Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Gospodarka

Stiglitz: Neoliberalizm chciał zatrzymać historię. Teraz historia kładzie mu kres

Neoliberalna forma globalizacji pozbawiła całe społeczeństwa panowania nad własnym losem. Obywatelom wmawiano: „Nie możecie prowadzić takiej polityki, jaką byście chcieli”. Tylko jakim sposobem ograniczanie płac i wydatków budżetowych miało się zsumować w wyższy standard życia?


NOWY JORK. Pod koniec zimnej wojny politolog Francis Fukuyama opublikował słynny esej pod tytułem Koniec historii?. Twierdził w nim, że upadek komunizmu usunie ostatnią przeszkodę, jaka wciąż zagradzała światu drogę do właściwego mu przeznaczenia: demokracji liberalnej i gospodarki rynkowej. Wiele osób kiwało wówczas z uznaniem głowami.

Dziś, gdy oparty na rządach prawa liberalny porządek świata znajduje się w odwrocie, a autokratyczni władcy i demagodzy rządzą państwami, które łącznie zamieszkuje dobrze ponad połowa ludzkości, koncepcja Fukuyamy wydaje się naiwna i niedzisiejsza. Jednak to właśnie ona pomogła ugruntować neoliberalną doktrynę ekonomiczną, która dominowała na świecie przez ostatnie czterdzieści lat.

Stiglitz: Co po neoliberalizmie?

Wiarygodność neoliberalnego dogmatu o tym, że droga do powszechnego dobrobytu wiedzie przez nieskrępowany wolny rynek, wreszcie dogorywa. I słusznie. Ani to zbieg okoliczności, ani zwykła korelacja, że jednocześnie tracimy wiarę w neoliberalizm i w liberalną demokrację. Neoliberalizm panuje bowiem od czterdziestu lat i od czterdziestu lat tę demokrację podkopuje.

Neoliberalny dogmat o tym, że droga do dobrobytu wiedzie przez nieskrępowany wolny rynek, wreszcie dogorywa – i słusznie.

Specyficzna forma globalizacji, którą zaordynował neoliberalizm, pod wieloma kluczowymi względami pozbawiła jednostki i całe społeczeństwa panowania nad własnym losem. Przekonująco wyjaśniał to Dani Rodrik z Uniwersytetu Harvarda, a ja także poświęciłem temu dużo uwagi w dwóch ostatnich książkach, Globalization and Its Discontents Revisited oraz People, Power, and Profits. Szczególnie urągające demokracji okazywały się efekty liberalizacji rynku kapitałowego: jeśli czołowy kandydat na urząd prezydencki w jakimś kraju rozwijającym się tracił przychylność Wall Street, banki wycofywały z kraju pieniądze. Wyborcom pozostawała zatem brutalna alternatywa: ulec naciskowi Wall Street albo cierpieć z powodu głębokiego kryzysu finansowego. Władza polityczna banków z Wall Street okazywała się w ten sposób większa od władzy obywateli całego kraju.

Nawet w najbogatszych krajach wmawiano obywatelom: „nie możecie prowadzić takiej polityki, jaką byście chcieli” – czy chodziło o zabezpieczenia społeczne, godziwe płace, progresywny system podatkowy czy regulację rynków finansowych – ponieważ „kraj straci konkurencyjność, miejsca pracy znikną i będziecie mieć kłopoty”.

Chile: krach wolnorynkowej dystopii

W krajach biednych i bogatych elity obiecywały zatem to samo: neoliberalna polityka przyspieszy rozwój gospodarczy, a korzyści z tego rozwoju skapną wszystkim, nawet najbiedniejszym, i wszystkim będzie się żyło lepiej. Aby jednak wejść na tę drogę, pracownicy musieli zgodzić się na niższe płace, a wszyscy obywatele – na likwidację wielu programów socjalnych.

Elity podpierały swoje tezy naukowymi modelami ekonomicznymi i „badaniami opartymi na faktach”. Dziś, po czterdziestu latach, możemy ocenić efekty tej polityki: wzrost wyraźnie spowolnił, a jego owoce wzbogaciły niemal wyłącznie garstkę najbogatszych ludzi na świecie. Płace stały w miejscu, za to giełda szybowała w górę. Dochody i bogactwo nie skapywały, a przeciwnie: płynęły z dołu do góry.

Jakim zresztą sposobem w wyniku ograniczenia płac – dla zachowania lub poprawienia konkurencyjności – i redukcji wydatków budżetowych mielibyśmy otrzymać wyższy standard życia? Obywatele zrozumieli, że sprzedano im trefny towar. Czuli się oszukani i mieli rację.

Dziś przeżywamy polityczne konsekwencje tego gigantycznego szwindlu: utratę zaufania do elit, utratę zaufania do „naukowości” ekonomicznych teorii, na których opiera się neoliberalny model gospodarki i wreszcie – utratę zaufania do przeżartego korupcyjnymi układami systemu politycznego, który to wszystko umożliwił.

 

Wolny rynek nie robi się sam

Mimo swojej nazwy epoka neoliberalizmu miała niewiele wspólnego z liberalizmem. Narzuciła intelektualną ortodoksję, której strażnicy nie tolerowali najmniejszych odstępstw. Ekonomistów z nurtu heterodoksyjnego traktowano jak heretyków, których się należy wystrzegać, a w najlepszym razie pozamykać ich w paru odizolowanych od otoczenia instytucjach. Neoliberalizm w niczym nie przypominał „społeczeństwa otwartego”, jakie marzyło się Karlowi Popperowi. Jak podkreślał George Soros, Popper rozumiał, że społeczeństwo jest złożonym i nieustannie ewoluującym systemem, a im więcej zdobywamy wiedzy, tym silniej ta wiedza zmienia sposób funkcjonowania samego systemu.

Jakim sposobem w wyniku ograniczenia płac i wydatków budżetowych mieliśmy otrzymać wyższy standard życia?

Nietolerancja dla odmiennych poglądów najbardziej rażącą formę przybrała na polu makroekonomii, której dominujące modele wykluczały możliwość wystąpienia kryzysu w rodzaju tego, który przeżyliśmy w 2008 roku. A gdy już zdarzyło się niemożliwe i kryzys wybuchł, potraktowano go jak dopust boży, jak powódź, która trafia się raz na pięćset lat – coś zupełnie nadzwyczajnego, czego żaden model nie mógł przewidzieć. Jeszcze i dziś orędownicy tych teorii nie potrafią przyznać, że to właśnie ich wiara w samoregulujący się rynek i świadome lekceważenie kosztów zewnętrznych jako czynnika fikcyjnego lub nieistotnego były wodą na młyn deregulacji i prostą drogą prowadziły do finansowego krachu. Te teorie wciąż pokutują, a współcześni Ptolemeusze usiłują dopasować je jakoś do znanych już faktów – co świadczy jedynie o tym, jak powolną śmiercią umierają zdyskredytowane idee.

Jeśli kryzys finansowy z 2008 roku nie nauczył nas, że rynki pozostawione samym sobie nie działają prawidłowo, z pewnością powinien nas tego nauczyć kryzys klimatyczny: neoliberalizm całkiem dosłownie sprowadzi na nas krach cywilizacji. Zarazem jednak nie ma też wątpliwości, że demagodzy, którzy każą nam odwrócić się plecami do nauki i tolerancji, jedynie pogorszą sytuację.

Od żółtych kamizelek po Zielony Nowy Ład

Jest tylko jedna droga do przodu – tylko jedna droga, która może ocalić planetę i ludzką cywilizację: historia, której koniec ogłaszał Fukuyama, musi znów ruszyć z miejsca. Dziś trzeba przywrócić do życia oświecenie i odnowić przywiązanie do jego wartości: wolności, demokracji i szacunku dla wiedzy.

**
Copyright: Project Syndicate, 2019. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożył Marek Jedliński.

Bio

Joseph E. Stiglitz

| Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii
Ekonomista, laureat Nagrody Nobla z ekonomii w 2001. Profesor Columbia University. Był szefem Zespołu Doradców Ekonomicznych Prezydenta Stanów Zjednoczonych i głównym ekonomistą Banku Światowego.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.