Gospodarka

Nie dało się zabrać najbogatszym, PiS zabierze średniakom

Nie mając pomysłu na rozwiązanie kryzysu mieszkaniowego, rządzący wywołali hossę na rynku kredytów hipotecznych. Nagonili klientów bankom, a teraz za pośrednictwem Rady Polityki Pieniężnej zaczną z tych klientów ściągać pieniądze.

Wzrost cen przyspiesza, w październiku wyniósł niemal 7 proc., a dokładnie 6,8. Znów też przebił prognozy ekonomistów, chociaż nieznacznie, bo przeciętne szacunki poważnych panów w garniturach były tylko o 0,4 punktu procentowego niższe. Najprawdopodobniej czeka nas więc dalsze podwyższanie stóp procentowych – zapewne już w najbliższą środę, a jak nie, to za miesiąc. Mówi się nawet o wzroście podstawowej stopy referencyjnej o 0,5 punktu procentowego, a więc do 1 proc.

W następnych miesiącach przyjdą zapewne kolejne podwyżki, gdyż trudno sobie wyobrazić, żeby wzrost stopy procentowej Narodowego Banku Polskiego wpłynął na globalne bariery podażowe albo wzrost cen paliw. A to one odpowiadają w głównej mierze za wzrost cen, który występuje niemal wszędzie. W USA we wrześniu sięgał prawie 5,5 proc., w niektórych państwach strefy euro (Estonia, Litwa) prawie 6,5 proc. Nawet w bliskich zazwyczaj deflacji Niemczech we wrześniu inflacja sięgnęła 4 proc., podobnie jak w ciągle wygrzebujących się z poprzedniego kryzysu Hiszpanii i Włoszech.

Kredyt hipoteczny dla wszystkich? To zakładanie ludziom pętli na szyję

Podwyżki stóp procentowych w Polsce niekoniecznie zatem ograniczą tempo inflacji, a nawet jeśli, to niewiele i z pewnym opóźnieniem. Automatycznie za to wpłyną na raty kredytów hipotecznych, bo tak się złożyło, że nad Wisłą niemal wszystkie udzielane są ze zmiennym oprocentowaniem. Każda decyzja RPP o podwyżce to miesięcznie kilkadziesiąt złotych, a często nawet i więcej, w plecy dla kredytobiorcy hipotecznego. I to są realne i bezpośrednie efekty podwyższania stóp procentowych.

Żyjemy w kraju, w którym wciąż najsensowniejszym sposobem zdobycia dachu nad głową, szczególnie gdy się ma rodzinę z dzieckiem i szuka stabilności, jest kredyt hipoteczny. W efekcie każdą podwyżkę stóp procentowych miliony gospodarstw domowych w Polsce momentalnie odczuwają w swoim budżecie. Oczywiście wiele z nich najpierw na decyzjach RPP skorzystało. Mowa o starych kredytobiorcach, którzy wzięli kredyt przy znacznie wyższych stopach – referencyjna spadła poniżej 4 proc. w 2013 roku, a dwa lata później poniżej 2 proc. – i niższych cenach mieszkań. Powiedzmy, że o nich nie trzeba się jakoś bardzo martwić, bo w najbliższych miesiącach i tak będą mieli lepszą sytuację niż w momencie zaciągnięcia długu.

Kredytowa hossa

Problem w tym, że tysiące gospodarstw domowych zaciągnęło kredyt niedawno. Obecnie zaś banki udzielają kredytów jak szalone. Według NBP w drugim kwartale tego roku banki przyznały prawie 70 tys. kredytów hipotecznych na kwotę ponad 22 mld zł – obie liczby to absolutne rekordy w historii Polski. Nigdy wcześniej nie udzielano tylu kredytów hipotecznych ile w tym roku. Pierwszy kwartał też był rekordowy (kredyty na 18 mld zł), a pandemiczny, 2020 rok niewiele gorszy niż 2019 – w którym bito wcześniejsze rekordy, ale na szczęście przy znacznie wyższych stopach procentowych. Wówczas bowiem średnie oprocentowanie kredytów było o połowę wyższe niż obecnie. Trzeci kwartał 2021 roku prawdopodobnie przebił drugi – w sierpniu banki udzieliły kredytów hipotecznych na, tak, tak!, rekordową miesięczną kwotę 8,2 mld zł. Podpisano niemal 25 tys. nowych umów.

Co więcej, obecnie kredyty te są udzielane również na rekordowe, pojedyncze kwoty. Niemal dekadę temu przeciętna wartość kredytu hipotecznego wynosiła 175 tys. zł. Obecnie przeciętny kredyt hipoteczny ma wartość 325 tys. zł, a zadłużenie się na pół miliona złotych nie jest niczym niezwykłym. Miesięczne raty mieszkaniowe sięgają dziś ok. 1,5 tys. zł, więc też każda podwyżka stóp procentowych odbija się na nich bardziej – licząc nominalnie.

Według szacunków portalu Bankier.pl rata kredytu wartego 350 tys. zł wziętego na 30 lat po ostatniej podwyżce o 0,4 punktu procentowego wzrosła o 72 zł. To jeszcze wydaje się do przełknięcia, jednak seria podwyżek stóp – a na nią się przecież zanosi – będzie już boleć znacznie bardziej. Według symulacji Money.pl przywrócenie stóp procentowych do poziomu sprzed pandemii sprawi, że rata niedawno udzielonego kredytu na 330 tys. zł wzrośnie o 267 zł. Gdyby stopy podniesiono w sumie o 2,5 punktu procentowego, co przecież jest całkiem możliwe, rata kredytu wzrośnie już o 457 zł. Czyli koszt utrzymania takiego gospodarstwa domowego wzrośnie aż o 5,5 tys. zł rocznie.

