święta. W przypadku sklepów wielkopowierzchniowych nie stwierdzono łamania przepisów w święta w żadnym przypadku. Nieco inaczej było w soboty przed Wielkanocą i w Wigilię, gdy handel powinien był się zamknąć do godziny 14. Po tej godzinie aż 17 proc. skontrolowanych małych sklepów nadal prowadziło działalność z naruszeniem przepisów.

Natomiast w same niedziele nieprzestrzeganie zakazu ujawniono w 6 proc. skontrolowanych małych sklepów i aż w 14,5 procentach sklepów wielkopowierzchniowych. Przy czym w tym drugim przypadku liczba samych kontroli była niska, odbywały się one głównie w reakcji na zgłoszenie, a więc wysoki odsetek wykryć może być mylący. Poza tym były to głównie „sklepy należące do polskich przedsiębiorców, niejednokrotnie działające na zasadzie franczyzy”, więc nie chodziło o czołowe dyskonty czy hipermarkety, które generalnie do zasad się stosowały.

Poczta w markecie budowlanym

Do czasu, aż nie znalazły legalnej furtki, jaką okazało się przemianowywanie placówek handlowych na „pocztowe”. Pierwsze zaczęły to testować Żabki, które nawiązały współpracę z jedną z firm kurierskich, a następnie z Pocztą Polską. Pomysł okazał się tak atrakcyjny, że w tym roku skorzystały z niego sklepy znacznie większe. Już w maju współpracę z Ruchem nawiązał Polomarket, który świadczyć usługę „Paczka w ruchu”. W reakcji na to Alfred Bujara, szef sekcji handlowej NSZZ „Solidarność” domagał się nawet wyjaśnień od Daniela Obajtka, który kieruje Orlenem, a więc właścicielem Ruchu. Groźne pomruki związkowców na niewiele się jednak zdały i spółki Skarbu Państwa (czyli Poczta i Orlen za pośrednictwem Ruchu) nadal chętnie ułatwiają dużym sieciom handlowym omijanie przepisów. Ale nawet i bez ich udziału byłoby to możliwe – przykładowo, Intermarche otworzył swoje sklepy w niedzielę, gdyż nawiązał współpracę z UPS i InPostem.

Kolejne dyskonto-poczty zaczęły więc pojawiać się jak grzyby po deszczu. Pod koniec lipca można było zrobić zakupy w niedzielę między innymi w sklepach Dino, czyli w perle w koronie polskiego handlu   detalicznego. Jak widać „sól tej ziemi”, czyli nasz polski, rodzimy kapitał, również chętnie dołączył do wyścigu o niedzielnego konsumenta. Otwarły się nawet markety budowlane Bricomarche – jak tak dalej pójdzie, to listy będzie można odbierać też w Media Markt i Decathlonie. O ile już nie można – bo sprawa jest tak rozwojowa, że trudno nadążyć. Wisienką na torcie było oczywiście otwarcie w niedzielę pod koniec lipca części sklepów Biedronki, która nawiązała współpracę z Pocztą Polską.

Można się z tego śmiać, ale tak naprawdę sprawa jest poważna. Jeśli bowiem ograniczenie handlu w niedzielę zupełnie oficjalnie omijają nawet największe sieci wielkopowierzchniowe (w tym ta absolutnie największa), a pomagają im w tym spółki Skarbu Państwa, to znaczy tyle, że nasze państwo zupełnie się skompromitowało. Jedna ze sztandarowych regulacji wdrożonych przez obecną partię rządzącą zwyczajnie przestała działać i to bez żadnych zmian legislacyjnych. Trudno sobie wyobrazić większy blamaż instytucji publicznych. A co najciekawsze, ta sprawa właściwie mało kogo obchodzi, poza kilkoma szeregowymi posłami. Przepisy się nie przyjęły, no trudno. Nie one pierwsze i nie ostatnie, vide prawo budowlane w niektórych częściach Polski.

W przededniu paczkomatozy. Jak e-handel niszczy polskie miasta

Średnie sklepy dają radę

Ta bierność władzy wobec omijania prawa wynika po części zapewne z tego, że ograniczenie handlu w niedzielę nie spełniło swojego kluczowego celu, jakim było zatrzymanie ekspansji największych sieci detalicznych. Liczba małych sklepów osiedlowych, tj. do 40 m. kw. powierzchni spada tak, jak spadała. Przepisy zostały wprowadzone w roku 2018. W tym samym roku liczba małych sklepów spadła z 35,4 tys. do 33,2 tys., czyli o ponad 6 procent. Rok wcześniej spadła co prawda aż o 8 proc., ale np. dwa lata wcześniej jedynie o 5 proc. W 2018  roku spadła zresztą liczba sklepów wszystkich formatów, z hipermarketami włącznie, poza supermarketami oraz oczywiście dyskontami (wzrost o 4 proc.), które kontynuują swój zwycięski pochód przez polski rynek handlu detalicznego.

W kolejnych latach liczba małych sklepów nadal spadała. W 2020 r. wynosiła już tylko niecałe 29 tys., czyli skurczyła się o kolejne 5 procent. W tym czasie liczba dyskontów wzrosła o 5 proc. i jest ich już 4,4 tysiąca. Kolejne 4,4 tys. to supermarkety, które w zeszłym roku, mimo pandemii zaliczyły wzrost nawet o 6 proc. Wciąż spada liczba hipermarketów, które po początkowych sukcesach nad Wisłą obecnie zwijają się w tempie 5 proc. rocznie – z Polski wycofało się między innymi Tesco. Polacy wyraźnie pokochali dyskonty miłością szczerą, ale lubimy także średnie sklepy, czyli o powierzchni 40-100 m. kw. Wśród nich są między innymi Żabki, które również mnożą się na potęgę, a także wiele innych popularnych sieci, działających często na zasadzie franczyzy. W zeszłym roku liczba średnich sklepów nawet wzrosła o 2 proc., a w jeszcze poprzednim spadła tylko minimalnie. Średnie sklepy, zwane obecnie modnie „convenience”, prowadzone są często przez drobnych lokalnych przedsiębiorców, więc można powiedzieć, że polski kapitał nie został wypchnięty z handlu detalicznego, lecz broni się właśnie w tym segmencie.

Co z tą niedzielą?

Poza tym nie sprawdziły się tezy przeciwników ograniczenia handlu, według których miało ono doprowadzić do spadku zatrudnienia. Zatrudnienie w handlu bowiem rośnie i będzie rosnąć. Według GUS w pierwszym kwartale 2020 r. dokonywało się to w tempie niemal 8 proc. rok do roku, a więc wysoko na tle innych branż. W całym 2020 roku zatrudnienie co prawda spadło, ale minimalnie (o 1 proc.), co było oczywiście efektem pandemii. Obecnie zaś w handlu raczej brakuje rąk do pracy, a według Barometru ManPower Group w trzecim kwartale tego roku firm handlowych planujących zwiększać zatrudnienie jest prawie trzykrotnie więcej niż tych zamierzających je ograniczyć.

Pracownicy mówią STOP

Wydawało się, że PiS zechce uwolnić się od coraz bardziej niewygodnego zakazu handlu w niedzielę rękami Trybunału Konstytucyjnego. Przepisy do TK zgłosiła Konfederacja Lewiatan, a Trybunał wielokrotnie przesuwał wydanie werdyktu, co sprawiało wrażenie, jakby Julia Przyłębska konsultowała najlepszy dla PiS termin wyrzucenia przepisów do kosza. A jednak pod koniec lipca TK uznało przepisy za zgodne z Konstytucją, więc formalnie nadal obowiązują, choć w rzeczywistości… nie bardzo.

W lipcu do Sejmu wniesiono także projekt nowelizacji ustawy o ograniczeniu handlu w niedzielę, który firmuje poseł Janusz Śniadek, były związkowiec z „Solidarności”. Zakłada on uniemożliwienie placówkom handlowym korzystanie z furtki przemianowania się na placówkę pocztową, chyba że ten rodzaj działalności jest przeważający – czyli przynosi ponad połowę przychodów. A to oczywiście z automatu wyłączałoby dyskonty, dla których współpraca z firmami kurierskimi oraz Pocztą Polską ma ekonomicznie marginalne i czysto instrumentalne znaczenie. Inną opcją, postulowaną przez OPZZ, jest z kolei zniesienie ograniczenia handlu w niedzielę, ale zagwarantowanie pracownikom co najmniej dwóch wolnych niedziel oraz dwukrotne podwyższenie stawki za pracę w ostatni dzień tygodnia.

Pracować w niedzielę nie chcą jednak sami pracownicy. A przynajmniej część z nich. Szczególnie gorąca sytuacja jest w Biedronce, w której powstała petycja do zarządu przeciw otwieraniu sklepów sieci w niedzielę. Autorzy i autorki petycji zwracają uwagę, że pracujące w sieci samotne matki nie mają z kim zostawić dzieci, a na opiekunkę nikt w Biedronce nie zarobi. Poza tym w sieci występują tak duże braki kadrowe, że nawet i w sześciodniowym systemie pracy jest problem z odpowiednim obsadzeniem zmian, przez co zatrudnieni narażeni są na przeładowanie pracą. Sprzeciw wobec pracy w niedziele pojawia się także w innych sieciach, chociażby w polskim Dino, a skargami w tej sprawie od tego roku zaczęło być zasypywane stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

Socjalizm dla bogatych, rynek dla biednych

Ograniczenie handlu w niedzielę bywa uznawane za jakiś dziwny, „kościółkowy” przepis, który PiS wprowadził przy współpracy z klerem, żeby napędzić ludzi na msze. Tymczasem powinno się je traktować tak, jak każde inne prawo pracownicze – tym ważniejsze, że zapewniające wolną niedzielę jednej ze słabszych grup zawodowych w Polsce. Dla większości pracujących na etacie wolne weekendy to oczywistość, więc sprzedawcom i sprzedawczyniom należy się przynajmniej wolna niedziela.

Mieć albo nie mieć wolnego w niedzielę – oto jest pytanie

Wolny dzień w środku tygodnia jest słabą alternatywą, gdyż w tym czasie zapewnienie dziecku opieki nie jest problemem, za to sensowne spędzenie czasu w towarzystwie rodziny albo znajomych już tak, ponieważ w tym czasie większość jednak pracuje. Pracownicy handlu i tak mają już przecież robocze soboty. Stosowany zaś często argument, że część pracowników handlu, np. na stacjach benzynowych i tak musi chodzić do pracy w niedzielę, brzmi podobnie jak „nie damy podwyżek nauczycielom, bo pielęgniarki też nie dostały”. Prawa pracownicze, jak i postęp społeczny w ogóle, zawsze są upowszechniane krok po kroku, stopniowo rozchodząc się na kolejne grupy. Rzadko bywa tak, żeby z nowego uprawnienia mogli od razu korzystać wszyscy.

Tolerowanie jawnego obchodzenia ograniczenia handlu nawet przez największe sieci handlowe to kolejny dowód na to, że polskie państwo nie potrafi chronić interesów najsłabszych, gdy tylko idą w poprzek interesów silnych. Co gorsza, w tym wypadku samo tym silnym pomaga, za pomocą spółek Skarbu Państwa. Nie po raz pierwszy okazuje się, że hasło „socjalizm dla bogatych, wolny rynek dla biedaków” pasuje do Polski jak ulał.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij