Kraj

Bakalarczyk: Podręcznik uczy równości

Ideę darmowego podręcznika dezawuują politycy i wydawcy. Ale to realna pomoc dla najbiedniejszych. Nie piętnuje beneficjentów i buduje wspólnotę.

Reforma podręcznikowa to zmiana na lepsze. Drugorzędne są jej polityczne motywy, czyli rozładowanie napięcia po reformie sześciolatków. I choć słychać krytykę, że pierwszy bezpłatny elementarz przygotowany jest naprędce, to jednak liczy się istota zmiany.

Trudno sobie wyobrazić, że w panującym dotychczas wolnym rynku wykorzystywane w szkołach podręczniki były wolne od wad, o jakie oskarża się „Nasz elementarz”. Wcześniej nikt jednak nie protestował, a materiały z których korzystali najmłodsi, były pod znacznie słabszą kontrolą opinii publicznej. To wskazuje raczej na słuszność podjętego publicznego działania: gdy państwo bierze na siebie odpowiedzialność za finansowanie i regulowanie świadczeń, znacznie łatwiej pokazać niezadowolenie z ich jakości i naprawić usterki. Kiedy materiały edukacyjne były przedmiotem rynkowej rywalizacji, o taka kontrolę paradoksalnie było trudniej.

Dodajmy, że dotychczasowy tak zwany wolny rynek książek z ideą wolnego rynku miał niewiele wspólnego. Na wybór podręcznika nie mieli wpływu konsumenci – czyli dzieci i ich rodzice – a tylko nauczyciele, podejmujący arbitralne decyzje, często w oparciu o pozamerytoryczne kryteria, jak darmowe pomoce naukowe od wydawców.

Ulga w portfelu

W reformie ważniejsza jest kwestia darmowości, którą bagatelizuje klasa średnia i jej opiniotwórcza reprezentacja, a która jest kluczowa dla niezamożnych – jest ich w Polsce całkiem sporo.

Dla biednych to wybawienie, zwłaszcza że reforma obejmie także uczniów starszych klas. To emancypacyjna zaleta reformy. Przypomnijmy, że w świetle danych CBOS wydatki związane z rozpoczęciem roku szkolnego, których zasadniczą część stanowią podręczniki, w 2013 roku w ponad połowie rodzin przekroczyły tysiąc złotych. Średnia wydatków wyniosła prawie 1,2 tys. zł, mniej więcej tyle, ile najniższe wynagrodzenie netto. Różnice między gospodarstwami uboższymi i zamożniejszymi to realne nierówności w dostępie do edukacji. Wśród rodzin o dochodzie nieprzekraczającym 500 zł na osobę miesięcznie wydatki szkolne wyniosły średnio 700 zł, więcej niż na utrzymanie rodziny!

Koszty wysłania do szkoły dziecka w zamożnych rodzinach są pomijalne, w mniej zamożnych – mogą uderzyć po kieszeni, a dla najuboższych – stanowić wydatek zaporowy i uniemożliwiający pełne uczestniczenie w systemie szkolnym. Systemy wsparcia dla takich uczniów mają poważne ograniczenia. Nie dość że program „Wyprawka Szkolna” pokrywa tylko część ceny podręczników (a przecież trzeba jeszcze kupić przybory i ubrania), to jeszcze na zasadzie refundacji już poniesionych kosztów i po spełnieniu odpowiedniego kryterium dochodowego – 539 zł. Próg niskiego dochodu jest także brany pod uwagę przy staraniu o stypendium szkolne czy o dodatek z tytułu rozpoczęcia roku szkolnego, w wysokości zaledwie 100 zł. Utrzymująca się wysokość kryterium dochodowego sprawiła, że w 2013 roku 200 tysięcy dzieci wypadło poza system wsparcia. Tu dochodzimy do kolejnej zalety reformy podręcznikowej.

Równi w książkach

Programy wsparcia zasiłkowo-stypendialnego działają wybiórczo. Bezpłatny podręcznik już nie, co jest duchem bliższe krajom skandynawskim. To nie przypadek, że Szwecja, najważniejszy socjaldemokratyczny bastion Europy, czy Finlandia, lider edukacyjnych rankingów i społeczeństwa innowacyjnego, stosują w polityce edukacyjnej właśnie politykę wsparcia uniwersalnego, przysługującego wszystkim uczniom. Bezpłatne są tam nie tylko podręczniki, lecz także posiłki, transport oraz przybory szkolne. W Polsce do tak szerokiego katalogu bezpłatnych pomocy naukowych jeszcze daleko, ale cenne jest choćby zbliżanie się do tego modelu.

To realna pomoc dla potrzebujących, nie piętnująca jej beneficjentów oraz budująca poczucie wspólnoty i przeświadczenie, że wszyscy – bez względu na społeczno-ekonomiczny status rodziny – mamy wspólne podstawowe prawa. To dobry budulec obywatelskiej tożsamości.

W książce Socjaldemokratyczna polityka społeczna próbowałem pokazać, że jednym z kluczowych wyróżników nordyckiego dobrobytu jest zrównoważony rozkład odpowiedzialności między państwem a jednostką za zaspokajanie podstawowych potrzeb w zakresie opieki, zdrowia, edukacji i uczestnictwa w społeczeństwie. W moim zamierzeniu ma to być elementarz dla polityki i działaczy, a nie uczniów. W Polsce ta równowaga jest zachwiana, zwłaszcza w sferze opieki, ale także edukacji, której koszt ponoszą w dużej mierze same rodziny. Przy wszystkich zastrzeżeniach wobec obecnego rządu, akurat w opiece i edukacji przedszkolnej (a od września także wczesnoszkolnej) widać początki nieco innego podejścia. Bezpłatny podręcznik to milowy krok na tej drodze.

Rafał Bakalarczyk – doktorant w Instytucie Polityki Społecznej, publicysta i działacz społeczny, zajmujący się głównie zagadnieniami seniorów, niepełnosprawnych, opieki długoterminowej, polityki rodzinnej, ubóstwa i wykluczenia oraz edukacji.

Tekst ukazał się we wrześniowym numerze magazynu mobilnego WPunkt, dostępnym na stronie magazynwpunkt.com i w wersji na Ipada
 


Bio

Rafał Bakalarczyk

| Doktor nauk społecznych
Doktor nauk o polityce publicznej, współredaktor naczelny pisma „Polityka senioralna”, członek komisji ekspertów ds. osób starszych przy RPO, współpracownik m.in. Fundacji Norden Centrum, OMS im. Ferdynanda Lassalle'a. Magazynu Kontakt i portalu Więź.pl. Ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Zajmuje się polityką społeczną, głównie senioralną, rodzinną, wobec osób z niepełnosprawnościami, opieką długoterminową oraz ubóstwem i wykluczeniem.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.