NINJA nad Wisłą

Strata prawie 500 zł miesięcznie dla zwyczajnej rodziny – bo takie biorą obecnie kredyt na 330 tys. zł – może poważnie zaboleć. Przecież dopiero co mieliśmy histerię, gdy najzamożniejsi mieli zapłacić kilka stów więcej składki zdrowotnej, tymczasem teraz po cichu zaczyna się operacja zabrania podobnych pieniędzy faktycznym średniakom. Wielu z tych kredytobiorców zapewne nie znało dobrze ryzyka związanego ze stopami procentowymi – podobnie jak wielu frankowiczów – gdyż banki raczej oszczędnie gospodarują informacjami mogącymi zniechęcić potencjalnych klientów. Inaczej mówiąc, rządzący, nie mając żadnego pomysłu na rozwiązanie kryzysu mieszkaniowego, doprowadzili do hossy na rynku kredytów hipotecznych. Nagonili klientów bankom, a teraz za pośrednictwem Rady Polityki Pieniężnej zaczną z tych klientów ściągać pieniądze. Rzeczywiście, fantastyczny plan. Brzmi jak przepis na kryzys.

Czy może być coś gorszego od podwyżki podatków?

Co gorsza, rządowi najwyraźniej mało, gdyż właśnie chce zapędzić do banków kolejnych klientów. W połowie przyszłego roku ruszy bowiem flagowy program Polskiego Ładu, czyli Mieszkanie bez wkładu własnego. Otworzy on dostęp do kredytów ludziom bez oszczędności, co będzie oczywiście nieco lepsze niż amerykańskie kredyty NINJA (udzielane na początku wieku osobom nie tylko bez oszczędności, ale też bez pracy i dochodu), ale tylko nieco. Masowe udzielanie kredytów hipotecznych ludziom bez oszczędności jest dosyć ryzykowne. Natomiast masowe udzielanie kredytów hipotecznych ludziom bez oszczędności w okresie podnoszenia stóp procentowych jest już zupełnie lekkomyślne. Jeśli coś pójdzie nie tak, to będziemy mieli nadwiślańską odmianę kredytów subprime, a także nadwiślański kryzys na rynku kredytów hipotecznych. Najwyraźniej sprawa frankowiczów niczego nas nie nauczyła.

Podatek, który warto obniżyć

Władza, która miałaby trochę oleju w głowie, postąpiłaby nieco inaczej. Po pierwsze, nie obniżyłaby stóp procentowych aż tak nisko, ale powiedzmy, że to dałoby się jeszcze obronić. Był potężny kryzys pandemiczny, więc niemal zerowe stopy miały chronić przed głębszą recesją i były czymś na kształt świadczeń socjalnych dla „starych” kredytobiorców hipotecznych. Poza tym NBP i RPP to niezależne instytucje (hihi), więc rząd nie ma wpływu na ich działanie (hehe).

Po drugie i ważniejsze, inteligentni i sprawni rządzący uruchomiliby publiczny program mieszkaniowy, który zapewniałby tym tysiącom rodzin lokale na zasadach tańszych niż rynkowe, czym hamowałby ogólny wzrost cen lokali. Zresztą obecny rząd nawet taki program uruchomił – nazywał się Mieszkanie plus – tylko że na uruchomieniu się zatrzymał. W 2016 roku przekonywano nas, że będziemy mieli do dyspozycji tysiące tanich mieszkań od publicznego dewelopera, a skończyło się super tanimi kredytami zaciąganymi na bardzo drogie mieszkania, które już niedługo okażą się wcale nie takie tanie.

Fundusze mieszkaniowe nadciągają. Czy jest się z czego cieszyć?

Miejmy zatem nadzieję, że najbliższa podwyżka stóp procentowych o 0,5 punktu procentowego będzie tą ostatnią. Przynajmniej w najbliższym czasie. A jak walczyć z inflacją, albo przynajmniej z jej skutkami? Otóż rządzący mają jedno całkiem skuteczne narzędzie – obniżenie podatków konsumpcyjnych. W szczególności podatku VAT, który nadal jest „tymczasowo”, od 2011 roku, podwyższony.

Obniżenie VAT o jeden punkt procentowy to koszt dla budżetu ok. 9 mld zł. Obniżenie VAT z 23 do 21 proc. kosztowałoby budżet niecałe 20 mld zł, czyli mniej niż połowę nadwyżki, którą budżet państwa zanotował po wrześniu. Przecież podwyższona inflacja to także wyższe wpływy budżetowe, więc rządzący mogą część z nich skierować do konsumentów. Skorzystaliby na tym głównie najmniej zamożni, najwięcej tracący na podatkach pośrednich, więc byłby to transfer bardzo efektywny. Gdy pisałem te słowa, trzy ugrupowania parlamentarne złożyły projekt obniżający VAT do 20 proc. Jeśli już obniżać podatki, to najlepiej właśnie konsumpcyjne. I najlepiej właśnie teraz.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij