Kraj

Dziemianowicz-Bąk o wykładzie Tuska: Miło, sprawnie, bez przełomu

Donald-Tusk-Dziemianowicz-bak

Świetne retorycznie, emocjonalne, często trafne w merytorycznej krytyce PiS-u... Przemówieniu Tuska zabrakło jednego – politycznej autorefleksji. Komentarz Agnieszki Dziemianowicz-Bąk po wykładzie Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim.

Nie mogę powiedzieć, że czekałam na wykład Tuska na Uniwersytecie Warszawskim z wypiekami na twarzy, ale jednocześnie nie należę też do osób uważających, że jego wystąpienie i ewentualny powrót do krajowej polityki to sprawa niewarta uwagi. Myślę, że gdyby Tusk się na ten powrót zdecydował, to – niezależnie od partyjnych układanek i ich wyborczych rezultatów jesienią – zyskałby szerokie narzędzia i możliwości narzucenia tematów i kierunków polskiej debaty politycznej. Pytanie jednak czy, na ile i w jakich celach chciałby z tych narzędzi i możliwości później skorzystać.

Na razie, na podstawie przemowy w warszawskim Audytorium Maximum, można odnieść wrażenie, że za horyzont swoich aspiracji powracający do polskiej polityki były szef PO obrałby co najwyżej cywilizowanie dyskursu, a nie poszerzanie go o wnioski, jakie liberalna opozycja powinna wyciągnąć z utraty władzy w 2015 roku i nieustających trudności z odbudowaniem zaufania niezbędnego, by tę władzę odzyskać.

Oczywiście wykład szefa Rady Europejskiej nie był wykładem złym, ale powiedzmy sobie szczerze: ciężko było spodziewać się klapy. Tusk jest inteligentnym politykiem ligi międzynarodowej i sprawnym mówcą. Także pod względem treści wystąpienie było ciekawsze niż to, co w swoim repertuarze oferują zazwyczaj politycy Koalicji Europejskiej. Obok nie tylko retorycznie celnych („po co poprawiać konstytucję, jeśli nie chce się jej przestrzegać?”), ale i merytorycznie słusznych zarzutów o niepraworządność wobec obecnej władzy, Tusk zmieścił kilka pouczeń pod adresem swojej byłej partii i jej sojuszników.

Trudno nie dostrzec momentami zniuansowanych, ale jednak wyraźnie obecnych apeli Tuska o deeskalację konfliktu antypisu z PiS-em, kierowanych ewidentnie także w stronę własnego obozu. Na uwagę zasługuje też tylko delikatnie zawoalowana krytyka kampanijnej narracji Koalicji Europejskiej o zero-jedynkowym „wielkim wyborze” między KE a PiS. Łatwo rozpoznać, że metaforycznie opisując problem dominacji w polskiej gramatyce politycznej spójnika „albo” tam, gdzie powinien pojawiać się spójnik „i”, Tusk odniósł się nie tylko do praktyk Prawa i Sprawiedliwości, ale być może przede wszystkim do Koalicji Europejskiej. Wszak niemal cała obecna kampania KE opiera się na podziale „my” albo „oni” i ochoczym czerpaniu z – także skrytykowanej przez byłego premiera – wojennej retoryki (i dotyczy to nie tylko Platformy Obywatelskiej, ale całej Koalicji – wystarczy przypomnieć niedawne wystąpienie Włodzimierza Czarzastego, który wprost deklarował, że dołączył do KE, bo chce walczyć z PiS „na śmierć i życie”, zaś każdy, dla którego nie jest to główny cel startu w wyborach, „nie jest żołnierzem”, jakich dziś Polska potrzebuje).

Dziemianowicz-Bąk: Zawiódł obóz rządzący, zawiodła parlamentarna opozycja

Jednak samo wprowadzenie do zasadniczo antyrządowego wystąpienia elementów krytycznego pouczenia liberalnej opozycji to zbyt mało, by można było uznać trzeciomajowy występ Tuska za przełomowy. Wbrew życzeniom Bogdana Zdrojewskiego, nie spodziewam się, że przejdzie ono do historii jako wybitna przemowa męża stanu, choć pewnie kilka cytatów (jak ten o obchodzeniu święta Konstytucji i obchodzeniu konstytucji albo o tym, że o Polsce nikt nie może powiedzieć, że „jest moja, a nie Wasza”) ma szansę na dłużej pozostać w zbiorowej pamięci.

Słabość wystąpienia Tuska tkwi przede wszystkim w tym, że w dwóch z trzech zapowiedzianych w jego tytule tematów: Konstytucji i Europy, nie powiedział niczego nowego, zaskakującego czy mającego szansę otworzyć liberałom oczy (bo wzmianki o wyzwaniach klimatycznych i technologicznych można za takie uznać wyłącznie pod warunkiem jednoczesnej konstatacji, że polska klasa polityczna jest kompletnie niezorientowana w tych dość oczywistych, definiujących często nowoczesną politykę tematach).

Mówiąc, że Europa to nie tylko „kilka traktatów i brak granic” szef Rady Europejskiej nie dodał już, czym jeszcze jego zdaniem jest lub powinna być Unia – a była to dobra okazja do wyartykułowania bardziej konstruktywnej niż „niech będzie jak jest” wizji dalszej integracji europejskiej. Tusk w ogóle na temat współpracy europejskiej wypowiadał się dość lakonicznie i zachowawczo, podkreślając raczej konieczność szczególnego dbania o wspólnotę transatlantycką niż zacieśniania więzi wewnątrz Unii. Na kilka tygodni przed wyborami do Parlamentu Europejskiego budzi to pewne zdziwienie.

Tusk swoim wystąpieniem nie dostarczył też obozowi liberalnemu żadnego nowego paliwa do świeżej, prodemokratycznej narracji. I co kluczowe – nie powiedział nic, co ludziom spoza tego obozu mogłoby dawać nadzieję, że ewentualne odzyskanie przez opozycję władzy z rąk PiS oznaczałoby coś więcej niż powrót do neoliberalnej polityki PO sprzed 2015 roku. Skądinąd atrakcyjne one-linery o konstytucji koniec końców sprowadzają się do smutnego, ale i banalnego przekazu, że dziś w Polsce konstytucja jest łamana i że prezydent Andrzej Duda nie jest, choć przecież być powinien, jej strażnikiem. Wszystko to prawda, trudno uznać to jednak za pouczające odkrycie.

Zabrakło natomiast jakże potrzebnej obozowi liberalnemu na kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi refleksji, jak i dlaczego doszło do tego, że PiS władzę przejął i wciąż cieszy się większościowym poparciem. Tusk nie podpowiedział swoim politycznym „towarzyszom podróży”, co powinni zrobić, by pragnienie obrony konstytucji i fundamentów demokracji wzbudzić w ludziach naprawdę masowo, także wśród tych, którym rządy PiS przyniosły poczucie bezpieczeństwa, jakim nie mogli się cieszyć kiedy on sam był premierem. W wystąpieniu Tuska nie dało się dostrzec śladów zrozumienia, że konstytucja i demokracja to coś więcej niż – oczywiście ważne – rządy prawa. Że w tej książeczce, którą przyniósł ze sobą na UW, zapisana jest nie tylko niezawisłość sądów i niezależność mediów, ale także prawo do ochrony zdrowia, dachu nad głową, równość płci, wolność od dyskryminacji czy dostęp do bezpłatnej edukacji. I że jak długo opozycja wiarygodnie nie pokaże, że jest o te gwarancje gotowa walczyć z równym zaangażowaniem, z jakim krytykuje niedemokratyczne posunięcia PiS, tak długo ściana dzieląca ją od uzyskania szerszego poparcia pozostanie niewzruszona.

Wystąpienie Tuska, nawet jeśli miłe dla ucha na tle nienawistnej naparzanki dwóch obozów, która stała się codziennością polskiej debaty publicznej, nie przyniosło przełomu ani wiarygodnej zapowiedzi, że trwały powrót byłego premiera do polskiej polityki ten przełom wywoła. Zabrakło w nim bowiem głębszej  autorefleksji – niekoniecznie publicznego  wyznania, że „byliśmy głupi”, bo tego trudno byłoby się spodziewać w mimo wszystko przedwyborczej przemowie – ale sygnału, że jest w stanie zdiagnozować źródła porażki swojej byłej formacji, nie wyłączając z tej diagnozy siebie i polityki swojego rządu.

Z racji pozyskanego przez ostatnie lata dystansu oraz roli „wspierającego outsidera”, Tusk znajduje się dziś w idealnej pozycji, aby przełamać zgubny dla liberalnej opozycji opór przed porzuceniem samozachwytu na rzecz  dokonania zmiany w sobie. Tyle tylko, że w tym celu on sam musiałby być do takiej zmiany zdolny – wykład na UW tej zdolności jednak nie ujawnił.

Dziemianowicz-Bąk: Gdybym została, mogłabym pożałować

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.